A jednak można...
Wrocławianie źle zagrali w obronie pozwalając gościom na zdobywanie szybkich bramek. W ataku zaś Śląsk liczył na indywidualne umiejętności. Na kole wobec braku kontuzjowanego Mirosława Gudza nieźle w pierwszej połowie spisywał się Rafał Gliński. Można jeszcze pochwalić Michała Ciechanowicza w bramce i to wszystkie komplementy, jakimi można obdarzyć zespół gospodarzy.
W 19. minucie Śląsk prowadził 13:9 i wydawało się, że bedzie spokojnie kontrolował grę. Jednak po dłuższym zastoju wrocławian Warszawianka jeszcze przed przerwą doprowadziła do remisu. Na początku drugiej połowy zespół ze stolicy nawet objął prowadzenie (19:17 w 33. minucie), ale to podopieczni trenera Marka Karpińskiego mieli inicjatywę.
Dwie minuty przed końcem spotkania było 31:28 dla Śląska. W krótkim odstępie czasu na ławkę kar powędrowali Michał Salami oraz Maciej Dmytruszyński. Warszawianka wykorzystała szansę i po kontrze doprowadziła do remisu za sprawą Bartłomieja Peplińskiego. Oddał on rzut niemal równo z syreną końcową.
źródło: własne