1000 kilometrów na nic. Jagiellonia - Śląsk 2:0

Ponad 1000 kilometrów i 0:2 - to liczby Śląska po meczu z Jagiellonią. Piłkarze z Białegostoku potwierdzili, że dobry początek sezonu w ich wykonaniu nie jest przypadkiem. A Śląsk? Nie było źle, ale... No właśnie. Czego zabrakło? Przede wszystkim napastnika.

Mecz zaczął się jak pojedynek bokserski. Oba zespoły od razu przystąpiły do wzajemnej wymiany ciosów. Nie było to typowe dla polskiej ligi widowisko.

Pierwszy solidny cios zadali piłkarze "Jagi". W 20. minucie piłkarze Michała Probierza przyścili frontalny atak na bramkę Ivo Vazgeca. W końcu Bruno popisał się pięknym przyjęciem piłki, która wcześniej nieco skozłowała i uderzył jak z armaty. Vazgec był bez szans, ale jego koledzy z obrony nie ułatwili mu pracy. Defensorzy Śląska źle się ustawili w tej akcji i zostawili "Jadze" zbyt wiele miejsca do ataku.


 

Po stracie gola, Śląsk paradoksalnie atakował jeszcze śmielej. Piłkarze Ryszarda Tarasiewicza imponowali grą na małej przestrzeni, efektownie wymieniali się krótkimi podaniami i szukali drogi do bramki Jagiellonii. Aktywnie był Janusz Gancarczyk, który raz po raz nękał Igora Lewczuka rajdami i dryblingami.

Po jednej z akcji Gancarczyka, Śląsk był bliski zdobycia bramki. Sęk w tym, że sędzia Robert Małek zapominał, za co może podyktować rzut karny. Najwyraźniej uznał, że Sebastian Dudek padł w polu karnym jak rażony gromem tylko dlatego, że przestraszył się wślizgu Skerli. Tymczasem pomocnik Śląska zauważył, że obrońca Jagi jest spóźniony i nie zdąży zabrać mu piłki. Dlatego sprytnie ją podbił i został sfaulowany. Ale zamiast cieszyć się z "jedenastki", mógł tylko kiwać głową ze zdziwienia. Sędzia Małek musiał być wtedy myślami zupełnie gdzie indziej i kazał grać dalej.

Ta sytuacja tylko rozjuszyła graczy Śląska. Do końca pierwszej połowy wrocławianie dominowali na boisku. Ich bombardowanie bramki strzeżonej przez Rafała Gikiewicza nie przyniosło jednak efektów. Składnych akcji nie było komu kończyć.

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Choć przyznać trzeba, że tę część meczu oglądało się jakoś mniej przyjemnie. Bo i na boisku trochę mniej ciekawie było. Michał Probierz nakazał co prawda swoim piłkarzom, by skracali pole gry i naciskali na graczy Śląska już w środkowej strefie boiska. Wrocławianie jednak nie dali się zepchnąć do defensywy i napierali na bramkę rywala. Świetne okazje mieli Dudek i Marek Gancarczyk, ale zabrakło im szczęścia.

A że niewykorzystane sytuacje się mszczą, to Jaga zdobyła drugą bramkę. Ten cios przesądził o losach spotkania.

Czarną minutą Śląska była minuta nr 79. Antoni Łukasiewicz, grający na stoperze w miejsce Amira Spahicia, zagapił się i dał wyprzedzić Marco Reichowi. Doświadczony Niemiec spokojnie położył Vazgega i posłał piłkę do siatki. 2:0 dla Jagiellonii.

I koniec marzeń Śląska o trzech punktach. Smutna podróż do Wrocławia. Kolejny mecz piłkarze Tarasiewicza zagrają za tydzień w Gdańsku z Lechią. Może tam powiedzie im się lepiej. Oby. Bo liga w tym roku jest wyrównana. Lepiej pilnować, by rywale nie uciekli.

Jagiellonia Bytom - Śląsk Wrocław 2:0 (1:0)
Bramki: Bruno (20.), Reich (79.).

Jagiellonia: Gikiewicz - Lewczuk, Stano, Skerla, Alexis Norambuena - Bruno Coutinho, Hermes, Zawistowski, Jarecki (48. Cionek) - Grosicki (66. Reich), Frankowski (73. Jezierski).

Ślask: Vazgec - Wołczek, Celeban, Spahić, Pawelec - M. Gancarczyk (81. Socha), Łukasiewicz, Ulatowski, Dudek (70. Mila), J.Gancarczyk - Szewczuk.

Żółte kartki: Stano - Ulatowski, J. Gancarczyk.
Sędzia: Robert Małek (Zabrze).
Widzów: 5600.

źródło: własne

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.