Traumatyczna połowa
fot.: Paweł Kot
Tak złej postawy w pierwszej części sobotniego meczu z Piastem nie przewidzieliby chyba najwięksi pesymiści wśród fanów Śląska. Gliwiczanie strzelali we Wrocławiu z łatwością, jaka na Pilczycach w ostatnich latach zdarzała się niezwykle rzadko. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Powrót na własny stadion po dwóch wyjazdach na początku 2022 roku, nie przyniósł upragnionego przełamania. Śląsk w sobotę przegrał z Piastem Gliwice 1:3, a wynik nie byłby może jeszcze aż tak uderzający, gdyby nie wzmianka, że wszystkie bramki padły jeszcze przed przerwą. Tak zła postawa defensywy przed własną publicznością to nie lada wywrotka – wrocławianie pozwalali rywalowi na zaskakująco dużo, a sami niejednokrotnie mu też pomagali (niecodziennej urody samobój Patryka Janasika). Zielono-biało-czerwoni w sobotę zanotowali już dziesiąty mecz z rzędu bez czystego konta. W tym czasie stracili aż dwadzieścia dwie bramki, a po raz ostatni na zero z tyłu któryś z ich bramkarzy zagrał 23 października przy Reymonta w Krakowie (5:0).
ŻURAW I MAGIERA
W poszukiwaniach ostatniego meczu, w którym Śląsk tylko w pierwszej połowie dał sobie wbić trzy gole na własnym stadionie trzeba cofnąć się do początku poprzedniego sezonu. Wówczas, w 3. kolejce rywalem wrocławian prowadzonych jeszcze przez Vitezslava Lavickę był Lech Poznań Dariusza Żurawia, a trzecie trafienie dołożył nawet znacznie wcześniej niż Piast, bo w 32. minucie. Wtedy też zupełnie inne było końcowe rozstrzygnięcie, wrocławianie uratowali remis 3:3, w sobotę uniknięcia porażki nie byli nawet blisko. Co ciekawe, wcześniejszy taki przypadek miał miejsce w listopadzie 2016 roku. Do Wrocławia przyjechała… prowadzona przez Jacka Magierę Legia Warszawa, która 3:0 prowadziła już po siedmiu minutach od rozpoczęcia gry, a ostatecznie wygrała 4:0.
BEZROBOTNY BRAMKARZ
Sam fakt utraty trzech bramek przed własną publicznością przez Śląsk to również statystyka, przy której warto się zatrzymać. Choć Magiera we Wrocławiu pracuje od niespełna roku, tak zawstydzający wynik zdarza mu się już po raz drugi – za pierwszym razem, w kwietniu, dało się to jednak przełknąć, bo była wygrana 4:3 z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Wcześniej coś takiego zdarzyło się za kadencji trenera Lavicki we wspomnianej konfrontacji z Lechem (3:3). Po sobotnim meczu ironię losu stanowi również liczba celnych strzałów Piasta, bo Michał Szromnik wcale nie miał pracowitego wieczoru. Gliwiczanie we Wrocławiu w światło bramki uderzali zaledwie dwa razy, trzecie trafienie sprezentował im Janasik, wobec ofensywnej indolencji Śląska, takie wyrachowanie podopiecznych trenera Fornalika było jak najbardziej wystarczające i zrozumiałe.