Analiza taktyczna meczu: Arka - Śląsk
Cena biletów jest wypadkową wagi spotkania, klasy rywala i aktualnej dyspozycji drużyny. Fakt przyjazdu szóstej siły Ekstraklasy nie wystarczył, by cenę kart wstępu ustalono na minimalnym choćby poziomie. Gra Arki w połączeniu ze stawką meczu sprawiły, że na gdyński stadion na rewanż półfinału Pucharu Ekstraklasy było można wejść za darmo. Trener Chojnacki desygnował do gry zawodników rzadko mieszczących się w podstawowej jedenastce, uzupełniając ich kilkoma wyróżniającymi się zawodnikami Młodej Ekstraklasy. Nieco eksperymentalny skład wystawił również Ryszard Tarasiewicz, choć zestawieniu wrocławian znacznie bliżej było do znanego z ligowych boisk. Sam mecz był jednym z tych, o których z przyjemnością by się jak najszybciej zapomniało. Zamiast ułożonych poczynań taktycznych podziwialiśmy szarpaną, niespójną grę z obu stron, rażącą niedokładnością i chaosem. Momentów ładnego i przemyślanego rozgrywania piłki było jak na lekarstwo, ciekawsze akcje były efektami długich rajdów i holowania futbolówki.
Przodowały w tym zwłaszcza lewe skrzydła w obu ekipach. W korespondencyjnym pojedynku Wachowicz - Janusz Gancarczyk lepiej wypadł gdynianin, któremu czasem udawało się dokonać rzadkiego w tym spotkaniu wyczynu sensownego dośrodkowania piłki w pole karne. Skrzydłowy zaś Śląska powinien wreszcie zrozumieć, że nie ma on umiejętności technicznych na miarę Christano Ronaldo i że jednym i tym samym zwodem nie minie połowy boiska. Wirtuozów w kadrze drużyny z Wrocławia nie ma, więc trzeba szukać innych rozwiązań. Ponieważ lewe skrzydło w tej rundzie operuje nienajlepiej, warto zastanowić się, co jest tego powodem, i dlaczego jest to mało zespołowa gra zawodnika występującego w tej formacji.
Sporo ciekawego futbolu pokazał wysunięty napastnik gdynian - Lubenow. Taki typ gracza przyda się w każdej drużynie - choć nominalnie grał na szpicy, wycofywał się, schodził na skrzydła, jak trzeba było to rozgrywał. Gorzej, że zmarnował w międzyczasie stuprocentową sytuację, ale trudno żeby w czternastej sile ekstraklasy grał zawodnik absolutny. Nieźle zaprezentowała się również gdyńska młodzież, zwłaszcza Czoska i Budziński, przy umiejętnym wprowadzaniu ich w dorosły futbol jeszcze na pewno o nich usłyszymy. Posiadają coś więcej niż tylko tradycyjną w ich wieku, szumnie głoszoną przez wszystkich przebojowość. Czoska grał bardzo inteligentnie, dostrzegając partnerów i umiejętnie się ustawiając, zaś Budziński dysponuje dobrą techniką użytkową. Nie zachwyciła za to tym razem nowa fala z Wrocławia. Tymiński i Biliński nie pokazali w tym spotkaniu zupełnie nic, choć tego drugiego rozgrzeszają trochę okoliczności, w których przebywał na boisku.
Mianowicie w drugiej połowie obaj trenerzy zdecydowali się na futbol radosny, można wręcz rzec, że euforyczny. Śląsk w końcówce grał czymś pomiędzy 4-2-2-2 a 4-2-4 (z cofnietym czasem Sobocińskim), a akcje w ciągu minuty przenosiły się dwukrotnie pod każdą z bramek. Gdyby tak grały we wtorek Barcelona i Chelsea prawdopodobnie skończyłoby się około wyniku 14-11, ale ponieważ z dokładnością i umiejętnościami w polskiej lidze krucho, a obrońcy obu ekip spisywali się akurat całkiem przyzwoicie, przyszło nam się zadowolić tylko jednym golem.
Ten mecz nijak nie przyczynił się do popularyzacji futbolu na kuli ziemskiej, a poziom gry, bądź co bądź po obu stronach niezłych piłkarzy, dostosował się do stawki spotkania. O tym, jak wielką rangą cieszy się Puchar Ekstraklasy, niech świadczy iście kabaretowa scenka, kiedy przy walce o piłkę zderzyli się dwaj zawodnicy obu drużyn. Sędzia nie przerwał akcji, oby nic się nie stało, ale zamiast zerwać się do gry, przez kilkanaście sekund leżeli spokojnie na płycie boiska i z wysokości 0,2 m. n. p. m(urawy) podziwiali przebieg wydarzeń na placu gry. Nie jest to zarzut tylko i wyłącznie do graczy Śląska i Arki. Grali z dużą większym zaangażowaniem niż GKS Bełchatów dzień wcześniej. W odróżnieniu od graczy górniczego klubu tu nikt nie pokusił się o nawiązywanie do futbolu podwórkowego, kiedy to czwórka atakujących rozgrywa piłkę między dwoma obrońcami, bo reszcie nie chciało się wracać.
Tym niemniej Śląsk najlepiej zdaje egzamin z Pucharu Ekstraklasy. I nie mam tu na myśli tylko tego, że awansował i to zasłużenie. Po prostu stać wrocławian na to, żeby wystawić solidny skład do niezupełnie ważnego meczu. Śmieszy oszczędzanie graczy przez drużynę, która gra na dwóch frontach. Zespoły angielskie czy hiszpańskie godzą grę na trzech i więcej i są w stanie wytrzymać trudy sezonu. U nas jak ktoś gra gdziekolwiek oprócz ligi, ma przemęczoną kadrę. Trudno powiedzieć czy tłumaczenia takie są tragiczne czy komiczne.
Na szczęcie tę mało strawną przystawkę mamy już za sobą. W sobotę mecz o wielką (przynajmniej dla Arki) stawkę. Emocje niegwarantowane, ale są na nie spore szanse.