Wszystko co ma swój początek, ma też i koniec…
Ryszard Tarasiewicz często powtarzał, że chciałby być dla Śląska jak Guy Roux, który przepracował w Auxerre wiele lat, stając się legendą tego klubu. Ryszard Tarasiewicz jest legendą i ikoną Śląska Wrocław - był fantastycznym zawodnikiem WKS-u, a gdy powrócił na Oporowską w roli szkoleniowca doprowadził klub z III ligi do 6. miejsca w Ekstraklasie i wywalczenia Pucharu Ekstraklasy. Tym Ryszard Tarasiewicz zapisał się w historii i tego nie odbierze mu nikt. Kibice pamiętają emocje związane z bataliami o awans najpierw na zaplecze ekstraklasy, a później o powrót do elity. Pamiętają i doceniają walkę o tożsamość klubu w momencie, gdy radość z promocji do najwyższej klasy rozgrywkowej mąciło widmo fuzji/przenosin Dyskobolii do Wrocławia. Fani pamiętają „40 punktów” Jana Żurka i radość z przejęcia ponownie sterów na trenerskiej ławce „Tarasia”.
To jednak już historia, najnowsza, ale jednak historia. Dla Śląska ważna jest jednak teraźniejszość i przyszłość. Przyszłość z nowym ogromnym stadionem i ogromnymi perspektywami, dla jednego z największych metropolii w Polsce, miasta-gospodarza EURO2012. Mariaż Tarasiewicza i Śląska lśni blaskiem historii, ale czy czeka go świetlana przyszłość? To jest kluczowe pytanie teraźniejszości! Czy ta wizja, ten Śląsk budowany przez Tarasiewicza to optymalna droga?
Szkoleniowcowi komfortu pracy mogli pozazdrościć niemal wszyscy w Polsce. Człowiek z charyzmą, posiadający poważanie w środowisku kibiców, wzór dla zawodników, silna osobowość. Tarasiewicz sam decydował o obliczu zespołu – chciał pełnić funkcję menedżera i otrzymał takie uprawnienia. Selekcjonował zawodników, decydował o kontraktach. To był i jest autorski Śląska Tarasiewicza, choć z pewnością nie miał do dyspozycji od włodarzy milionów na wzmocnienia kadrowe.
Machina Tarasiewicza funkcjonowała dobrze do sezonu 2008/2009. Wydawało się, że wszystko nabiera rozpędu i toczy się w dobrym kierunku, choć tu i ówdzie dostrzegano i wskazywano na pewne wady. Tarasiewicz niemal nigdy nie przyznawał się do błędów i nie krytykował zawodników, nawet, gdy kibice, dziennikarze, eksperci gołym okiem widzieli, że zmiany zostały przeprowadzane za późno, czy piłkarze zagrali słaby mecz. Za to permanentnie kłócił się z sędziami i podejmował wiele niezrozumiałych decyzji personalnych. Mimo tych i innych wad, do 2009 roku wyniki broniły szkoleniowca.
Ostatniego sezonu dla Śląska nikt nie mógł uznać za udany. Widmo spadku z ekstraklasy zaglądające drużynie w oczy, nie wspominając o tradycyjnym odpadnięciu z Pucharu Polski już w pierwszym meczu, pokazało, że pojawiła się rysa na szkle. Nie pojawił się progres i zaświeciła się pomarańczowa lampka ostrzegawcza. Miał być „Śląsk jakiego jeszcze nie widzieliśmy” i był, niestety w meczach z Lechią i Jagiellonią, otwierających wiosnę na Oporowskiej. Takiego Śląska kibice nie chcieli oglądać. Gdzie zniknął ten polot, ten powiew świeżości beniaminka, z szarżami Gancarczyków, z asystującym Milą? Może zabrakło Waldemara Tęsiorowskiego? Losy szkoleniowca ważyły się do ostatnich chwil sezonu, jednak pozostał na stanowisku, lecz otrzymał konkretny cel na kolejny sezon – 5. miejsce i walka na całego o Puchar Polski.
Władze zdecydowały również, że niezbędne jest wsparcie dla trenera i powstała instytucja dyrektora sportowego, który miał Tarasiewicza odciążyć z części obowiązków. Sezon 2009/2010 pokazał też, że część zawodników, pamiętających jeszcze drugą, a nawet trzecią ligę, pewnego poziomu nie przeskoczy. Świadomość faktu, że by osiągać sukcesy potrzebne są wzmocnienia i szeroka kadra, zaowocowała sprowadzeniem czterech bardzo dobrych i perspektywicznych jak na polskie warunki graczy. Do pełni szczęścia zabrakło tylko lewego pomocnika. Miało być pięknie i miał być „Śląsk, z którego będziemy dumni po każdym meczu”. Rzeczywistość zweryfikowała te nadzieje, po szóstej kolejce wstydzimy się już po dwóch meczach – w Gdańsku i Łodzi.
Rysa powiększyła się do dużego pęknięcia i Śląsk wylądował w strefie spadkowej, choć potencjał zawodników jest olbrzymi. Czemu kluby z budżetami dużo niższymi od WKS-u, posiadającymi mniej doświadczonych piłkarzy, są wyżej w tabeli? Czy nie nastąpiła pewnego rodzaju stagnacja, zmęczenie materiału? Czy szkoleniowiec w którymś momencie się nie pogubił? Może tej drużynie potrzeby jest wstrząs i przerwanie „kółka wzajemnej adoracji”, w którym trener głaszcze zawodników, a oni odpłacają się w wywiadach stwierdzeniami, że lepszego szkoleniowca nie ma?
Owszem, Śląsk gra ambitnie i walecznie (poza Gdańskiem), jednak zespół potrzebuje punktów! „Jeśli jest styl, to wyniki muszą przyjść” – słyszeliśmy. Jak na razie WKS ma ich na koncie niewiele. Niedawno w Zabrzu też nikt nie dopuszczał myśli o czarnym scenariuszu, a obudzono się z ręką w nocniku. Przed władzami stoi trudne pytanie – czy dać jeszcze szansę Tarasiewiczowi, czy uderzyć pięścią w stół…
Jedno jest pewne. Kibice, którzy wyrażają swoje opinie komentując sytuację Śląska, mają już dość obietnic o tym, że będzie pięknie. Nie chcą słuchać czułych słówek trenera na konferencjach prasowych oraz czytać słodkich zdań na blogach o tym jak jest super. Czy fan, który wydaje swoje ciężko zarobione pieniądze za bilet i pokonuje setki kilometrów za drużyną ma być zadowolony z tego, że piłkarze walczą na boisku? Toż, to jest ich psi obowiązek, za który otrzymują uposażenie, dla przeciętnego fana niewyobrażalne. Fani nie chcą już słuchać o tym, że sędzia był zły, że trawa za wysoka, że kibice nie pomagali domagając się większego zaangażowania, a na boisku kontrolowaliśmy sytuację i stwarzaliśmy okazję, jednak zabrakło skuteczności, a szczęście sprzyjało rywalom! Kibic nie chce słyszeć o doskonałych warunkach do przygotowań, o zmianach w treningach, które owocują większą wytrzymałością i osobnych ćwiczeniach dla poszczególnych formacji. Kibic nie chce denerwować się czekając na zmiany w składzie przy stanie 1:4 i zadawać sobie pytania po co sprowadzany był Łukasz Gikiewicz, skoro zaliczył raptem 27 minut na murawie. Kibica nie interesuje, czy Śląska zagra w systemie 1-4-4-2 i z odpowiednią arytmią gry, tylko oczekuje skutecznych akcji wypracowanych podczas treningów. A jakie w obecnej sytuacji WKS posiada wypracowane schematy rozegrania akcji ofensywnych? Wyćwiczone, wytrenowane, które z zamkniętymi oczami zawodnicy potrafią wykonać w czasie meczu? Wrzut z autu na wysokości pola karnego przedłużony głową przez wysokiego kolegę? Kto odpowiada za wyszkolenie i dobór zawodników, którzy później „popełniają błędy indywidualne, które zaważyły o wyniku”? Kibic oczekuje efektownej gry, ale takiej, która daje zwycięstwa i punkty!
Można powiedzieć, że szkoleniowiec nie wybiegnie na boisko i nie zagra. Jednak nie można uciec od pytania – dlaczego piłkarze, którzy pokazali grę na wysokim poziomie, teraz tego nie potrafią udowodnić, a zespół wzmocniony 3 silnymi ogniwami gra może i efektowniej, ale na pewno nie efektywniej? Gdzie popełniono błędy? Z ust szkoleniowca słyszymy jedynie, że jest dobrze... Czy to nie jest zaklinanie rzeczywistości i pobożne życzenia?
Po meczu w Łodzi czara goryczy została przelana. Wśród kibiców decyzja już zapadła, wystarczy zajrzeć do serwisów internetowych: Dziękujemy za przeszłość, spoglądamy w przyszłość! Problem tylko, że niełatwo znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego szklarza, który poklei rysy i pęknięcia, a całość potem jeszcze dobrze oszlifuje...
PS
A może jednak na przekór wszystkim… Radość w Nowym Dworze Mazowieckim, Kielcach, Krakowie… Czy to realne, czy tylko Sience-Fiction?
Bilans Śląska w 2010 roku: 3 zwycięstwa, 8 remisów, 8 porażek, bramki 19:28.