Tęsiorowski: Śląsk potrzebował Lavicki (WYWIAD)

Tęsiorowski: Śląsk potrzebował Lavicki (WYWIAD)

fot.: Damian Filipowski

– Byłoby miło, gdybym właśnie w Śląsku mógł zakończyć swoją karierę. Nie mówię, że jako pierwszy trener czy członek sztabu szkoleniowego, ale na pewno chciałbym jeszcze w tym klubie popracować – powiedział nam Waldemar Tęsiorowski, który w klubie z Oporowskiej spędził znaczną część swojego życia, zdobył z nim Puchar i Superpuchar Polski w 1987 roku.



 

W zielono-biało-czerwonch barwach ma na koncie ponad 300 występów, jest uznawany za jednego z najlepszych obrońców w historii klubu. Po zakończeniu kariery zawodniczej przy Oporowskiej pełnił funkcję asystenta trenera Ryszarda Tarasiewicza, z którym wyprowadził Śląsk z III ligi do II, następnie awansował do Ekstraklasy. Zresztą „Tęsior” i „Taraś” to od lat nierozerwalna para trenerska – tak było nie tylko w Śląsku, ale też w ŁKS-ie, Miedzi Legnica, Koronie Kielce i GKS-ie Tychy.


Ekstraklasa wróciła do treningów, pierwsze mecze po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa zaplanowano na 29 maja. Czy decyzja o kontynuowaniu rozgrywek w Polsce jest słuszna?

Jestem jak najbardziej za. Jeśli piłkarze i pracownicy klubów, przed rozpoczęciem treningów grupowych, przechodzą tak szczegółowe badania, o których słyszeliśmy w ostatnich dniach, to znaczy, że plan jest właściwie przygotowany i nie powinno być żadnego problemu. Poza tym, nie jest do końca sprawiedliwe, by najważniejsze ligi w kraju były rozstrzygane przy zielonym stoliku, a nie na zielonym boisku, więc jeśli jest taka możliwość, Ekstraklasa, I i II liga zdecydowanie powinny dokończyć sezon.

Największą nowością po wznowieniu rozgrywek będzie większa częstotliwość rozgrywania meczów. Czy w naszych realiach, granie przez dwa miesiące co trzy dni, to coś, co organizmy piłkarzy wytrzymają?

Uważam, że w Śląsku Wrocław pracują znakomici fachowcy od przygotowania fizycznego. Jeżeli na czas przerwania rozgrywek zostały właściwie opracowane plany treningowe dla piłkarzy, wszystko powinno być w porządku. Swoje powinien zrobić również głód grania, chęć rywalizacji będzie z pewnością większa niż kiedykolwiek wcześniej i to może tylko pomóc.

A aspekty mentalne? Liga była przerywana w marcu, gdy piłkarze alarmowali, że zwyczajnie boją się grać w trakcie epidemii. Czy to, co się będzie działo w głowach, nie okaże się większym problemem niż to, co czują w nogach?

Dzisiaj piłkarze Ekstraklasy mówią o podekscytowaniu powrotem do treningów, z całym szacunkiem dla powagi sytuacji, jaką mamy w kraju, koncentrują się tylko na tym. I tak samo powinno być podczas meczów. Oczywiście, niełatwo będzie zapomnieć o tym, co nas otacza, przez to, że mecze będą odbywać się bez udziału publiczności. Najważniejsze jednak, by koncentrować się na zadaniu, które jest do wykonania. Sytuacja może się również zmieniać. Ta duża strata, jaką na razie będzie brak kibiców, być może przestanie istnieć już jesienią.

Aktualną sytuację można porównać do jakiegoś wydarzenia z pańskiej kariery?

W lipcu 1990 roku zostałem zawieszony za naruszenie nietykalności sędziego podczas sparingu Śląska z Pogonią Oleśnica. Przez kolejnych sześć miesięcy nie rozegrałem żadnego meczu, nie miałem żadnych treningów. Jedyne, co mogłem zrobić, to kilka razy w tygodniu biegać po parku na Kozanowie, w którego okolicy mieszkałem. W lutym wróciłem do treningów, miesiąc później zagrałem pierwszy mecz z GKS-em w Katowicach. Zespół z powrotem przydzielił mi opaskę kapitana, którą straciłem po tej nieprzyjemnej sytuacji, a każde z 15 pozostałych do końca sezonu spotkań rozegrałem od pierwszej do ostatniej minuty. Nie czułem żadnego ubytku na zdrowiu. Ani głowa, ani mięśnie nie dawały znać, że przerwa trwała tyle czasu. W sytuacji, w której dzisiaj znaleźli się piłkarze w naszym kraju, również nie powinni mieć problemu z powrotem do codzienności.

Gdyby ten sezon został przerwany, jednymi z najbardziej rozczarowanych kibiców w Polsce byliby pewnie ci Śląska Wrocław, bo przecież na tak udane rozgrywki czekali od wielu lat. Choć trudno w to uwierzyć, od początku reformy ESA37, czyli od sezonu 2013/2014, Śląsk tylko raz w rundzie finałowej grał w grupie mistrzowskiej. Z czego mogły wynikać takie kłopoty ze sforsowaniem bram ósemki?

Zastanawiam się, czy remedium na takie problemy Śląska, nie było zatrudnienie trenera Vitezslava Lavicki. Fachowca z dużym doświadczeniem, który swoją osobowością wprowadza dużo spokoju na treningach, przy linii podczas meczów i piłkarze to czują. Może Śląsk potrzebował właśnie kogoś takiego po braku stabilizacji we wcześniejszych sezonach. Wydaje mi się, że latem trener Lavicka zyskał również piłkarzy do realnej rywalizacji o miejsce w składzie, to daje mu większe pole manewru, niż rok temu, gdy zaczynał pracę od konieczności walki o utrzymanie. Teraz wszystko jest na dobrej drodze, więc życzę Śląskowi dokończenia rozgrywek i załapania się na podium.

A jeśli podium, to europejskie puchary. Czy jednak sierpniowe przebijanie się od pierwszych rund eliminacyjnych w meczach z półamatorami, w obecnej sytuacji, Śląskowi Wrocław właściwie byłoby potrzebne? Jak odniósłby się pan do teorii, że w rundzie finałowej Śląsk powinien odpuścić walkę o puchary, a w prawdziwym boju przetestować młodzież, bo to może mu się zdecydowanie bardziej opłacić na przyszłość?

Byłem piłkarzem i jestem trenerem, który chce zawsze jak najwięcej ugrać z sytuacji, w jakiej się znalazł. Śląsk nie powinien podchodzić do grupy mistrzowskiej z myślą, że niech się dzieje, co chce, bo tak naprawdę nam nie zależy. Jeżeli dzisiaj jest szansa, by załapać się na podium i po ładnych kilku sezonach wrócić do ścisłej czołówki w naszym kraju,  dlaczego tego nie zrobić? Wiem sam po sobie, że czas na ogrywanie najzdolniejszej młodzieży jest zawsze. To nie może być jedno kosztem drugiego. Jeśli faktycznie są tacy piłkarze, którzy czekają na szansę, niech to się dzieje w tym samym momencie, bez żadnego odpuszczania.

To w takim razie czego potrzebowałby Śląsk, gdyby wywalczył awans do europejskich pucharów i pewnie już kilkanaście dni po zakończeniu sezonu 2019/2020, musiałby grać ponownie? Zespół musiałby się wzmocnić czy już w aktualnym kształcie byłby na to gotowy?

Uważam, że ta drużyna nie potrzebowałaby dużych roszad. Właśnie w pierwszych rundach europejskich pucharów wolałbym grać tym samym składem, który je wywalczył, zamiast coś zmieniać, byle awansować do kolejnej rundy. Wcale bym się tego nie bał, ani nie wstydził. Na pewno trzeba byłoby poszukać solidnego stopera, bo Wojciech Golla niedawno doznał poważnej kontuzji, gołym okiem widać, że jego nieobecność to duża strata i pytanie kiedy będzie ponownie gotowy do gry. Pozycja napastnika? Erik Exposito i Filip Raicević raczej wystarczą na walkę w pucharach, w odwodzie jest przecież jeszcze młody Piotr Samiec-Talar.

Już nie taki młody, a od lat uważany za obiecujący talent jest Kamil Dankowski, piłkarz grający przecież na pańskiej pozycji. Przed końcem roku wrócił do składu po kontuzji Łukasza Brozia, ale zakontraktowanie zimą Urugwajczyka Guillermo Cotugno nie tylko on mógł odebrać jako sygnał, że Śląsk raczej nie wiąże z nim przyszłości. Co by Pan mu podpowiedział?

Kamil Dankowski powinien zostać w Śląsku, nie myśleć o zmianie klubu, czy wypożyczeniach, tylko powalczyć o swoje. Ma zbyt dużo dobrych cech, by tak łatwo z niego zrezygnować - mam na myśli choćby możliwości szybkościowe, niezłe dośrodkowanie. Moim zdaniem chce jednak za dużo grać w ofensywie, a za mało w defensywie. A przecież ostatecznie jest obrońcą i chciałbym, żeby nauczono go właściwych piłkarskich zachowań, jeśli chodzi o grę pod własną bramką. Dankowski musi się lepiej ustawiać do przeciwnika. Jeśli gra na prawej stronie, powinien spychać rywala do linii. Kamil popełnia dużo prostych błędów, jeśli chodzi o grę jeden na jeden, a boczny obrońca jest rozliczany właśnie choćby z liczby dośrodkowań rywala. Jestem trochę zdziwiony, że mając takiego chłopaka szuka się innych rozwiązań, a można byłoby po prostu skoncentrować się na treningu indywidualnym, wskazać mu co robi źle i jak to poprawić.

Pańskie drogi ze Śląskiem nadal się przeplatają?

Przeplatały się tak naprawdę przez całe moje życie, najpierw piłkarskie, potem trenerskie i tak jest cały czas. Mówiąc szczerze, byłoby miło, gdybym właśnie w Śląsku mógł zakończyć swoją karierę. Nie mówię, że jako pierwszy trener czy członek sztabu szkoleniowego, ale na pewno chciałbym jeszcze w tym klubie popracować. Staram się też utrzymywać kontakt z kolegami z drużyny – z Waldemarem Prusikiem czy Zbyszkiem Mandziejewiczem. Podobnie oczywiście z Ryszardem Tarasiewiczem, z którym jeszcze niedawno pracowałem w GKS-ie Tychy, ale musiałem zrezygnować z powodów rodzinnych. Od początku roku samodzielnie jestem trenerem czwartoligowego Piasta Żerniki, mieliśmy przygotowania, ale niestety nawet nie wznowiliśmy rozgrywek z powodu epidemii, więc ta praca dopiero się rozpoczyna i mam nadzieję, że uda się rozpocząć nowy sezon zgodnie z planem.

Czy aktualną drużynę Śląska, która walczy o najwyższe lokaty w Ekstraklasie, można porównać do tej, która odnosiła największe sukcesy z Panem w składzie?

W naszej drużynie z lat osiemdziesiątych było więcej indywidualności, nieprzypadkowo w pewnym momencie mieliśmy pięciu piłkarzy w seniorskiej reprezentacji i kolejnych pięciu w kadrze młodzieżowej. Szczerze mówiąc, tamten zespół po prostu piłkarsko zdecydowanie więcej umiał. Byliśmy bardziej kreatywnymi zawodnikami. Założenia przedstawione przez trenera to było jedno, ale my sami potrafiliśmy na boisku wymyślić jeszcze więcej i to dotyczyło piłkarzy z każdej formacji. Dzisiaj więcej jest taktyki, gramy albo w ofensywie, albo w defensywie, a każdy piłkarz powinien mieć w sobie coś takiego, co sprawi, że trener po meczu przyjdzie, klepnie po plecach i powie „Tęsior, podobało mi się. Nawet się tego nie spodziewałem”.  Tego mi dzisiaj brakuje w Śląsku.

Grał Pan w drużynie silnej, poukładanej, z charakterem, a jednak zabrakło jej wielkiego sukcesu. W 1987 roku zdobyliście Puchar Polski i Superpuchar, ale zabrakło Wam mistrzostwa, nie było nawet żadnego miejsca na ligowym podium. Z perspektywy czasu można mówić o niedosycie?

Zdecydowanie i tego najbardziej żałuję. Prawda jest taka, że nasz zespół w drugiej połowie lat osiemdziesiątych co najmniej raz powinien być mistrzem Polski, a kolejne dwa-trzy razy załapać się na niższe stopnie podium. Zawsze przypominam, że byłem mistrzem Polski juniorów w 1979 roku, ale bardzo mi brakuje podobnego stempla w piłce seniorskiej.

Tęsiorowski, Tarasiewicz, Rudy, Prusik, nazwiska piłkarzy tego pańskiego wielkiego Śląska można wymieniać i długo wspominać, ale tym, o którym bardzo niesprawiedliwie chyba już się zapomina był Dariusz Marciniak. Piłkarz, o którego podobno zabiegali skauci Realu Madryt i Bayernu Monachium, zapamiętany przez historię jako ten, który utopił swój talent w alkoholu. Jaki to był zawodnik?

Świętej pamięci Darek Marciniak… Pamiętam go na pierwszych treningach w Śląsku, ręce same składały się do oklasków. Od pierwszych meczów był nie do upilnowania dla najlepszych obrońców w kraju. Czysty talent, trafił do nas w wieku 19 lat, ale praktycznie umiał wszystko, nie bał się nikogo. Niezwykle przyjemnie patrzyło się na to, co on potrafił zrobić na boisku. Ogromna szkoda, że jego życie potoczyło się w niewłaściwym kierunku, bo mógł zrobić wielką karierę, osiągnąć niesamowicie dużo.

Był piłkarzem, o którego szczególnie dbaliście w szatni?

Cała drużyna starała się mu pomóc, otoczyć opieką, ale Darka Marciniaka nie dało się upilnować. Zawsze jakoś potrafił się od nas oderwać po treningu czy meczu i wybierał niestety te swoje ścieżki. Ożenił się, pamiętam jego śliczną małą córeczkę, jednak najgorsze, że nawet to nie sprawiło, że potrafiłby trzymać się z dala od swojego nałogu. Bardzo wielka szkoda. Jego historia powinna być przestrogą dla wszystkich, szczególnie młodych piłkarzy.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.