TAKTYCZNIE: Panie, kto to panu tak…
fot.: Mateusz Porzucek
Domowy remis z Jagiellonią był bardzo trudny do przełknięcia. Po okresie słabej gry w drugiej połowie wrocławianie mieli szansę na zdobycie trzech punktów, lecz, tak jak w meczu z Bruk-Betem, Śląsk znów stracił gola w samej końcówce spotkania, w sytuacji, która nie powinna nawet się wydarzyć.
Na wstępie warto przedyskutować kwestie związane z kontrowersjami sędziowskimi w trakcie piątkowego starcia. Faul Israela Puerto na Mateuszu Praszeliku był brutalny i nie widzę absolutnie żadnej okoliczności łagodzącej, wobec której Hiszpan miałby nie ujrzeć czerwonej kartki. Przed wyrównującym trafieniem Jagiellonii miał miejsce wyraźny faul na Eriku Exposito - drugi kluczowy błąd arbitra w trakcie spotkania. Kolejnym faktem jest to, że mimo niekompetencji sędziów, mecz się odbył, a jego przebieg był taki, a nie inny. Czy gdyby arbiter główny wraz ze swoimi pomocnikami dobrze wykonał swoją robotę, to wynik spotkania byłby inny? Prawdopodobnie tak. Czy jest to usprawiedliwienie jednej z najgorszych połów, jakie wrocławianie rozegrali w tym sezonie, a także kolejnych punktów, które uciekły w końcówce? Absolutnie nie. Błędy sędziowskie zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać, a chcąc walczyć o wyższe cele, należy przede wszystkim zminimalizować błędy własne. “Ja bym chciał porozmawiać o piłce” - mówił po meczu trener Jacek Magiera, zapytany o pracę arbitrów. Dlatego, odcinając się już od tego tematu, porozmawiajmy.
POCZĄTKI NIE BYŁY ZŁE
W pierwszej połowie Jagiellonia narzuciła Śląskowi trudne warunki. Białostoczanie grali naprzemiennie w wysokim i średnim pressingu, z którym wrocławianie jednak względnie sobie radzili. Co prawda, nie udało się im narzucić swojego stylu gry gościom, tak jak zrobili to w Krakowie, czy w pewnych momentach starcia w Niecieczy, ale po 45 minutach prowadzili 1:0, nie dając podopiecznym trenera Ireneusza Mamrota okazji na wykreowanie zbyt wielu okazji strzeleckich. W zasadzie jedyna dogodna okazja Jagiellonii miała miejsce jeszcze w pierwszym kwadransie. Na poniższej grafice widzimy moment, w którym jeden z defensorów decyduje się na długi przerzut na prawą stronę boiska.

Sytuacja była raczej całkiem normalna - trudno oczekiwać, że gdy cała drużyna znajduje się w niskim pressingu i broni się od własnej połowy, nagle któryś z zawodników wyskoczy do przodu i postara się takie długie podanie zablokować. Oczekiwać za to można dokładnego krycia i koncentracji, czego zabrakło Victorowi Garcii. Hiszpan zgubił Tomasa Prikryla, przez co Czech po dobrym przyjęciu piłki miał nad wahadłowym WKS-u kilka metrów przewagi.

W dalszej części akcji wszystko potoczyło się już jednak odpowiednio - po dośrodkowaniu Prikryla na piąty metr, piłkę wyłapał Michał Szromnik. W razie, gdyby bramkarz nie zdecydował się na wyjście, całą sytuację asekurował Wojciech Golla, który widząc interweniującego golkipera i tak znalazł się za jego plecami w razie błędu.

Kolejne minuty stały pod znakiem mocnego zaostrzenia gry przez gości. Jagiellonia zaczęła często faulować, a w międzyczasie doszło do wspomnianego wcześniej incydentu z udziałem Puerto oraz Praszelika. W wyniku częstych fauli, wrocławianie zaczęli dostawać liczne stałe fragmenty gry. Rzuty rożny nie były groźne - białostoczanie radzili sobie z wrzutkami, a próby krótkiego rozegrania najczęściej kończyły się nieporozumieniem i stratą piłki. Znacznie groźniej było w przypadku rzutów wolnych. Jeden z nich mógł zostać zamieniony w przepięknego gola przez Erika Exposito, lecz wyborną interwencją popisał się wówczas Xavier Dziekoński. Śląsk miał też pojedyncze kontry, w których najczęściej brakowało czegoś w fazie finalizacji. Nie popisywał się Robert Pich, często podejmując złe decyzje, lub tracąc piłkę przez niechlujne przyjęcie.
Najważniejszym wydarzeniem pierwszej części gry była jednak zdobyta przez Śląsk bramka. Na poniższej grafice widzimy, jak wrocławianie starali się wypracować sobie przewagę w bocznych strefach boiska. Szymon Lewkot podłączył się do ofensywy, obiegając Patryka Janasika, przez co przed polem karnym utworzyła się spora wolna przestrzeń. Po krótkiej wymianie podań piłka została wycofana do Krzysztofa Mączyńskiego, który miał bardzo dużo czasu i miejsca na dokładne dośrodkowanie.

Kapitan zdecydował się na zagranie na dalszy słupek. Warto zwrócić uwagę na zachowanie reszty wrocławian, którzy zgromadzili się w centrum i ruszyli w kierunku prawej części pola karnego. Do szesnastki zawędrował nawet Diogo Verdasca, co tylko pokazuje, że był to wcześniej wypracowany schemat.

Dośrodkowanie Mączyńskiego idealnie znalazło swój cel. Defensorzy Jagielloni skupili się na ruchu w kierunku bliższego słupka, podczas gdy Exposito mógł się im urwać i zamknąć całą akcję po drugiej stronie bramki. Warto docenić sposób, w jaki wrocławianie zdobyli gola. Praca całego zespołu i inteligentne wykorzystanie przestrzeni pozwoliło napastnikowi znaleźć się w dogodnej sytuacji strzeleckiej.


DOMINACJA JAGIELLONII
Druga połowa nijak miała się do tego, co oglądaliśmy przez pierwszą część spotkania. Białostoczanie zaczęli stosować wysoki pressing, skutecznie odcinając drugą linię Śląska od podań, przez co raz za razem widzieliśmy typowe piłki na uwolnienie. Grający “lagą” WKS to bardzo niespotykany ostatnimi czasy widok, szczególnie we Wrocławiu, więc należy docenić dobrze wykonaną przez gości robotę. Jagiellonia swojego pierwszego gola strzeliła jednak nie w wyniku skutecznego pressingu, a niefrasobliwości gospodarzy przy stałym fragmencie. Na poniższej grafice widzimy moment, w którym Szromnik piąstkuje piłkę, a na szesnastym metrze nie ma absolutnie żadnego z jego kolegów.

Do piłki dopada Prikril i mocnym, precyzyjnym strzałem w dolny róg bramki pokonuje Szromnika. Żaden z wrocławian nie zablokował uderzenia, co powinno zostać uczynione bez większych problemów. Czech zdążył przebiec kilka dobrych metrów przed strzałem, a czasu na doskok było wystarczająco dużo. Na pomeczowej konferencji dowiedzieliśmy się od trenera Magiery, że była to strefa, za którą odpowiedzialny był Marcel Zylla. Analizując powtórkę, widzimy, że zawodników wyznaczonych do pilnowania szesnastego metra było dwóch - Pich i właśnie Zylla. Pich odpowiadał za część po prawej stronie, Zylla - po lewej. Strzał oddany został mniej więcej ze środka, co nie jest w żaden sposób okolicznością łagodzącą. Wręcz przeciwnie - w takiej sytuacji blokujących zawodników powinno być prawdopodobnie dwóch.

Patrząc na to trafienie, przypomniała mi się inna stracona przez Śląsk w tym sezonie bramka. Poniżej widzimy moment oddania strzału, po którym Warta Poznań zdobyła drugiego gola w meczu pierwszej kolejki. Schemat był bardzo podobny - dośrodkowanie z rzutu rożnego zostaje wybite w okolice szesnastego metra, gdzie na piłkę czeka zawodnik rywala. Jego uderzenie nie zostaje skutecznie zablokowane, a Szromnik wyciąga piłkę z siatki. Niby Adam Małysz często powtarzał, że najważniejsze jest oddać dwa równe skoki i liczy się powtarzalność, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…

Po strzelonym golu Jagiellonia nie miała zamiaru odpuszczać. Goście raz za razem kreowali kolejne sytuacje bramkowe i tylko przez swoją nieskuteczność nie podwyższyli prowadzenia. Największe problemy wrocławianom sprawiały dośrodkowania, a konkretnie skuteczne krycie. Poniższa grafika przedstawia moment, w którym na zagranie w pole karne decyduje się Martin Pospisil. Uwagę należy zwrócić na parę Bida - Lewkot.

Bartosz Bida ucieka Lewkotowi i dochodzi do dobrej sytuacji strzeleckiej. Śląsk ratuje jedynie fakt, że młody napastnik nieczysto trafił w piłkę, przez co ta poleciała prosto w Szromnika.

Stuprocentowych szans, które Jagiellonia sobie wypracowała po dośrodkowaniach było więcej. Minimalne pudło Bartosza Kwietnia, słupek Bojana Nastica i fatalny strzał z bliskiej odległości Jesusa Imaza - wrocławianie zwyczajnie nie dawali sobie rady z odpieraniem naporu rywala, a przed stratą bramki ratowała ich tylko nieskuteczność białostoczan.
PRZEBUDZENIE ŚLĄSKA
Kibice WKS-u dosyć długo musieli czekać na jakąś odpowiedź ze strony ich ulubieńców. Cierpliwość jednak popłaca - w 82. minucie mogli cieszyć się z niespodziewanego prowadzenia. Bohaterem wrocławian ponownie stał się Adrian Łyszczarz, który może okazać się w przyszłości wartościowym elementem układanki trenera Magiery. Młody pomocnik wprowadza do ofensywy Śląska coś, czego nie widzimy u żadnego z innych “dziesiątek” w kadrze WKS-u.
Unikatową umiejętnością Łyszczarza jest świetne czytanie przestrzeni. Inteligentne poruszanie się po boisku sprawia, że może on atakować z miejsc, w których akurat nie ma żadnego z jego kolegów. Częstym problemem naszego ofensywnego tercetu jest to, że zawodnicy dublują swoje pozycje. Exposito lubi schodzić po piłkę, ale miejsce, w którym powinien się znajdować, pozostaje puste. Łyszczarz jest niejako rozwiązaniem tego problemu - młody pomocnik analizuje tor ruchu Hiszpana i wbiega tam, gdzie akurat go nie ma, dając dodatkową opcję do zagrania.
Na poniższych grafikach uwagę należy zwrócić na zachowanie Łyszczarza względem Exposito. Początkowo Hiszpan wchodzi w pole karne, lecz widząc wolną przestrzeń na szesnatym metrze, udaje się w tym kierunku. Polak z kolei znajduje się za plecami napastnika i widząc jego ruch, momentalnie zamienia się w rasową “dziewiątkę”. Robi kilka kroków, aby znaleźć się w świetle bramki, po czym świetnie kończy całą akcję i daje Śląskowi jednobramkowe prowadzenie.



Na potwierdzenie, że nie był to jednorazowy wybryk, spójrzmy na gola Łyszczarza z Bruk-Betem. Młody pomocnik znów szuka miejsca w świetle bramki, robi krok do tyłu, aby chwilę później przyspieszyć i zgubić krycie. Dochodzi do piłki i spokojnie kieruje ją do siatki. Łyszczarz potrafi dobrze odnaleźć się w polu karnym, przewiduje, gdzie może zostać skierowana futbolówka i bardzo dobrze to wykorzystuje.


FATALNA KOŃCÓWKA
Wyrównanie w zasadzie nie wymagało od gości niczego wielkiego. Oczywiście, cała akcja rozpoczęła się od nieodgwizdanego faulu na Exposito, lecz później okazji na zapobiegnięcie straty gola było aż nadto. Rozpoczęło się od długiego, bezpańskiego podania, które w fatalny sposób próbował przyjąć Lewkot. W końcówce meczu od obrońcy oczekiwać trzeba przede wszystkim bezpiecznej gry, więc podjęcie niepotrzebnego ryzyka w momencie, gdy piłkę można bez większego problemu wybić na aut, zasługuje na krytykę. Oczywiście, nie ma ryzyka, nie ma zabawy - gdyby futbolówkę udało się opanować, to Śląsk prawdopodobnie dograłby mecz, będąc w posiadaniu piłki do samego końca, lecz w przypadku straty, trzeba też liczyć się ze wszelkimi konsekwencjami. W tym przypadku oznaczały one stratę punktów.

Kolejny błąd to opuszczenie swojej pozycji przez Gollę i absolutny brak asekuracji. Nie najlepszą decyzję obrońcy dało się jeszcze uratować, lecz, jak widzimy na dwóch kolejnych grafikach, żaden z wrocławian nie zaasekurował strefy, za którą odpowiedzialny był Golla. Imaz bez asysty jakiegokolwiek rywala mógł spokojnie skierować piłkę do siatki, a bezradny Szromnik kolejny raz skapitulował.


Wracając do samego początku naszych rozważań, tak - arbiter popełnił błędy, które wyraźnie wpłynęły na obraz meczu. Niemniej takie rzeczy się zdarzają (chociaż akurat sędziemu Jarosławowi Przybyłowi nadzwyczaj często) i ważne jest to, aby w pierwszej kolejności patrzeć na siebie. Jak pokazuje powyższa analiza, straconych goli dało się uniknąć, a starcie z Jagiellonią powinno zostać wygrane. Mamy nadzieję, że będzie to cenna lekcja dla podopiecznych trenera Magiery.