Zdarzyło się wczoraj: Dwa skrajne europejskie wieczory

Zdarzyło się wczoraj: Dwa skrajne europejskie wieczory

fot.: Bartłomiej Wójtowicz

W ostatnich 11 latach pięciokrotnie śledziliśmy przygody Śląska w europejskich pucharach. Nie brakowało spotkań, do których wracamy z nostalgią, ale zdarzały się i takie mecze, które najchętniej wymazalibyśmy z pamięci. Oba przytoczone przykłady zdarzyły się w ten sam dzień, właśnie 1 sierpnia. To wtedy w 2012 roku wrocławianie jako mistrzowie Polski odnieśli bolesną porażkę przed własną publicznością ze szwedzkim Helsingborgiem (0:3), a rok później odnieśli bardzo cenne zwycięstwo u siebie z Clubem Brugge (1:0), które przybliżyło ich do awansu do 4. rundy eliminacji Ligi Europy.



 

Po wicemistrzostwie Polski w 2011 i dotarciu do 4. rundy eliminacji Ligi Europy, apetyt kibiców Śląska wzrósł do najwyższych celów. Klub sprostał oczekiwaniom fanów, dzięki czemu rok później podopieczni Oresta Lenczyka podnieśli do góry puchar za mistrzostwo Polski. Pomimo docinek z zewnątrz o najsłabszym mistrzu w XXI wieku, trójkolorowi bez stresu zaczęli bój o fazę grupową Ligi Mistrzów. W 2. rundzie wrocławianie pokonali w dwumeczu mistrza Czarnogóry Buducnost Podgorica (2:0 i 0:1).

POTOP SZWEDZKI WE WROCŁAWIU

Wrocławianie do meczu z Helsingborgiem przystępował po porażce przed własną publicznością z zespołem z Podgoricy. Śląsk nie zachwycił w tamtym spotkaniu, ale zaliczka z wyjazdowego spotkania wystarczyła do awansu. Trener Lenczyk zdecydował się na szereg zmian, nie w defensywie jak wielu oczekiwało, a w ofensywie. Na boisku od pierwszej minuty zobaczyliśmy zatem Johana Voskampa, Sylwestra Patejuka i Waldemara Sobotę.

W pierwszym kwadransie wrocławianie praktycznie nie istnieli. Dwa poważne błędy popełnił Amir Spahić, ale goście nie wykorzystali okazji. Śląsk ledwo wymieniał dwa-trzy podania i zdecydowanie oddał inicjatywę mistrzom Szwecji. Dalsza część pierwszej połowy była już bardziej dynamiczna i to po obu stronach. Swoje szanse mieli Patejuk oraz Rok Elsner, a w zespole Helsingborga Sorum. W 36. minucie błąd popełnił Pawelec, który oddał piłkę rywalowi, a ten ruszył z kontrą zakończoną bramką. Gashi ograł dwóch obrońców Ślaska na linii pola karnego i uderzył na długi słupek, po drodze piłkę trącił Finnbogason, a ta odbiła się od słupka, po czym wpadła do bramki Śląska. Prócz Mariana Kelemena, nikt z zawodników WKS-u nie zasługiwał na pochwały za pierwsze 45 minut. Gra w defensywnie i ofensywie wyglądała mizernie, a ławka rezerwowych nie napawała optymizmem.

Początek drugiej połowy należał do Śląska. Wojskowi częściej kontrolowali piłkę, stwarzali sobie kolejne okazje, ale próżno było szukać wśród nich wystarczająco groźnych, by zaskoczyć Para Hanssona. Dlatego też trener Orest Lenczyk po ponad godzinie gry zdecydował się na zmianę napastnika. Cristian Omar Diaz zmienił niewidocznego Voskampa, jednak Argentyńczyk zanim zdążył choć raz wziąć udział w akcji, musiał rozpoczynać od środka boiska. Najpierw kilkadziesiąt metrów pod pole karne przebiegł Mahlangu, który podał piłkę do Anderssona, a ten przymierzył z szesnastu metrów i trafił prosto w okienko. Kelemen był bez szans. Po drugim bolesnym ciosie gra Śląska siadła na dobre, u piłkarzy nie było widać wiary w możliwość odwrócenia spotkania, a kolejne zmiany w osobach Gikiewicza i Stevanovicia nie wniosły kompletnie niczego nowego. Helsingborg wykorzystał niemoc trójkolorowych zdobywając trzecią bramkę, co tak naprawdę zamykało już ten dwumecz. Mistrz Szwecji wykorzystał niemoc wrocławian. Mistrz Polski z 2012 roku tylko utwierdził kibiców i dziennikarzy, że początek sezonu w ich wykonaniu jest po prostu kiepski. Śląsk przegrał drugi mecz z rzędu przed własną publicznością, a w rewanżu również stracił trzy bramki, strzelając zaledwie jedną. To było bolesne rozstanie z eliminacjami Ligi Mistrzów i początek problemów na starcie sezonu, bowiem zielono-biało-czerwoni nie zawojowali Ligi Europy, w lidze przegrali z Widzewem, a ostatniego dnia sierpnia z pracą we Wrocławiu pożegnał się trener Lenczyk.

„ALEŻ SIĘ ZABAWIŁ SEBINO PLAKU!”

W zupełnie innych nastrojach kibice ze Stadionu Wrocław wychodzili po pierwszym meczu 3. rundy eliminacji Ligi Europy. Śląsk pod wodzą już nowego trenera Stanislava Levego po zajęciu trzeciego miejsca w ekstraklasie w sezonie 2012/13, w lipcu rozpoczął zmagania w europejskich pucharach. I to jak! W 2. rundzie wrocławianie wyeliminowali czarnogórski Rudar Pljevlja, wygrywając w dwumeczu 6:2. W kolejnej fazie na brązowych medalistów czekał już Club Brugge, belgijski zespół, który w poprzednim sezonie wystąpił w fazie grupowej LE.

Czeski szkoleniowiec na spotkanie z rozstawionym rywalem wystawił najmocniejszy skład, a Belgowie byli osłabieni brakiem kilku podstawowych obrońców. I o ile przed spotkaniem za faworyta uważano Club Brugge, tak różnice między dwoma zespołami zatarły się szybko wraz z pierwszym gwizdkiem. Śląsk rozpoczął mocniej, brakowało tylko bramek. Na prawej stronie szalał Sobota, dogrywając do swoich kolegów coraz to lepsze piłki, ale najlepszą sytuację w pierwszych 15 minutach miał Marco Paixao, który stanął oko w oko z bramkarzem gości, jednak ten nie dał się zaskoczyć podcinką Portugalczyka. WKS mógł się podobać, grał ostro i był nieustępliwy, a trener Levy mógł tylko chwalić zawodników. W ostatnim kwadransie pierwszej części spotkania goście zdecydowali się na śmielsze ataki pod pole karne Śląska, ale bez żadnych groźnych strzałów na bramkę Gikiewicza.

W drugiej połowie odważniej wyglądali goście. De Sutter przegrał pojedynek z Gikiewiczem, a Refaelov spóźnił się z dobitką. W 53. minucie ten sam zawodnik posłał bombę z 18 metrów, piłka przełamała ręce bramkarza Śląska, jednak zatrzymała się na słupku. W obu sytuacjach do wrocławian uśmiechnęło się szczęście. W końcu przyszła 63. minuta, w której cały Wrocław oszalał. Kapitalnie zachował się Kaźmierczak, który wykorzystał odegranie Paixao na środku, by posłać perfekcyjne prostopadłe podanie do Sebino Plaku. Albańczyk spokojnie poczekał i wchodząc w pole karne przelobował Ryana, który mógł w tej sytuacji tylko rozłożyć ręce. To była perfekcyjna akcja w wykonaniu gospodarzy.

REKOMPENSATA ZA LECHA

Prowadzenie obudziło w Wojskowych jeszcze większego ducha walki. Od tego momentu Śląsk bawił się piłką i rywalami. Paixao próbował przewrotką zza pola karnego zaskoczyć bramkarza, a kapitan Sebastian Mila nękał przeciwników dośrodkowaniami. Gorąco w polu karnym Śląska zrobiło się pod koniec meczu, kiedy na bramkę z kilku metrów uderzał De Sutter, ale kapitalną paradą popisał się Rafał Gikiewicz. Była to obrona na wagę zwycięstwa, które obiegło całą Polskę, tym bardziej, że tego samego wieczoru swój mecz z Żalgirisem Wilno sensacyjnie przegrał Lech Poznań. W rewanżu po równie świetnym widowisku zakończonym remisem 3:3, WKS awansował do 4. rundy eliminacji Ligi Europy.

Przygoda Śląska Wrocław w europejskich pucharach w XXI wieku przyniosła nam wiele spotkań, o których można się rozpisywać. Ostatni sezon z wykonaniu trójkolorowych z pewnością nie należał to rewelacyjnych, był wręcz dramatyczny z początkowymi przyjemnymi epizodami, ale nie mamy nic przeciwko, by jak najszybciej europejskie rozgrywki ponownie zawitały do Wrocławia.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.