Wzrost wbrew logice
fot.: Śląsk Wrocław
Transfer Rafała Makowskiego do Kisvarda FC musiał zaskoczyć wszystkich, pomocnik nie był faworytem do opuszczenia Śląska, a jeśli już, to w kierunku wewnątrz ligi, bo grając we Wrocławiu nie zachwycał. Tymczasem on robi kolejny krok do przodu i patrząc w szerszym kontekście to w typowym dla siebie stylu.
Jego transfer był ogłoszony jeszcze przed zakończeniem sezonu 19/20, gdy piłkarz był skupiony na walce o awans do ekstraklasy wraz z Radomiakiem Radom, co trwało aż do finałów baraży. Te zresztą drużyna prowadzona przez Dariusza Banasika przegrała. I jest to na swój sposób symboliczne dla tego zawodnika, teraz ponownie mimo poczucia niedosytu, on robi kolejny krok do przodu
SYN TRENERA
W życiu tak jest, że wiele rzeczy ma się w swoich rękach i nogach, ale też ważne jest szczęście do ludzi, którzy nas otaczają. I Makowski takie szczęście miał, bo jeśli ktoś jest mocno odpowiedzialny za jego rozwój, to na pewno wspomniany już wcześniej trener Banasik. Wierzył w wychowanka Legii, widział w nim potencjał i też dlatego sprowadzał do kolejnych trenowanych zespołów: Pogoni Siedlce, Zagłębia Sosnowiec oraz Radomiaka. To on odpowiada także za zmianę pozycji - Makowski zaczynał jako stoper, defensywny pomocnik, a szkoleniowiec zobaczył w nim potencjał na ofensywnego pomocnika, o czym sam zainteresowany w rozmowie dla portalu iGol.pl mówił tak:
Przede wszystkim znalazł też dla mnie nową pozycję, na której obecnie występuję. Uważam to za pewnego rodzaju fenomen. Fenomen dlatego, że trener dojrzał w zawodniku stricte defensywnym kogoś, kto może stać się piłkarzem ofensywnym. Poza tym jako sam człowiek trener Banasik jest bardzo inspirującą i pozytywną osobą. Lubi wiedzieć wszystko o swoich zawodnikach i mieć z nimi bliski kontakt. Myślę, że to zaprocentowało, co było widać w naszej grze.
I do Wrocławia przychodził właśnie jako ofensywny pomocnik z łatką wysokiej jakości kanoniera, człowieka, który będzie nękał bramkarzy kolejnymi uderzeniami z głębi pola niczym swego czasu Karol Bielecki w kadrze szczypiornistów. Niestety, ale w ekstraklasowych warunkach nie był w stanie tego pokazać, a powodów było kilka.
WŚRÓD ŻYCZEŃ ZABRAKŁO ZDROWIA
W tym samym wywiadzie urodzony w Warszawie pomocnik wspominał o pozytywnym przyjęciu w szatni i upominku wynikającym z urodzin, które obchodził tuż przed rozpoczęciem treningów. Chyba jednak koledzy zapomnieli o tym, aby poza szczęściem czy pomyślnością życzyć zdrowia, bo tego elementu brakowało, aby Makowski mógł odnieść sukces. Najpierw we wrześniu był na kwarantannie powodu zakażenia koronawirusem. To się odbiło na jego dyspozycji, nie wyróżniał się wracając łapiąc minuty w drużynie rezerw, a też w ekstraklasie zdążył uzbierać jesienią łącznie 4 występy, ale w żadnym nie spędził na boisku więcej niż kwadrans.
Nowy rok i zbliżająca się runda wiosenna miały pozwolić na nowe otwarcie. Teraz Makowski miał czas, aby zgrać się z kolegami z zespołu, spędzić więcej czasu na murawie i wreszcie rozwinąć skrzydła pod wodzą Vitezslava Lavicki. I tym razem jednak wszystko potoczyło się zgoła inaczej. Owszem wszedł jako zmiennik ze Stalą Mielec i Piastem Gliwice, za ten drugi występ zebrał pochwały, bo w ospałym Śląsku wniósł dużo pozytywnej energii i życia do ofensywnych zagrań. Cóż jednak z tego, skoro doznał urazu kolana i znów został wyłączony z gry na dłuższy okres. A gdy już wrócił - rzeczywistość wyglądała inaczej.
LEGIONIŚCI NA BOISKU, LEGIONISTA NA ŁAWCE
WKS wiosną wyglądał jak futbolowe uosobienie leniwca. Gra powolna, przewidywalna, prosta, to wywoływało frustrację, a dodatkowo zarządzający klubem mieli pretensje o nikłe wykorzystanie młodzieży - ostatecznie doszło do zmiany i przejęcia sterów przez Jacka Magierę. Dla Makowskiego to był dobry znak, na ławce pojawił się szkoleniowiec stawiający na ofensywę, potrafiący wyciągnąć to co najlepsze właśnie z zawodników odpowiadających za kreację. Dostał od losu trzecią szansę i wydawało się, że już tym razem nic nie stanie na przeszkodzie.
Z pierwszych pięciu rozegranych meczów pod wodzą Jacka Magiery, trzy zaczynał w wyjściowej jedenastce. Nie spowodowało to jednak ugruntowania swojej pozycji, trener większe nadzieje pokładał w talencie Szymona Lewkota, który kończył sezon obok Krzysztofa Mączyńskiego, a dodatkowo w letnim okienku sprowadzony został Petr Schwarz, co było oczywistym sygnałem - trzeba podnieść poziom rywalizacji wśród środkowych pomocników.
KOLEJNA SZARA JESIEŃ
Rosły pomocnik jednak nadal nie pozwalał się wygryźć, był podstawowym piłkarzem w eliminacjach do Ligi Konferencji Europy, w ekstraklasie, jeśli tylko kondycja pozwalała, podobnie. Korzystał z warunków fizycznych, zbierał drugie piłki, rozprowadzał akcje, a też w odpowiednich momentach podłączał się z głębi pola. Z Lechią Gdańsk oraz z Zagłębiem Lubin zanotował asysty przy bramkach Dino Stigleca oraz Mateusza Praszelika. Z czasem jednak zaczął opadać wraz z całym zespołem i dostawał coraz mniej minut. Ostatecznie cała runda była raczej rozczarowaniem mimo bramki z Pogonią i przytoczonych wcześniej asyst.
Transfer, który się dokonał jest kolejnym elementem rozwoju pomimo przeciwności losu. Nieoczywista zamiana pozycji u trenera Banasika, indywidualny awans z przegranymi barażami w tle, teraz transfer po takiej rundzie do wicelidera ligi węgierskiej. Dotychczasowa kariera wychowanka Legii jest naznaczona słodko-gorzkimi momentami, ale dla niego najważniejsze jest ciągłe korzystanie z nadarzających się okazji.
Wymieniana w przestrzeni publicznej kwota 300-400 tysięcy euro dowodzi, że kupujący mają przekonanie do tego ruchu i może będą w stanie wykorzystać tego pomocnika lepiej, niż jak miało to miejsce we Wrocławiu. Pozostaje życzyć powodzenia w piłkarskiej podróży w kierunku południowym, a Śląskowi odpowiednich wzmocnień wykorzystując nieplanowane fundusze. A też trzeba pamiętać o młodzieżowcach, którzy po cichu mogą wypełnić powstającą lukę. Tak to w życiu jest, że rozstania choć czasem przynoszą niedosyt i rozczarowanie, to umożliwiają nowe otwarcie prowadzące do sukcesu.