ANALIZA: Silnik Śląska zaskoczył. Pomocnicy WKS-u w liczbach
fot.: Paweł Kot
Śląsk nie wrócił do Ekstraklasy dzięki jednej formacji. Ale jeśli szukać miejsca, w którym najlepiej widać przemianę zespołu, trzeba spojrzeć właśnie na środek boiska. W liczbach widać zarówno liderów, którzy dźwigali grę po zimie, jak i zawodników, którzy dopiero zaznaczali swoją obecność w pierwszej drużynie.
Zima odpaliła nowy środek pola
Patrząc wyłącznie na suche liczby, można byłoby uznać, że Śląsk miał w środku pola bardzo szeroką grupę: Michał Mokrzycki, Patryk Sokołowski, Jorge Yriarte, Adam Ciucka, Dorian Markowski, Oskar Wojtczak i Przemysław Mazan. Kontekst sezonu szybko porządkuje hierarchię. Druga linia Śląska nie była szeroką rotacją siedmiu równych zawodników, ale konstrukcją opartą na trzech filarach i czterech piłkarzach dostających minuty z doskoku.
Najważniejszą cezurą był tu zimowy transfer Michała Mokrzyckiego. Pomocnik dołączył do Śląska w połowie rozgrywek, a mimo to z miejsca wszedł do ścisłego centrum gry. Wystąpił w 25 meczach, 23 razy wychodził w podstawowym składzie i uzbierał 2201 minut, co przy jego późnym przyjściu mówi naprawdę dużo.
Za Mokrzyckim stała para zawodników, którzy sezon rozpoczynali już we Wrocławiu i byli w drużynie od początku rozgrywek: Sokołowski i Yriarte. Pierwszy rozegrał 25 spotkań, 21 w wyjściowej jedenastce, 1915 minut, drugi 28 meczów, 18 od początku, 1848 minut. Dawali zespołowi boiskowy tlen - intensywność, asekurację, obecność pod piłką i stabilność w środku. Młodsi lub rzadziej wykorzystywani gracze byli natomiast raczej uzupełnieniem: Ciucka zebrał 82 minuty, Markowski 142, Wojtczak 103, a Mazan tylko 13.
I właśnie z tego powodu analizę trzeba prowadzić ostrożnie. Inaczej waży 90% celności podań Dorian Markowskiego przy 51 wszystkich podaniach, a inaczej 86,92% Jorge Yriarte przy 994 podaniach. Inaczej wygląda 100% skutecznych dryblingów Wojtczaka przy jednym udanym dryblingu, a inaczej 32 udane dryblingi Mokrzyckiego przy regularnej grze pod presją.
Mokrzycki: Transfer, który popchnął grę do przodu
Bardzo szybko było widać, że Mokrzycki nie jest tylko kolejnym zawodnikiem do utrzymania posiadania. On miał pchać grę wyżej, łamać linie i dostarczać piłkę w najbardziej potrzebne sektory. Najlepiej pokazuje to statystyka podań prowadzących do strzału. Mokrzycki zanotował 7 takich zagrań i był pod tym względem najlepszy w całej lidze.
Do tego dochodzi 51 kluczowych podań, 5. miejsce w lidze, oraz 8 strzałów ze stałych fragmentów, również 5. pozycja w rozgrywkach. To był dokładnie ten typ pomocnika, którego Śląsk potrzebował wiosną: nie tylko do pilnowania rytmu, ale też do robienia przewagi bliżej pola karnego. Mokrzycki nie wybierał najbezpieczniejszego podania. Brał na siebie decyzje, które mogły otworzyć mecz - dogranie między liniami, finalne podanie, stały fragment, uderzenie, przyspieszenie gry.
W ogólnych liczbach też wygląda mocno: 1080 podań ogółem, 849 celnych, 128 celnych podań w tercję ataku, 42 strzały, 11 celnych strzałów, 2 gole i 2 asysty. To pomocnik, który w pół sezonu wszedł do ligowej czołówki w najważniejszych kreatywnych rubrykach. W klasyfikacji celnych podań w tercję ataku był 37., w liczbie wszystkich podań 53., w celnych podaniach 60.
W statystykach widać jednak, że za ryzyko trzeba było zapłacić. Mokrzycki miał 231 niecelnych podań, 24. wynik w lidze, a jego celność podań wyniosła 78,61%, co dało dopiero 269. miejsce. Nie można tego czytać wyłącznie jako zarzutu. Kto gra odważniej, szuka podań łamiących linie i przyspiesza akcje, ten naturalnie częściej oddaje piłkę rywalowi. Jednak przy przejściu do Ekstraklasy ten balans będzie kluczowy. Śląsk potrzebuje Mokrzyckiego agresywnego w rozegraniu, ale jeszcze bardziej będzie potrzebował Mokrzyckiego selektywnego.
Niepokoić może także liczba strat lub akcji, w których rywal zyskiwał możliwość ataku po błędzie. W zestawieniu „errors leading to shot” Mokrzycki miał 12 takich zdarzeń. Do tego rywale mijali go dryblingiem 42 razy, co plasowało go wysoko w tej niechlubnej klasyfikacji. Był piłkarzem, który najczęściej otwierał Śląskowi drogę do bramki przeciwnika, ale jednocześnie jednym z tych, od których wymagać trzeba większej kontroli ryzyka.
W bezpośrednich starciach Mokrzycki brał na siebie sporo pracy: 182 wygrane pojedynki, 36. miejsce w lidze, 29 wygranych pojedynków powietrznych i 58% skuteczności w powietrzu. Do tego dochodzi 41 fauli, 6 żółtych kartek i 1,6 faulu na mecz. Widać tu piłkarza, który wszedł w środek pola z pełnym zaangażowaniem: dużo kontaktu, dużo walki, czasem gra na ostrzu, ale też większa intensywność i więcej odwagi w kierowaniu akcjami.
Sokołowski: Solidność bez dużych liczb
Patryk Sokołowski nie był twarzą efektownych akcji, ale był jednym z tych zawodników, którzy pomagali utrzymać drużynę w ryzach. 25 występów, 21 meczów od początku, 1915 minut, to liczby zawodnika, któremu sztab ufał. Jego zadaniem nie było błyszczeć w ostatniej tercji przy każdej akcji. Bardziej chodziło o porządkowanie gry, zabezpieczenie środka i utrzymywanie rytmu.
Widać to w podaniach. Sokołowski wykonał 984 podania, z czego 843 celne, przy bardzo solidnej skuteczności 85,67%. W klasyfikacji celnych podań był 61., w podaniach ogółem 63., a w celnych podaniach w tercję ataku aż 21. z wynikiem 150. To szczególnie ciekawy trop, bo pokazuje, że nie był wyłącznie pomocnikiem od podtrzymania posiadania. Potrafił zagrać wyżej, przenieść akcję w bardziej niebezpieczne rejony i dać drużynie punkt wyjścia do ataku.
Problem zaczyna się jednak przy finalizacji. Sokołowski zakończył sezon z 1 golem i bez asysty. Miał 15 kluczowych podań, 2 podania prowadzące do strzału i 22 uderzenia, z czego 8 celnych. Jak na pomocnika tak mocno obecnego w konstrukcji akcji, brakowało trochę konkretu na końcu boiska. Sokołowski dawał płynność i porządek, ale rzadziej dawał ten ostatni ruch: podanie otwierające, wejście w szesnastkę, decyzję pod bramką.
Dużo lepiej wygląda jego wkład w fazie bez piłki. 123 wygrane pojedynki, 40 wybić, 35 wygranych pojedynków powietrznych, 10 zablokowanych strzałów, to zestaw pomocnika, który wykonał sporo niewdzięcznej pracy. Wygrał 43,46% wszystkich pojedynków i 50,72% pojedynków w powietrzu. Nie są to statystyki gracza, który rozsadzał ligę, ale pokazują zawodnika, na którym przez wiele kolejek można było oprzeć środek pola.
Minus? Śląsk po awansie będzie potrzebował od takiego pomocnika większej wartości dodanej pod bramką rywala. Sokołowski dawał porządek, ale rzadziej dawał błysk. W pierwszej lidze to wystarczyło, zwłaszcza przy Mokrzyckim biorącym na siebie ciężar kreacji. W Ekstraklasie może być potrzebny jeszcze jeden krok: więcej podań łamiących linię, więcej wejść w pole karne, większa odwaga w strzale.
Yriarte: Rozegranie na plus, finalizacja w cieniu
Jorge Yriarte był jednym z najczęściej wykorzystywanych pomocników Śląska. 28 występów, 18 od pierwszej minuty i 1848 minut pokazują, że przez cały sezon pozostawał ważny w planie sztabu. W jego przypadku najbardziej rzuca się w oczy jakość podań. 994 podania ogółem, 864 celne, 86,92% skuteczności, to najlepsza celność spośród trzech najczęściej grających pomocników z tej grupy.
Yriarte był 57. w lidze pod względem celnych podań, 62. w podaniach ogółem i 82. pod względem celności. Do tego dołożył 127 celnych podań w tercję ataku, co dało 39. miejsce. To ważne, bo pokazuje pomocnika, który nie ograniczał się do grania najbliżej obrońców. Potrafił podnieść grę, zachować jakość w ciasnocie i posłać piłkę między formacje.
Ciekawie wygląda również jego profil w powietrzu. 42 wygrane pojedynki powietrzne, 69. wynik w lidze, przy 48,84% skuteczności. Do tego 127 wygranych pojedynków ogółem, 28 wybić, 7 zablokowanych strzałów i 25 fauli. Nie był przecinakiem w tradycyjnym sensie, ale nie znaczy to, że brakowało mu fizycznego wpływu na grę. Przy 185 cm wzrostu potrafił dołożyć zasięg w odbiorze i obecność przy bronieniu stałych fragmentów.
Największa wątpliwość dotyczy ofensywnego wpływu. Yriarte miał 2 asysty, 13 kluczowych podań, 1 podanie prowadzące do strzału, 13 strzałów i tylko 2 celne uderzenia. Przy jego minutach to niewiele. Nie zdobył żadnej bramki, a jego skuteczność w strzałach była praktycznie śladowa. Nawet jeśli jego rola nie polegała na regularnym kończeniu akcji, Śląsk w wyższej lidze będzie potrzebował większej liczby pomocników, którzy dokładają bramki z drugiej linii.
Drugi minus to pojedynki. Yriarte wygrał 38,25% wszystkich pojedynków, co przy 127 wygranych pokazuje, że brał udział w wielu starciach, ale nie zawsze wychodził z nich zwycięsko. Do tego rywale mijali go dryblingiem 21 razy, a w zestawieniu „errors leading to shot” pojawia się liczba 12. W Ekstraklasie sama jakość podania nie wystarczy, jeśli za nią nie pójdzie lepsza kontrola przestrzeni po stracie.
Ciućka: Krótko na boisku, odważnie przy piłce
Adam Ciucka dostał 5 występów, wszystkie z ławki, i łącznie 82 minuty. To bardzo mało, dlatego każdą statystykę trzeba traktować jako sygnał, a nie pełną ocenę. Mimo tego w jego liczbach widać coś interesującego: odwagę w pojedynkach.
Ciucka miał 6 udanych dryblingów, a jego skuteczność w tym elemencie wyniosła 85,71%. W ligowej klasyfikacji procentu skutecznych dryblingów był 105., ale przy tak małej próbie ważniejszy jest sam profil. Nie bał się wejść w pojedynek, nie grał wyłącznie zachowawczo, potrafił przyspieszyć z piłką.
Do tego dochodzi 15 wygranych pojedynków i 48,39% skuteczności w pojedynkach, co dało mu 73. miejsce w lidze pod względem procentu wygranych starć. Jak na zawodnika wchodzącego z ławki i dopiero zbierającego doświadczenie, to niezły znak. Z drugiej strony liczby w rozegraniu są jeszcze bardzo skromne: 33 podania, 25 celnych, 75,76% celności, 2 kluczowe podania, 1 strzał, 0 goli i 0 asyst.
Na tym etapie więcej było w nim impulsu niż dojrzałego zarządzania grą. Ciucka nie wyglądał jeszcze jak gotowy środkowy pomocnik, ale w epizodach próbował ruszyć akcję, wejść w drybling i zrobić coś ponad bezpieczne podanie. Następny krok to przełożenie odwagi na konkret: więcej podań otwierających akcję, więcej gry w ostatniej tercji, więcej regularności.
Markowski: Dobre wrażenie, ale na małej liczbie minut
Dorian Markowski rozegrał 8 meczów, wszystkie jako rezerwowy, 142 minuty. Jego statystyki są specyficzne, bo na pierwszy rzut oka widać bardzo wysoką celność podań: 46 celnych podań na 51 wszystkich, czyli 90,2%. W klasyfikacji ligowej celności podań był aż 26. To wygląda świetnie, ale trzeba pamiętać o skali. 51 podań w całym sezonie to liczba, przy której kilka dodatkowych zagrań mogłoby mocno zmienić procenty.
Mimo to Markowski zostawił po sobie obraz zawodnika ostrożnego i uporządkowanego. Miał 4 celne podania w tercję ataku, 1 kluczowe podanie, 1 strzał, bez gola i bez asysty. W pojedynkach wygrał 10 starć, z czego 4 w powietrzu. W powietrzu jego skuteczność wyniosła 66,67%, co dało 52. pozycję w lidze, ale ponownie - to mała próba.
Markowski nie rozsypywał gry. Jego liczby sugerują raczej zawodnika spokojnego i zdyscyplinowanego. Nie tracił masowo piłek, nie obciążał gry, nie zbierał kartek. Problemem nie jest więc negatywny wpływ, tylko brak wpływu większego. Żeby stać się realną częścią rotacji, musi zacząć grać odważniej do przodu i częściej uczestniczyć w akcjach, które przesuwają zespół bliżej pola karnego.
Wojtczak i Mazan: Minuty z ławki, ocena w zawieszeniu
Oskar Wojtczak dostał 5 meczów, 1 występ od początku i 103 minuty. W jego przypadku liczby są mocno rozstrzelone. Z jednej strony ma 100% skuteczności dryblingów, ale mówimy o jednym udanym dryblingu. Z drugiej strony wygrał tylko 5 pojedynków i miał 23,81% skuteczności w starciach, co pokazuje, że w grze fizycznej było jeszcze sporo problemów.
W rozegraniu zebrał 34 podania, 24 celne, 70,59% skuteczności. Do tego 1 kluczowe podanie, 1 celne podanie w tercję ataku, 4 wybicia, bez gola, bez asysty i bez celnego strzału. Nie ma tu podstaw do ostrego werdyktu, ale też trudno mówić o wejściach, które realnie podkręcały temperaturę meczu.
Przemysław Mazan zagrał natomiast tylko 13 minut w jednym meczu. Zanotował 5 celnych podań na 5 prób, 1 kluczowe podanie, 2 odzyskane piłki na mecz i 1 wygrany pojedynek. Można odnotować, że w krótkim wejściu nie zgubił dokładności, ale uczciwie trzeba powiedzieć, żena podstawie 13 minut nie da się wydać poważnego wyroku sportowego.
Co to mówi przed Ekstraklasą?
Śląsk zbudował bazę w centrum gry, ale do pełnego komfortu wciąż brakuje głębi. Mokrzycki wygląda jak zawodnik, który może być jednym z najważniejszych piłkarzy drużyny także po awansie, o ile zachowa kreatywność i ograniczy liczbę strat. Sokołowski daje doświadczenie i zabezpieczenie, ale musi częściej dokładać ofensywny konkret. Yriarte daje jakość w podaniu, lecz potrzebuje większego wpływu pod bramką rywala.
Za nimi jest grupa zawodników, która bardziej puka do drzwi niż realnie je otwiera. Ciucka ma dynamikę i drybling. Markowski ma dokładność i spokój. Wojtczak oraz Mazan mieli zbyt mało minut, by oceniać ich stanowczo. Każdy z nich potrzebuje regularności, ale też większej odwagi w momentach, w których trzeba wziąć akcję na siebie.
Środek pola Śląska zdał egzamin w 1. lidze, ale egzamin z Ekstraklasy dopiero przed nim. Na zapleczu zadziałało połączenie zimowego resetu, boiskowego doświadczenia i kontroli gry. Wyżej poprzeczka pójdzie w górę: druga linia musi częściej strzelać, lepiej zabezpieczać moment po stracie i nie opierać kreacji na jednym nazwisku. Wtedy środek pola może zostać największym atutem Śląska.
