Władysław Poręba, czyli pół życia dla Śląska (WYWIAD)
fot.: archiwum Radosława Osowskiego
Trener, który ze Śląskiem Wrocław zdobył jedyny tytuł mistrza Polski juniorów w historii. Człowiek, który był świadkiem narodzin seniorskiej drużyny, która stała się jedną z najmocniejszych w dziejach WKS-u. Władysław Poręba niedawno skończył 80 lat, z czego połowę poświęcił dla ukochanego klubu. Śledząc nadal jego losy w ekstraklasie.
Władysław Poręba urodził się 7 lutego 1942 roku w Krużlowej Wyżnej. Zaczynał w ŁKS Komorów (1958), następnie Sycowianka Syców (1958-60), Bielawianka Bielawa (1960-62), aż wreszcie Śląsk Wrocław (1962-74). Na koniec kariery wystąpił również sezon w PKS Odrze Wrocław (1974-75). Był obrońcą, dla WKS zagrał w 111 meczach w Ekstraklasie oraz 154 na drugim poziomie rozgrywkowym.
Jako trener grup młodzieżowych Śląska sięgnął z drużyną po mistrzostwo Polski juniorów w 1979 roku. Jedyne w historii wrocławskiego klubu. Poręba był również w sezonie 1984/85 asystentem Henryka Apostela w pierwszej drużynie Śląska.
Urodził się pan w czasie drugiej wojny światowej. Okresie, który trudno sobie nawet wyobrazić. Pan cokolwiek pamięta z pierwszych lat życia?
Czasów wojennych nie pamiętam. Pochodzę z Małopolski, ale tuż po wojnie ojciec z kolegą wylądowali koło Lwówka. Jechali przez las, był strzał z karabinu i kula przeszła ojcu po czole. To był znak, że trzeba stamtąd uciekać. Dlatego wylądowaliśmy koło Międzyborza, gdzie żyliśmy przez trzy lata. W 1949 roku przenieśliśmy się do Komorowa, trzy kilometry od Sycowa.
I tam zaczęło się kopanie?
Cały czas się grało na podwórku. Widocznie musiałem mieć jakiś talent, choć zacząłem swoje poważne trenowanie dopiero w wieku 18 lat. Na wsi nie było gdzie, na poziomie C-klasy rzuciło się piłkę i tyle. Byłem młodzikiem i nie widziałem wielkiej różnicy między bieganiem po podwórku, a graniem na tamtym poziomie. W wieku 16 lat trafiłem do Sycowianki Syców. Uczyłem się dodatkowo zawodu, rymarstwa-tapicerstwa u prywaciarza, a dodatkowo kopałem piłkę przez dwa lata.
Władysław Poręba w trakcie piłkarskiej kariery
I wtedy poznał pan Franciszka Szkudlarka, który jest współautorem pańskich przenosin do Bielawianki Bielawa?
Franek też mieszka koło Sycowa. Wyróżniałem się, byłem powoływany do kadry juniorów w regionie, ale szef klubu nie chciał mnie gdziekolwiek puścić z Pogoni. Franek grał w Pafawagu Wrocław, Bielawianka go wykupiła i wtedy on szepnął komuś z bielawskiego klubu, że w Sycowie gra całkiem niezły młodzik. Przyjechała delegacja z Bielawy i załatwiła moje przenosiny do całkiem dobrego klubu w regionie.
Pierwsze pół roku grałem w A-klasie, w drugim zespole Bielawianki. Pod koniec rozgrywek lewy obrońca z pierwszej drużyny zażyczył sobie sporej podwyżki. Nie dali mu, nie pojechał na obóz i dzięki temu ja się załapałem na wyjazd. Jak dostałem swoją szansę, on już nie miał ze mną szans, żeby wrócić do składu, miał też już swoje lata.
Byłem w Bielawie dwa sezony. Graliśmy z Bielawianką nawet o awans do II ligi. Uważam, że gdybyśmy mieli lepszego bramkarza, to być może byśmy awansowali. Podczas rozgrywek bramkarze dobrze bronili, nie można było mieć zastrzeżeń. Kiedy jednak przyszło grać o awans, naprawdę dużą stawkę, zdarzyły się błędy.
Dodatkowo rywali Bielawianka też miała wówczas mocnych. Prosto ze Śląska.
To prawda. Slavia Ruda Śląska i Szombierki Bytom stawały na naszej drodze. Te drugie rok po roku robiły awans, a jak weszli do I ligi, sięgnęli z marszu po tytuł wicemistrza Polski. Za to w Slavii grał wówczas Władek Żmuda, późniejszy trener Śląska Wrocław.
Po dwóch latach gry w Bielawie zgłosiło się po mnie wojsko. Dostałem powołanie i tyle było gry w Bielawiance.
Bielawianka nie walczyła o pozostanie Poręby?
Walczyć walczyła, ale w zderzeniu z wojskiem po prostu nie było szans i dyskusji. Pamiętam, że udało im się jeszcze załatwić jakimś cudem, że tydzień dłużej byłem w Bielawie, bo Bielawianka grała ważny mecz. Graliśmy wtedy z Bolesławcem i po tym spotkaniu już poszedłem bezpośrednio do wojska.
WKS Śląsk (25.10.1963)
Stoją od lewej: Stefan Szefer, Rudolf Stach, Zdzisław Trocha, Rudolf Siegert, trener Władysław Giergiel, Joachim Stachuła, Hubert Skowronek. Siedzą od lewej: Paweł Śpiewok, Władysław Poręba, Klaus Masselli, Wacław Cholewa, Jerzy Apostel, Zbigniew Lenczowski, Władysław Żmuda.
Jak wyglądały te przenosiny w praktyce?
Zrobiono zgrupowanie piłkarzy powołanych do gry w Śląsku w Głogowie. Pamiętam, że na miejscu poznaliśmy trenera WKS, Władysława Giergiela. Muszę panu powiedzieć, że na tym zgrupowaniu w Głogowie mieliśmy naprawdę dobry piłkarski materiał. Był Stefan Szefer, bardzo dobry bramkarz Jurek Apostel, Wacek Cholewa, Reinhard Pilarek… Ludzie głównie z Górnego Śląska.
Do Głogowa przyjechał szef kompanii sportowej, zabrał nas i przyjechaliśmy pociągiem do Wrocławia. I od razu automatycznie trafiliśmy na kompanię sportową. Tam to już nie było wojsko, tylko granie w piłkę.
Po czasie pojawiła się propozycja przenosin do Górnika Wałbrzych, wówczas całkiem mocnej drużyny. Przekonali mnie jednak we Wrocławiu, żeby zostać w Śląsku.
Łącząc wątek bielawsko-wrocławski, pan grywał z braćmi Garłowskimi, czy się minęliście?
Nie, ja byłem w Bielawie wcześniej. Pamiętam jednak z Bielawianki bardzo dobrego piłkarza, Horsta Panica. On też był później w wojsku, jak ja przyszedłem do służby, to on akurat kończył. Panic po dobrej grze w Bielawie przeniósł się do Górnika Wałbrzych.
W Bielawiance mieliśmy wówczas naprawdę dobry zespół. Na mecze przychodziło dużo ludzi, lubili nas oglądać. Pamiętam też swój debiut, pojechaliśmy do Kowar. Mieliśmy taką kapelę, że graliśmy na jedną bramkę, taką mieliśmy przewagę. No i co z tego, przewaga była przygniatająca, a przegraliśmy 0:1. Sytuacji było tyle, powinniśmy tam wygrać osiem, dziesięć do zera, ale nic nie chciało wejść. Szybko poprawiliśmy jednak skuteczność i później było kroczenie od zwycięstwa do zwycięstwa.
Graliśmy na trójkę obrońców, na stoperze Jasiu Tyrka, który później grał w Hutniku Kraków. Bardzo dobrym piłkarzem był Jan Antczak, który po naszych sukcesach przeniósł się do Cracovii. A jednym z największych talentów, które wspominam z Bielawianki, był Mundek Czech. On jednak nie chciał odejść z Bielawy, został w klubie.
W Bielawie wówczas rzeczywistość była poukładana tak, że graliśmy w piłkę, ale byliśmy też pracownikami zakładów włókienniczych Bielbaw. Ja mając wyuczony zawód rymarza, pomagałem przy wytwarzaniu pasów do maszyn, itd. Tak było początkowo, później odgrywając już ważniejszą rolę w zespole, zostałem przeniesiony na drukarnię. Tam były już zupełnie inne, lepsze zarobki. W zakładzie byłem codziennie.
A wasi najwięksi rywale z Dolnego Śląska w tamtym okresie?
Górnik i Thorez - obie drużyny z Wałbrzycha. Na trzecioligowym poziomie bardzo mocne były też wrocławskie zespoły, Pafawag i Ślęza.
Najsilniejszy we Wrocławiu był jednak Śląsk, grający w II lidze. Trener Giergiel szybko scementował zespół, jak już się do nich przeniosłem. Ze starszyzny został tylko Paweł Śpiewok, Rudolf Siegiert, Tadek Łuczak i Antek Rogoza. Reszta dotarła do Śląska z tego zgrupowania z Głogowa, o którym wspominałem.
WKS Śląsk (sezon 1963/64)
Stoją od lewej: Stefan Szefer, Rudolf Siegert, Joachim Stachuła, kpt. Zdzisław Trocha (sekretarz i kierownik sekcji) Wacław Jarmuz, Fryderyk Cholewa, Walenty Czarnecki, Rudolf Stach. Siedzą od lewej: Zbigniew Lenczowski, Władysław Poręba, Jerzy Apostel, trener Władysław Giergiel, Klaus Masselli, Paweł Śpiewok, Hubert Skowronek.
Czyli nie było tak, że tylko ludzie z Dolnego Śląska tworzyli zespół.
Absolutnie. Okręg wojskowy Śląska obejmował tereny łódzkie, zielonogórskie oraz górnośląskie i dolnośląskie. Jeśli piłkarz był wybitnie utalentowany, trafiał automatycznie do Legii Warszawa.
Gdzie mieściła się „kompania sportowa” wojskowego Śląska?
Na dawnych Przodowników Pracy, obecnie Hallera, przy Gajowickiej. Tam były wszystkie sekcje Śląska, piłka ręczna, lekkoatleci, no i piłkarze nożni. Kto był sportowo zdolniejszy, to od razu na kompanię sportową. Na miejscu byli sportowcy i wojskowi.
Często spełniał pan wojskowe obowiązki?
Nie. Właściwie to raz do roku jechaliśmy na strzelnicę.
Pamięta pan swój pierwszy mecz na stadionie przy Oporowskiej?
Graliśmy z Gwardią Warszawa, na trybunach było mnóstwo ludzi. Po stronie rywali dużo dobrych i bardzo dobrych piłkarzy. Reprezentanci tacy jak Stanisław Hachorek czy Krzysztof Baszkiewicz. Silny zespół, ale pokonaliśmy ich we Wrocławiu 2:1. Za to mój debiut w Śląsku to wyjazdowe lanie na stadionie Szombierek Bytom, przegraliśmy 0:3.
Najpierw walczyliśmy głównie o utrzymanie, ale zespół się scementował i zaczęliśmy seryjnie wygrywać. Doszli do nas Rainer Kuchta i Piotr Brol. Plus Jasiu Świerniak i Gerard Rother, obaj z Polonii Jelenia Góra. Do tego trener Giergiel potrafił stworzyć fajną atmosferę. Siadaliśmy na piłce, dwadzieścia minut rozmowy, dowcipów. A później ciężka praca, nie było mowy o odpuszczaniu.
Gdzie szukać klucza do późniejszych sukcesów?
Byliśmy wojskowi, więc była dyscyplina, nie było zmiłuj. Dzisiejsza piłka nożna mocno się zmieniła pod wieloma względami. Za moich czasów graliśmy ładniejszą, choć wolniejszą piłkę. Nie trenowaliśmy aż tyle, nie było odnowy biologicznej na dzisiejszym poziomie. Kiedyś było bardziej skromnie, mogliśmy liczyć tylko na jednego masażystę, bez porównania z tym, co jest obecnie.
Pierwszy zespół wyjazd do Kłodzka na zgrupowanie objeżdżał samochodem ciężarowym Star 66, z typową plandeką. Na obozy jeździło się do jednostek wojskowych, byle taniej.
Śląsk był klubem typowo wojskowym. Wtedy miasto też nam pomagało, mogliśmy liczyć na etaty i spore wsparcie, warto o tym pamiętać.
WKS Śląsk Wrocław, od prawej: Stachuła, Masselli, Kuchta, Siegert, Blaut, Majnusz, Skowronek, Żmuda, Stach, Śpiewok, Poręba.
A co z atmosferą w drużynie, mieliście jakieś swoje miejsca spotkań?
Starszyzna spotykała się w kawiarni „Stylowa”, naprzeciwko PeDeTu (dzisiejsza Renoma), na placu Kościuszki. To było ulubione miejsce piłkarzy Śląska, ale też trenera Giergiela. Panowie siadali ze szkoleniowcem, śmiechu zawsze było sporo. Mieliśmy na przestrzeni lat w „Stylowej” fajną atmosferę. Jeden ze znajomych był perukarzem w teatrze, można było zdobyć u niego bilety, bywaliśmy z chłopakami na przedstawieniach.
W zespole mieliśmy dwie grupki, starsi i młodsi. Ale potrafiliśmy się dogadać, to był naturalny podział, który nikomu specjalnie nie przeszkadzał.
Najlepsi piłkarze Śląska z tamtych czasów?
Wśród obrońców stawiam na Siegierta. W ataku niezmordowany Śpiewok. Dużo dobrego dawał też nasz kapitan Tadziu Łuczak, który do Śląska przeszedł z Warty Poznań. Później do WKS dołączył Joachim Stachuła z Thoreza Wałbrzych, dobry zawodnik. Ktoś na podobieństwo Deyny, nie za szybki, ale świetny technicznie i mózg drużyny. Byli też solidni skrzydłowi, Hubert Skowronek czy wspomniany Rother.
Mieliśmy drużynę, ale finansowo klub był słabszy od konkurencji. Najbogatsze były kluby górnicze i Legia. Górny Śląsk uważam jednak za najmocniejszy region finansowo w czasach, w których grałem w piłkę.
Ale wyjazdy zagraniczne też się trafiały.
Miło wspominam wyjazd do Korei Północnej. To było dla mnie symboliczne zakończenie kariery… Już wtedy koreański reżim był tam nieprzeciętny. Zatrzymywali nas co dziesięć kilometrów na kolejnych kontrolach, czy mamy ważne przepustki. To był 1974 rok. Do kupienia na miejscu były właściwie tylko wódka i jedwab.
Na miejscu jako Śląsk wygrywaliśmy wszystkie mecze. Przyszedł dzień wyjazdu, a tu nie ma żadnego transportu dla nas. W końcu pojawiła się kobieta z ambasady razem z radcą prawnym i pytają, czy faktycznie chcemy wrócić do Polski? Bo jeśli tak, to musimy… coś przegrać, bo inaczej na nie wypuszczą z Korei. No to przegraliśmy 0:1 i dzień później już mogliśmy ruszać.
Porażka z rozsądku.
To prawda. Ale tamta w Korei atmosfera była niezwykła. Na jednym meczu było 100 tysięcy ludzi. Cały mecz klaskano, żadnych gwizdów.
Piłkarze Śląska Wrocław podczas pobytu w Korei Północnej.
Zostaliśmy też wysłani na turniej do Libii w ramach nagrody za wygranie mistrzostwa Polski juniorów. To była nagroda od Polskiego Związku Piłki Nożnej. Na miejscu graliśmy z drużynami afrykańskimi, był też mocny zespół z Katalonii. Jedyne czego nie wiedzieliśmy, to że zagramy na sztucznym boisku. A my mieliśmy buty z pokaźnymi korkami. Chłopakom już na koniec krew leciała, tak przestrzeliliśmy z obuwiem. W naszym ostatnim meczu turnieju, o brązowy medal, już ja zagrałem.
Jak sobie poradził trener/piłkarz Poręba?
Przy okazji jubileuszu 80 urodzin chłopcy się śmiali: Pan trenerze nie zakończył kariery tu we Wrocławiu, a na sztucznym boisku w Libii! Jeszcze w tamtym meczu nawet karnego strzelałem. Powiem panu, że ja jedenastki wykonywałem, jak dzisiaj Robert Lewandowski. Opóźniałem strzał, czekając na ruch bramkarza.
Były zagraniczne propozycje, że odejść ze Śląska?
A to się nagrywa?
Niezmiennie.
Pojechaliśmy na pierwszy wyjazd zagraniczny, do Francji. To był turniej wielkanocny. Pamiętam, że na tamten wyjazd jechaliśmy razem z koszykarzami Śląska. Tamta drużyna to była potęga w Polsce. Mieciu Łopatka, Kaziu Frelkiewicz, Jurek Świątek, Zenek Matysik, Władek Kasiński… Wielkie nazwiska polskiej koszykówki.
Zrobiliśmy tam furorę, graliśmy bardzo dobrze. Angielskiego drugoligowca Birmingham City ograliśmy 8:0. Pojawiła się dla mnie propozycja, żeby zostać we Francji i tam grać w piłkę. Człowiek był jednak młody, kalkulował konsekwencje i realia. Rodzice na wsi w Polsce, ja w wojsku, czyli musiałbym dezerterować, no nie. Nie zdecydowałem się.
Wszyscy w drużynie byli wojskowymi?
Nie. Cywilami w zespole, w którym występowałem byli: Łuczak, Siegiert, Śpiewok i Rogoza.
Pańską poważną karierę zakończyła kontuzja, czy scenariusz był inny?
Podczas wewnętrznej gierki młody bramkarz Śląska Jacek Wiśniewski wyszedł na szesnastkę, wpadł na moje kolano i tyle tego było. A mieliśmy dzień później wyjechać do Bułgarii…
Wyleczyłem jednak ten uraz. W wojsku zażywałem kąpieli siarkowych, pod kontrolą, bo nie można było przesadzić z tymi zabiegami. Czasy były jednak takie, że w wieku 32 lat byłeś już starym piłkarzem. Po powrocie z turnieju w Korei kazali mi w klubie zakończyć karierę i tyle tego kopania było.
Ostatecznie po czasie pozwolili mi grać w PKS Odrze Wrocław. Byłem w dobrej formie, zespół był ciekawy i liczyliśmy się w walce o awans do II ligi. Po roku występów w Odrze dostałem rozkaz powrotu do Śląska, już jako trener młodzieży. Zaczęło się od najmłodszej grupy, obóz w Jeleniej Górze, takie miałem początki. Szybko szedłem do góry.
I przyszedł słynny, mistrzowski rok 1979.
To była konsekwencja wcześniejszych lat. Pamiętam taki sezon w lidze międzyokręgowej, bo tak walczyło się o tytuł. Grały tam Odra Opole i Chemik Kędzierzyn-Koźle, bardzo mocne zespoły. Przed naszym ostatnim meczem po 49 punktów mieliśmy my oraz dwa wspomniane kluby. Chemik jednak spotkanie ostatniej kolejki już rozegrał. A my graliśmy z Odrą w Opolu o mistrzostwo. Na trybunach pięć tysięcy ludzi, na mecz pofatygował się nawet Orest Lenczyk, ówczesny trener pierwszego zespołu Śląska. Do mistrzostwa wystarczył nam remis i osiągnęliśmy to.
Mistrzowski zespół juniorów Śląska Wrocław podczas turniej w Czechosłowacji.
Byłem młodym trenerem, więc na treningach grałem razem z chłopakami. Traktowałem wślizgami co poniektórych, rywalizacja była ostra. Ale fair, po prostu dobrze się dogadaliśmy. Korzystałem z wiedzy, jaką posiadłem jako piłkarz. Do tego dyscyplina. U mnie kolczyk w uchu? Oj nie, to już koniec, nie ma grania. Papieros? To samo.
A alkohol?
To też można dopisać. Ta grupa to byli „wygibusy”, byli. Chłopaki mieli po 17-18 lat.
Największe talenty mistrzowskiej drużyny?
Mirek Pękala to był duży talent, półwychowanek Śląska. Do WKS przyszedł bowiem z Kłodzka, chociaż miał wtedy 16 lat. Duże papiery na granie miał Jasiu Zalewski. Miał trochę pecha w życiu, a zapowiadał się, że to będzie drugi Janusz Sybis. Kiwka, szybkość, ale później niestety, wybrał gitarę. Dodatkowo pamiętam, że któregoś razu rezerwy Śląska grały swój mecz na boisku przy Księcia Witolda. Ja nie byłem na tym meczu, ale Zalewski skończył wiek juniora i grali z Pasikurowicami. Rywal wjechał chłopakowi z tyłu w nogi, stopa się obróciła i było po karierze.
Klucz do sukcesu?
Mistrzowska drużyna nie opuściła żadnego treningu przez rok czasu. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia. Taki Rysiu Tarasiewicz nie tylko zasuwał na treningach, ale jeszcze zostawał długo po nich i strzelał te swoje rzuty wolne. Pamiętam jak mi zarzucono, że za dużo Rysiek drybluje. Tak twierdziło kierownictwo Śląska. Ja odbiłem piłeczkę, pytając: Panowie, a kiedy on się ma tego nauczyć, jak wy mu tego zakazujecie w juniorskiej piłce? Popatrzyli po sobie i mnie zostawili w spokoju, Tarasiewicza też.
Ale nie zawsze było wesoło. Waldek Prusik miał początkowo kłopoty z wejściem do pierwszego zespołu. Pojawiło się jednak trochę szczęścia, które w karierze jest niezbędne. Roman Faber złapał kontuzję, w przeddzień wyjazdu na obóz. Wzięli zatem Waldka w jego miejsce i co? Okazał się najlepszy spośród wszystkich, odkrycie.
Był taki moment, że jedenastu zawodników z mojej drużyny Śląska było w kadrze Polski juniorów. Bramkarz Pietrzak, Stasiu Leśniarek, Matys i Tęsiorowski, Prusik, Pękala, Tarasiewicz…
W kadrze pan jednak nie pracował. Ale już z seniorską drużyną Śląska tak. Jakie wspomnienia ze współpracy z Henrykiem Apostelem?
Heniu trenował reprezentację olimpijską. Dał mi plany polskiej kadry i ja sam pojechałem na obóz z pierwszą drużyną. Czytam te plany, zacząłem się drapać po głowie. Śląsk całkiem nieźle grał, mimo zwolnienia trenera Papiewskiego. W tych rozpiskach strasznie dużo odcinków biegowych, a to przecież środek sezonu. Cóż, zmieniłem je po swojemu. Krótsze dystanse, odcinki i to dało efekt. Do końca sezonu nie przegraliśmy żadnego meczu, to był naprawdę udany okres.
Nie było pomysłu na trenera Porębę, jako „jedynkę” na ławce WKS?
Miałem propozycję zastąpienia Lenczyka. Mieliśmy prowadzić zespół we dwójkę, Jan Caliński i ja. No i mój błąd, odezwałem się niepotrzebnie do pułkownika Nawrockiego, kierownika w Śląsku. Zapytałem wprost, jak będzie z finansami? W końcu prowadzenie pierwszego zespołu, a dowodzenie juniorami, to są dwie różne sprawy. Pułkownik krótko skwitował, że mam zostać na tych samych warunkach. No to ja podziękowałem, wróciłem do juniorów. Lenczyk się wściekł na mnie. Powiedział wprost, że gdybym się nie wychylał, a on pogadał z kierownikiem, to wywalczyłby dla mnie co trzeba.
Ile lat życia poświęcił pan dla Śląska?
Grałem dwanaście lat.
A razem z trenowaniem?
Oj, to zebrałoby się ze czterdzieści.
WKS Śląsk Wrocław (23.03.1964)
Stoją od lewej: Władysław Żmuda, Piotr Brol, Stefan Szefer, Rudolf Siegert, Joachim Stachuła, Alojzy Krzywoń, Walenty Czarnecki, Hubert Skowronek, Paweł Śpiewok, Reinhard Pilarek, Władysław Poręba.
Dzisiaj Władysław Poręba bywa na meczach WKS?
Nie. Byłem na dwóch spotkaniach na nowym stadionie. Akurat córka przyjechała z Ameryki ze swoim synem, czyli moim wnukiem. Namówili mnie. Ale mam już swoje lata, często te mecze są późno, wolę obejrzeć na spokojnie, w telewizji.
I jak się podoba dzisiejszy Śląsk?
Teraz oglądając Śląsk, nie mogę się nadziwić, że drużyna robi tyle błędów. Głównie patrząc na defensywę, bo o niej mogę mówić, będąc byłym obrońcą. Niektórzy w trakcie jednego sezonu robią tyle błędów, co ja przez dwanaście lat swojego grania. Patrząc na kadrę są przecież tacy piłkarze jak chociażby Poprawa, którzy w pewnym momencie weszli do składu i spisywali się całkiem nieźle.
Podoba mi się za to ten nowy, Jastrzembski. Zasuwa chłopak jak trzeba, widać, że przyjechał z ligi niemieckiej, a tam nie grają przypadkowi ludzie. Szkoda mi też odejścia Praszelika, chłopak miał pojęcie o grze w piłkę, dobrze się patrzyło na jego poczynania na boisku.
A tak już zupełnie na marginesie, zastanawiającą sprawą jest fakt, że na meczach dzisiejszego Śląska pojawia się niewielu byłych piłkarzy z okresu chociażby moich występów. Rozmawiamy o tym często z kolegami z boiska, no i bywa różnie. Chciałbym też, żeby na nowym stadionie Śląska pojawiło się więcej akcentów związanych z bogatą historią klubu. Czy to kawiarnia, albo miejsce, gdzie będzie tzw. sala historii, taka przestrzeń z duszą dla człowieka, który ma w sercu Śląsk. I to niezależnie od wieku.
Rozmawiał
Maciej Piasecki