Wypowiedzi zawodników

Zachęcamy do zapoznania się z wypowiedziami: Sebastiana Olszara, Jarosława Fojuta, Wojciecha Grzyba, Łukasza Gikiewicza, Remigiusza Jezierskiego oraz Tadeusza Sochy po meczu Śląska Wrocław z Ruchem Chorzów. Straciliście bramki po stałych fragmentach gry. Wiadomo, że Śląsk zdobywa wiele goli w ten sposób.
Sebastian Olszar (Ruch Chorzów): Trener nas na to nastawiał. Szkoda, że przytrafiły się jakieś błędy i dwa razy z tego powodu piłka wpadła do bramki. Były analizy przed meczem dotyczące tych stałych fragmentów. Jednakże każda sytuacja jest inna i Śląsk znowu wykorzystał ten element. To wystarczyło, by odnieśli zwycięstwo.
Postawiliście trudne warunki Śląskowi. To był zupełnie inny mecz niż ich spotkanie z inną śląską drużyną - Górnikiem Zabrze.
Wydaje mi się, że z gry nie byliśmy gorszą drużyną. Śląsk jest groźny przy stałych fragmentach, o czym wszyscy wiedzą. Po raz kolejny to się sprawdziło.
Jak się Pan czuje na boisku po kontuzji?
Dość dobrze. Inaczej niż przed kontuzją, bo ostatni okres był dla mnie niezbyt udany i troszeczkę miałem braki kondycyjne. Teraz już jest całkiem dobrze i myślę, że powinno być coraz lepiej.
To nie był łatwy mecz. Ruch wyszedł przede wszystkim, aby nie stracić bramki, a wy jeszcze przed przestrzelonym rzutem karnym nie mieliście na nich pomysłu.
Jarosław Fojut (Śląsk Wrocław): Wiedzieliśmy, że mecz będzie tak wyglądał. Gramy podobną piłkę i taktycznie też wyglądamy podobnie ze względu na trenerów, którzy reprezentują tę samą szkołę. Było ciężko, ale spodziewaliśmy się tego. Stałe fragmenty, co było dzisiaj widać, są ważną sytuacją na boisku. W wielu ligach na świecie sześćdziesiąt procent bramek pada po ich wykonaniu. Musimy się cieszyć z tego, że Sebastian świetnie dogrywa i my się znajdujemy w polu karnym.
Pocieszaliście Przemysława Kaźmierczaka w przerwie spotkania?
Przemek jest profesjonalistą i nie ma sensu mu mówić: „głowa do góry”. Po niestrzelonym karnym pewnie chwilkę o tym pomyślał, ale w następnych minutach było widać, że szybko o tym zapomniał.
Siedem meczów bez porażki, w tym cztery z rzędu wygrane. Apetyty rosną?
Jutro już zapomnimy o meczu dzisiejszym i przygotowujemy się do spotkania z Arką. Mamy następne dwa ciężkie mecze na wyjeździe. Pamiętamy naszą serię porażek i cieszymy się z tych zwycięstw. Pokazaliśmy, że „Twierdza Wrocław” to nie są tylko dwa głupie słowa.
Zdarzyło się kiedyś Panu ligowy mecz grać na sztucznym boisku?
Ja osobiście ligowego nie zagrałem, ale podczas mistrzostw świata do lat dwudziestu graliśmy na sztucznych boiskach i jestem na to przygotowany. Między murawą normalną a sztuczną jest duża różnica. W następnym tygodniu będziemy trenować na sztucznych boiskach. Jest to na pewno jakaś przewaga Arki, ale boisko pokaże, jak to wszystko będzie wyglądało.
Z Arką zwycięstwo jest w zasięgu i ta seria bez porażki może trwać do końca rozgrywek jesiennych.
Zobaczymy, jak ten mecz będzie wyglądał. Jestem pewny, że wielu kibiców oczekiwało, że dzisiaj znowu wygramy wysoko. Tak naprawdę boisko pokazało, że było ciężko. Tak samo może być z Arką. Gdynianie dobrze grają w obronie, mimo tej wczorajszej porażki. Ten kto oglądał mecz z Legią widział, że 0:3 to był za wysoki wynik.
Ostatnio Śląsk traci mało bramek. Z czego to wynika? Były jakieś specjalne treningi dla bloku defensywnego, czy po prostu wszystko zaskoczyło?
Ta „formacja defensywna” się tylko tak nazywa. Broni cały zespół i z meczu na mecz się zgrywamy i lepiej gramy w obronie.
Dzisiejsza porażka ze Śląskiem Wrocław była nieszczęśliwa dla was?
Wojciech Grzyb (Ruch Chorzów): Tak, wyjątkowo pechowa. Pierwsza bramka samobójcza padła przez przypadek, a druga ze spalonego. Trzeba to jednak przyjąć „na klatę”. Sytuacja nasza jest niewesoła i w dwóch ostatnich kolejkach musimy zdobyć punkty.
Śląsk dwie bramki zdobył po dwóch stałych fragmentach gry. Można powiedzieć, że jak zwykle.
My jak zwykle w ostatnich meczach tracimy bramki po stałych fragmentach. We wcześniejszym meczu w Warszawie po stałych fragmentach straciliśmy wszystkie trzy, a dzisiaj dwie. Ta statystyka chluby nam nie przynosi. Dzisiaj było w tym wszystkim trochę przypadku, aczkolwiek nie można wszystkiego na to zrzucać. Przegraliśmy i jedziemy do domu bez punktów.
Łukasz Gikiewicz (Śląsk): W tym meczu było więcej walki niż gry. Trzy punkty zostały jednak we Wrocławiu. To był nasz ostatni pojedynek przed własną publicznością i założyliśmy sobie zwycięstwo. Udało się, mamy 19 oczek. Gra nie była tak efektowna jak z Górnikiem, ale już po meczu w Bełchatowie powiedziałem, że możemy tak grać zawsze, byleby wygrywać. Jesteśmy w takiej sytuacji, że liczą się punkty, a nie piękna gra. Zszedłem z boiska w końcówce, bo byłem poobijany, a na dodatek w tygodniu brałem tabletki z powodu choroby.
Remigiusz Jezierski (Śląsk): Przez tydzień nastroje były szampańskie, również wśród wrocławskich kibiców. Dzisiaj postanowiliśmy im zafundować horror i gola nie strzelać za szybko. A mówiąc poważnie, Ruch postawił nam trudniejsze warunki niż Górnik. Cieszymy się z udanego zakończenia jesieni we Wrocławiu.
Tadeusz Socha (Śląsk): W pierwszej części Ruch narzucił nam swój styl gry. Mieliśmy trochę problemów. Druga połowa była lepsza w naszym wykonaniu, a zadanie ułatwiło nam zdobycie bramki. Chcieliśmy utrzymać wynik, a dodatkowo strzeliliśmy drugiego gola. Kontaktowa bramka dodała im skrzydeł, a w nasze szeregi wprowadziła trochę nerwowości. W meczu skupiałem się na pilnowaniu Zająca. Po wejściu Krzysztofa Wołczka nominalnie grałem jako prawy pomocnik, ale wspierałem obronę, bo broniliśmy wyniku. Najważniejsze są trzy punkty, a nad stylem będziemy pracować w przerwie zimowej. W kolejnych meczach także będziemy walczyć.
