ANALIZA: Śląsk uratował remis, ale zgubił kontrolę. Jak Widzew wykorzystał grę w dziesiątkę?
fot.: Dawid Kokolski
Śląsk Wrocław przez zdecydowaną większość meczu grał w przewadze, miał 69% posiadania piłki, wykonał 580 podań i stworzył pięć dogodnych okazji, a mimo to dopiero w 89. minucie doprowadził do remisu 3:3 z Widzewem Łódź. Statystyki pokazują spotkanie pełne paradoksów: jałową kontrolę przed przerwą, zdecydowanie groźniejszy WKS po zmianie ustawienia i rywala, który potrzebował bardzo niewiele, żeby zdobyć trzy gole.
Przewaga, która nic nie dawała
Punktem, od którego właściwie trzeba rozpocząć analizę tego spotkania, jest 7. minuta. Przemysław Wiśniewski sfaulował wychodzącego na dogodną pozycję Malaly'ego Dembele, a po interwencji VAR sędzia Marcin Kochanek pokazał obrońcy Widzewa czerwoną kartkę. Śląsk dostał więc ponad 80 minut gry z przewagą jednego zawodnika.
Teoretycznie trudno wymarzyć sobie lepszy scenariusz do przejęcia spotkania. W praktyce pierwsza połowa stała się jednak jednym z najbardziej niepokojących fragmentów Wrocławian w tym sezonie.
Śląsk miał przed przerwą 64% posiadania piłki i wykonał 312 podań przy 174 Widzewa. Problem w tym, że z tej przewagi wynikało bardzo niewiele. Wojskowi oddali 5 strzałów, żaden z nich nie był celny, a ich łączny współczynnik goli oczekiwanych wyniósł zaledwie 0,22. Widzew przy 6 próbach wypracował 0,78 xG, oddał 4 celne uderzenia i wykorzystał obie dogodne okazje.
Jeszcze ciekawsza jest liczba wejść do strefy ataku. Śląsk zanotował ich w pierwszej połowie 36. Po przerwie? Również 36. To bardzo dobrze pokazuje, gdzie naprawdę znajdował się problem. Wrocławianie nie mieli kłopotu z przedostawaniem się na połowę przeciwnika. Nie potrafili natomiast zamienić obecności pod jego bramką w sytuacje wysokiej jakości.
Przed przerwą aż 4 z 5 strzałów Śląska zostały zablokowane. Z pola karnego gospodarze uderzali tylko trzykrotnie. Posiadanie piłki stawało się więc przede wszystkim narzędziem do spychania Widzewa, a nie do realnego rozmontowywania jego defensywy.
Co gorsza, Śląsk nie wykorzystywał również liczebnej przewagi w pojedynkach. W pierwszej części spotkania wygrał tylko 40% wszystkich starć, a na ziemi zaledwie 6 z 21, czyli 29%. Dziesięcioosobowy Widzew potrafił zatem nie tylko się bronić, lecz również skuteczniej walczyć o drugie piłki i wychodzić z nacisku.
Efektem było trudne do wytłumaczenia 0:2.
Widzew nie potrzebował piłki
Pierwsza bramka najlepiej pokazuje, jak kosztowne były niedokładności Śląska. Grzegorz Tomasiewicz zagrał zbyt lekko w kierunku Irodotosa Christodoulou, piłkę przejął Angel Baena, a po jego uderzeniu akcję zakończył Mario Garcia. Wrocławianie mieli kontrolować grę, ale to jeden nieprecyzyjny ruch w rozegraniu otworzył przeciwnikowi drogę do bramki.
Drugi gol był jeszcze bardziej symptomatyczny. Karol Świderski wyprowadził kontrę, zagrał w pole karne, a Fran Alvarez wykorzystał przestrzeń i podwyższył prowadzenie.
W całym meczu Śląsk miał 69% posiadania piłki i wykonał ponad dwa razy więcej podań od gości, 580 do 261. Widzew mimo tego oddał tylko 4 strzały mniej, 17:13, a w celnych próbach był nawet lepszy, 7:6.
To jedna z najważniejszych statystyk sobotniego spotkania.
Przewaga Śląska była ogromna pod względem terytorium i czasu spędzonego z piłką, ale Widzew znacznie lepiej maksymalizował krótkie momenty, w których futbolówkę odzyskiwał.
Goście stworzyli 3 dogodne okazje i wykorzystali wszystkie. Śląsk miał ich 5, wykorzystał 2. Wrocławianie popełnili również 2 błędy prowadzące bezpośrednio do strzału, z czego jeden zakończył się golem. Po stronie Widzewa takich pomyłek w statystykach nie odnotowano.
Zdecydowanie więcej jakości
Ante Simundza zareagował zdecydowanie. Jeszcze przed przerwą Jorge Yriarte został zastąpiony przez Enissa Shabaniego, a w przerwie na murawie pojawili się Przemysław Banaszak i Michał Rosiak. Christodoulou oraz Alex Timossi Andersson pozostali w szatni.
Zmieniła się również struktura zespołu. Z wyjściowego ustawienia z pięcioosobową linią defensywną Śląsk przeszedł do 4-2-3-1. Banaszak został napastnikiem, Piotr Samiec-Talar znalazł się bliżej środka za jego plecami, Dembele operował z lewej strony, a Luka Marjanac został przesunięty na prawe skrzydło.
I dopiero wtedy przewaga liczebna zaczęła być naprawdę widoczna.
W drugiej połowie Śląsk miał już 76% posiadania piłki. Oddał 12 strzałów przy 7 Widzewa, 6 razy trafił w światło bramki i wypracował 1,60 xG. Dla porównania przed przerwą było to 5 prób, zero celnych i 0,22 xG.
Ta sama liczba 36 wejść do strefy ataku przyniosła po przerwie ponad siedmiokrotnie wyższe xG.
To oznacza, że zasadnicza poprawa nie polegała na jeszcze mocniejszym zamknięciu Widzewa przed jego polem karnym. Śląsk po prostu zaczął znacznie lepiej wykorzystywać przestrzeń, którą wcześniej już posiadał.
Wrocławianie wypracowali po zmianie stron 4 dogodne okazje, 9 z 12 strzałów oddali z pola karnego, a skuteczność gry w powietrzu wzrosła do wręcz dominujących rozmiarów. Śląsk wygrał 12 z 14 pojedynków powietrznych, czyli 86%.
Nieprzypadkowo dwie późniejsze bramki padły po uderzeniach głową.
Zmieniła się także jakość gry z bocznych sektorów. W pierwszej połowie Śląsk wykonał 12 dośrodkowań, z czego 5 było celnych. Po przerwie było ich już 21, a 11 dotarło do adresata.
To właśnie szerokość, obecność większej liczby zawodników w polu karnym i lepsze atakowanie dośrodkowań pozwoliły w końcu wykorzystać warunki, jakie stworzyła czerwona kartka Wiśniewskiego.
Trzy gole Śląska
Kontakt WKS złapał natychmiast po przerwie. Po rzucie rożnym wykonywanym przez Piotra Samca-Talara Jehor Macenko zgrał piłkę, do akcji ruszył Marjanac, a interweniujący Steve Kapuadi skierował futbolówkę do własnej bramki.
Widzew odpowiedział jednak w swoim stylu. Przy niewielkim posiadaniu ponownie znalazł przestrzeń do szybkiego ataku. Mario Garcia przedostał się lewą stroną i zagrał w kierunku Baeny, który w 63. minucie zdobył gola na 1:3. Była to kolejna sytuacja, w której liczebna przewaga gospodarzy nie zabezpieczyła ich przed szybkim przejściem przeciwnika do ataku.
Ostatni kwadrans należał już przede wszystkim do Samca-Talara.
Przy golu na 2:3 kapitan Śląska dośrodkował z prawej strony, a Banaszak wygrał pozycję w polu karnym i głową pokonał Bartłomieja Drągowskiego. Kilka minut później Samiec-Talar ponownie znalazł Marjanaca, lecz trafienie napastnika zostało anulowane z powodu spalonego. W 89. minucie następne dośrodkowanie kapitana trafiło do Shabaniego, który głową zdobył gola na 3:3.
Samiec-Talar miał zatem udział przy wszystkich trzech bramkach Śląska: wykonał rzut rożny rozpoczynający akcję zakończoną samobójczym trafieniem Kapuadiego, a następnie zanotował dwie asysty.
Bramkarz i defensywa
Karol Niemczycki zakończył spotkanie z 4 interwencjami. Problem polegał na jakości uderzeń, które kończyły się golami. Widzew wypracował przy wszystkich celnych strzałach 2,03 xGOT, a zdobył 3 gole, dlatego wskaźnik powstrzymanych bramek wyniósł -0,97.
Nie oznacza to jednak, że Niemczycki zawalił trzy trafienia. Cztery obronione przez niego próby miały odpowiednio bardzo niewielką wartość xGOT, natomiast strzały zakończone golami były znacznie groźniejsze. Przy pierwszej bramce zdołał jeszcze uczestniczyć w początkowej fazie interwencji, ale wobec dobitki Garcii był bezradny. Największy problem Śląska znajdował się przed bramkarzem, gdzie Widzew zbyt łatwo przechodził od odzyskania piłki do sytuacji strzeleckiej.
W rozegraniu Niemczycki był dokładny, 7 z 8 podań dotarło do partnerów, ale przy tak dużym posiadaniu Śląska jego udział w budowaniu akcji był ograniczony.
Alex Timossi Andersson rozegrał tylko pierwszą połowę i jego liczby są interesującym przykładem rozbieżności między indywidualną kreacją a efektem całej drużyny. Szwed zanotował aż 4 kluczowe podania, ustępując pod tym względem w Śląsku jedynie Samcowi-Talarowi. Trafiły do adresata 23 z jego 26 podań, czyli 88%.
Mapa zagrań pokazuje wyraźną koncentrację przy prawej linii bocznej. Andersson dostarczał piłkę z szerokości, ale Śląsk nie potrafił odpowiednio atakować strefy docelowej. Jego słabszą stroną były pojedynki, przegrał oba i właśnie dlatego sama aktywność ofensywna nie wystarczyła, by utrzymać miejsce po przerwie.
Jehor Macenko był jednym z najbardziej zaangażowanych zawodników Śląska. Miał aż 106 kontaktów z piłką, najwięcej spośród wrocławian, a 80 z 89 podań było celnych. Dołożył 2 kluczowe zagrania.
Jeszcze lepiej wygląda jego bilans pojedynków. Macenko wygrał 8 z 12 starć, w tym aż 6 z 7 w powietrzu. Zanotował 9 działań defensywnych i 6 wybić. Sam również trzykrotnie próbował zdobyć gola, jeden strzał był celny, jeden niecelny, a jeden został zablokowany. Łączne xG tych prób wyniosło 0,23.
To właśnie jego zgranie po rzucie rożnym poprzedziło samobójcze trafienie Kapuadiego. Przy tak wysokim ustawieniu zespołu Macenko pełnił również istotną funkcję przy ponawianiu ataków.
Mariusz Malec był zdecydowanie najpewniejszym punktem rozegrania wśród obrońców. Wykonał 75 celnych podań na 79 prób, czyli 95%, a przy tym miał 87 kontaktów z piłką. Zanotował 7 działań defensywnych, w tym 5 wybić i 2 przechwyty.
Wygrał 3 z 4 pojedynków i wszystkie 3 starcia powietrzne. Jego statystyki są więc bardzo solidne, choć cały blok defensywny trudno oceniać jednoznacznie pozytywnie po spotkaniu, w którym rywal grający w dziesięciu zdołał trzykrotnie trafić do siatki.
Irodotos Christodoulou zapłacił za bardzo słabą pierwszą połowę całej drużyny zmianą w przerwie. Wykonał 32 celne podania na 42 próby, co dawało tylko 76% skuteczności. Jak na środkowego obrońcę w zespole mającym znaczną przewagę w posiadaniu był to wynik niski.
Jeszcze gorzej wyglądały pojedynki. Christodoulou wygrał tylko 3 z 11, a piłkę tracił 13 razy. Zanotował 4 działania defensywne. To właśnie w jego kierunku Tomasiewicz zagrał zbyt słabo przed pierwszą bramką Widzewa, choć źródłem problemu było samo podanie pomocnika. Rezygnacja z jednego stopera i wprowadzenie Banaszaka była logiczną konsekwencją sytuacji meczowej.
Marc Llinares miał 71 kontaktów z piłką i wykonał 38 celnych podań na 48 prób. Jego 79% skuteczności nie zachwyca przy charakterze tego spotkania, ale zdecydowanie lepiej wyglądały bezpośrednie starcia, wygrał 5 z 6 pojedynków.
Zanotował również 5 działań defensywnych. Po przejściu na czwórkę obrońców jego rola zmieniła się, ale w ofensywie nie dawał Śląskowi takiej kreacji jak zawodnicy operujący po przeciwnej stronie. Nie zanotował kluczowego podania, a miał 14 strat.
Michał Rosiak wszedł na drugą połowę i szybko stał się ważnym elementem prawej strony. Miał aż 55 kontaktów z piłką w ciągu jednej połowy, a 26 z 32 podań było dokładnych.
Najważniejsze są jednak 2 kluczowe podania. Rosiak nie był jedynie zabezpieczeniem po zejściu Anderssona, ale próbował aktywnie uczestniczyć w napędzaniu ataków. Oddał także jeden niecelny strzał o wartości 0,03 xG. Wygrał 3 z 7 pojedynków, a 12 razy tracił posiadanie, więc jego występ nie był pozbawiony ryzyka, lecz po przerwie dawał drużynie większą dynamikę.
Środek pola i kreacja
Jorge Yriarte opuścił boisko już w 42. minucie. Do tego momentu zanotował 36 kontaktów z piłką i wykonał 24 celne podania na 28 prób, czyli 86%. Wygrał 4 z 8 pojedynków i tylko 6 razy stracił posiadanie.
Nie były to złe liczby, ale brakowało wpływu na ofensywę. Yriarte nie zanotował kluczowego podania, a jego jedyny strzał został zablokowany. Przy wyniku 0:2 i przewadze jednego zawodnika Simundza potrzebował na murawie gracza dającego więcej w ostatniej tercji. Stąd bardzo wczesne wejście Shabaniego.
Grzegorz Tomasiewicz rozegrał 67 minut i trudno oddzielić jego występ od sytuacji z pierwszej bramki. Zbyt lekkie podanie uruchomiło akcję Widzewa na 0:1. Był to dokładnie ten rodzaj błędu, którego w meczu przeciwko osłabionemu przeciwnikowi należało za wszelką cenę unikać.
Tomasiewicz miał 60 kontaktów z piłką i 42 celne podania na 53 próby, czyli 79%. Nie zanotował ani jednego kluczowego zagrania, oddał jeden niecelny strzał o wartości 0,07 xG i 13 razy stracił posiadanie. Jego rola w kontrolowaniu meczu była więc znacznie mniejsza, niż można było oczekiwać.
Piotr Samiec-Talar był bezsprzecznie centralną postacią ofensywy Śląska. Zanotował 77 kontaktów z piłką, trafił do partnerów 48 razy przy 56 próbach i przede wszystkim wykonał 5 kluczowych podań, najwięcej spośród wszystkich zawodników obu drużyn.
Oddał dwa strzały: jeden celny i jeden zablokowany. Sam nie był jednak w tym meczu przede wszystkim egzekutorem.
Mapa jego podań dobrze pokazuje, jak mocno był związany z prawą stroną i ostatnią tercją boiska. Z tego sektora w końcówce raz za razem dostarczał piłkę w pole karne.
Jest też druga strona jego występu. Samiec-Talar wygrał tylko 1 z 8 pojedynków i zanotował 16 strat. Przy zawodniku podejmującym najwięcej ryzyka można część z nich zaakceptować, ale skuteczność w bezpośrednich starciach pozostaje elementem do poprawy.
Bilans końcowy przykrywa jednak te mankamenty: udział przy samobójczym golu, 2 bezpośrednie asysty i jeszcze podanie do Marjanaca przy anulowanym trafieniu. Jeśli Śląsk w ogóle znalazł drogę powrotną do tego meczu, prowadziła ona przede wszystkim przez Samca-Talara.
Eniss Shabani dostał od trenera ponad połowę spotkania i ostatecznie uratował drużynie punkt. Miał 49 kontaktów z piłką i wykonał 33 celne podania na 38 prób, czyli 87%.
Oddał 2 strzały o łącznej wartości około 0,10 xG. Pierwszy był niecelny, drugi – główka z 89. minuty, zakończył się golem. Nie potrzebował zatem sytuacji o wyjątkowo wysokim prawdopodobieństwie powodzenia, żeby wpłynąć na wynik.
Gorzej wyglądały pojedynki, których wygrał 2 z 8. Zanotował także 9 strat. Jego wejście należy jednak oceniać przede wszystkim przez zmianę charakteru środka pola oraz najważniejszą akcję wieczoru. Gola wyrównującego zdobył zawodnik wprowadzony jeszcze przed przerwą.
Dorian Markowski pojawił się w 67. minucie za Tomasiewicza. Nie dostał łatwego zadania, Śląsk przegrywał 1:3 i musiał błyskawicznie zwiększać tempo ataków.
18-latek nie próbował robić więcej, niż wymagała sytuacja. Trafił do partnerów przy 19 z 21 podań, osiągając 90% skuteczności, miał 23 kontakty z piłką i tylko 3 straty. Wygrał 1 z 3 pojedynków.
Nie zanotował strzału ani kluczowego podania, ale pomógł utrzymać płynność rozegrania w okresie największego naporu. Przy tak chaotycznej końcówce sama odpowiedzialność w operowaniu piłką miała swoją wartość.
Atak
Malaly Dembele wykonał jedną z najważniejszych akcji meczu jeszcze zanim Śląsk zaczął tworzyć sytuacje strzeleckie. To po jego wyjściu za linię obrony Wiśniewski popełnił faul zakończony czerwoną kartką. Tego wpływu nie znajdziemy ani w xG, ani w liczbie asyst, ale przez niego zmienił się cały układ spotkania.
Dembele miał 31 kontaktów z piłką i 16 celnych podań na 20. Oddał 2 strzały, oba zablokowane, o łącznym xG 0,09.
Bardzo dobrze wyglądały jego pojedynki. Wygrał 8 z 12, w tym 4 z 5 starć na ziemi i 4 z 7 w powietrzu. Przy piłce nie był najbardziej efektownym graczem Śląska, ale jego ruchliwość i fizyczność sprawiały Widzewowi kłopoty. Po przerwie został przesunięty na lewe skrzydło i pomagał rozciągać ustawienie gości.
Luka Marjanac rozegrał mecz pełen kontrastów. Z jednej strony był bardzo mocno zamieszany w pierwszego gola Śląska oraz trafił do siatki przy stanie 2:3, choć znajdował się wówczas na spalonym. Z drugiej, jego podstawowe statystyki z piłką nie wyglądają dobrze.
Marjanac miał 46 kontaktów i tylko 21 celnych podań na 33, czyli 64%. Zanotował aż 17 strat i nie wygrał żadnego z 3 pojedynków.
Jednocześnie wykonał 2 kluczowe podania i oddał 2 strzały o łącznym xG 0,36. Najlepsza okazja przyszła zaraz po przerwie i miała wartość około 0,33 xG. Jego ruch w polu karnym wymuszał reakcje defensorów, czego najlepszym przykładem była akcja zakończona samobójczym golem Kapuadiego.
Po zmianie ustawienia Marjanac pracował szerzej, z prawej strony, ale regularnie schodził do pola karnego. Nie był zawodnikiem zapewniającym kontrolę, lecz generował zamieszanie, a w takim meczu miało ono znaczenie.
Przemysław Banaszak potrzebował jednej połowy, żeby stać się jednym z bohaterów meczu. Jego 19 kontaktów z piłką to niewiele, podobnie jak zaledwie 7 wykonanych podań. Wszystkie były jednak celne.
Najważniejsze działo się w polu karnym.
Banaszak oddał 3 strzały o łącznej wartości aż 0,85 xG, najwięcej spośród wszystkich zawodników Śląska. Dwa uderzenia były celne, jedno zostało zablokowane.
Jego największa okazja przyszła w 59. minucie i sama miała około 0,74 xG. Napastnik jej nie wykorzystał. To było bardzo kosztowne, ponieważ niedługo później Widzew ponownie odskoczył na dwie bramki. Banaszak odpowiedział jednak w 78. minucie, kiedy zaatakował dośrodkowanie Samca-Talara i głową zdobył gola na 2:3.
Co interesujące, wygrał wszystkie 3 swoje pojedynki i zanotował aż 5 działań defensywnych, w tym 4 wybicia.
Banaszak nie był często przy piłce, ale jego obecność całkowicie zmieniła sposób, w jaki Śląsk mógł atakować pole karne. Właśnie takiego punktu odniesienia brakowało przed przerwą.
Plusy i minusy
Największym pozytywem jest reakcja po przerwie. Zmiana ustawienia nie była kosmetyczna. Śląsk zwiększył xG z 0,22 do 1,60, liczbę celnych strzałów z zera do 6 i stworzył 4 dogodne okazje. Wrocławianie nie tylko częściej atakowali, przede wszystkim zaczęli atakować lepiej.
Drugim plusem jest wpływ zawodników wprowadzonych z ławki. Banaszak i Shabani zdobyli po golu, Rosiak zanotował 2 kluczowe podania, a Markowski utrzymywał 90% celności podań. Zmiany realnie zmieniły mecz.
Trzecim jest wykorzystanie przewagi w powietrzu po przerwie. 12 wygranych pojedynków na 14 i 11 celnych dośrodkowań na 21 prób nie były przypadkiem. Śląsk konsekwentnie dostarczał piłkę w pole karne, a bramki Banaszaka i Shabaniego były logicznym rezultatem tej przewagi.
Największy indywidualny plus to oczywiście Samiec-Talar. 5 kluczowych podań, 2 asysty, udział w pierwszym golu i kolejne podanie przy anulowanym trafieniu Marjanaca sprawiają, że kapitan był odpowiedzialny za niemal całą najbardziej wartościową kreację WKS-u.
Najpoważniejszym minusem jest sam fakt, że Widzew grający od 7. minuty w dziesiątkę zdołał stworzyć 3 dogodne okazje i wszystkie wykorzystać. Goście przy 31% posiadania oddali 13 strzałów, z czego aż 7 celnych. To nie powinno wydarzyć się drużynie mającej kontrolować spotkanie w przewadze.
Niepokoi pierwsza połowa. 64% posiadania, 312 podań, 36 wejść do strefy ataku i tylko 0,22 xG oraz zero celnych strzałów. Śląsk miał piłkę, ale nie miał meczu.
Kolejny problem to zabezpieczenie po stracie. Widzew nie konstruował dziesiątek długich ataków. Wystarczały mu krótkie momenty chaosu, wolna przestrzeń i możliwość przyspieszenia. Dwa błędy Śląska doprowadziły bezpośrednio do strzałów, jeden do bramki.
Bardzo słabo wygląda także bilans pojedynków na ziemi. W całym spotkaniu Wojskowi wygrali tylko 17 z 49 takich starć, czyli 35%. Przed przerwą było to zaledwie 29%, a nawet w zdecydowanie lepszej drugiej połowie jedynie 39%. To szczególnie niepokojące, biorąc pod uwagę grę z przewagą jednego zawodnika.
I wreszcie skuteczność. Śląsk miał 5 dogodnych okazji i zmarnował 3. Widzew miał 3 i wykorzystał wszystkie. Najbardziej jaskrawym przykładem była sytuacja Banaszaka z 59. minuty. W meczu, w którym rywal broni się w dziesiątkę i każda kolejna minuta działa na jego korzyść, takich okazji nie można pozostawiać bez konsekwencji.
Remis uratowany, dwa punkty stracone
Spotkanie z Widzewem można interpretować na dwa sposoby i oba są prawdziwe.
Śląsk wykazał charakter. Przegrywał 0:2, później 1:3, miał anulowanego gola i mimo tego w 89. minucie doprowadził do remisu. Druga połowa była pod względem ofensywnym bardzo dobra: 12 strzałów, 6 celnych, 1,60 xG i 4 dogodne okazje to liczby pokazujące realną zmianę.
Jednocześnie trudno uciec od okoliczności. Od 7. minuty Śląsk grał z przewagą jednego zawodnika. Miał 69% posiadania, 580 podań, 17 strzałów, 5 dużych okazji i 5 rzutów rożnych. A mimo tego ani przez sekundę nie prowadził.
Widzew pokazał Wrocławianom brutalną lekcję efektywności. Nie potrzebował dominacji w spotkaniu, żeby stworzyć zagrożenie. Wykorzystał wszystkie 3 dogodne sytuacje i po każdym błędzie Śląska był gotowy natychmiast przyspieszyć.
Wojskowi z kolei dopiero po przerwie znaleźli właściwe proporcje między cierpliwością a bezpośredniością. Wprowadzenie Banaszaka zwiększyło obecność w polu karnym, przesunięcie Samca-Talara pozwoliło lepiej wykorzystać jego kreację, a szerokie ustawienie zaczęło generować dośrodkowania, które miały adresata.
Dlatego 3:3 jest wynikiem jednocześnie budującym i rozczarowującym.
Budującym, bo zespół potrafił wrócić z sytuacji, w której dwukrotnie przegrywał różnicą dwóch goli.
Rozczarowującym, bo przy takich warunkach tego meczu Śląsk nie powinien potrzebować heroicznego powrotu. Powinien umieć przejąć kontrolę znacznie wcześniej.
