Analiza taktyczna meczu: Arka - Śląsk
Ostatnia część gdyńskiej trylogii przyniosła zdecydowanie najwięcej emocji z całej sagi. Sześć goli, rzut karny, bramka samobójcza w ostatnich sekundach na wagę remisu, trener na trybunach i „nawiedzenie” sędziego technicznego. Gdyby jeszcze poziom prezentowanej gry dostosował się do otoczki spotkania, byłoby co wspominać latami. Arka zaczęła w tradycyjnym 4-2-3-1, choć personalnie nieco zaskakującym. Wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami na szpicy zagrał Zakrzewski, ale trudno było przewidzieć taką obsadę skrzydeł, na jaką zdecydował się trener Chojnacki. Po 45 minutach musiał jednak żałować swojego wyboru. Arka nie mogła skonstruować groźniejszej akcji (poza stałymi fragmentami, gdy Telichowski skierował piłkę na słupek), zaś defensywa nie była w stanie poradzić sobie ze świetnie tego dnia dysponowanymi Markiem Gancarczykiem i Szewczukiem. Obaj często schodzili z flanek do środka, nie szukając szansy wyłącznie rajdami przy linii bocznej boiska. O ile starszy z wrocławskich braci do gry tego typu już przyzwyczaja, tak na lewym skrzydle była to nowość, gdyż Janusz Gancarczyk niekoniecznie ma taką grę w zwyczaju. Szewczuk wniósł do gry nową jakość, grał dużo lepiej niż na szpicy, gdzie był ostatnio najczęściej wystawiany. Warto rozwijać ten pomysł, tym bardziej mając w pamięci serię słabych ostatnio występów młodszego Gancarczyka.

Właśnie jedno z takich zejść do środka przyniosło Śląskowi pierwszą bramkę. Spryt Szewczuka w polu karnym poprzedziła niezwykłej urody prostopadła wrzutka Dudka. Śląsk ma ten luksus, że ma dwóch świetnych środkowych pomocników w osobach Mili i właśnie Dudka. Pod nieobecność blondwłosego obieżyświata, jego kolega z formacji doskonale dyrygował grą, pokazując dobre przygotowanie taktyczne i dużą kreatywność. Tylko w Polsce jest możliwe, że taki talent odkrywa się w tak późnym wieku. Na duży plus zasłużył również Łukasiewicz. Mało widoczny zawodnik wykonuje dużo pracy, odpowiednio podwajając krycie i dobrze się ustawiając, przez co trudno o rozegranie piłki w środku pola.
Słabo za to zagrały defensywy obu ekip. Zaskakująco dużo miejsca pozostawało na prawym skrzydle Śląska. Defensywni pomocnicy nie podwajali krycia, a Telichowski ewidentnie nie radził sobie z Gancarczykiem. W efekcie trener Chojnacki zdecydował się na korekty w składzie. Najpierw próbował wspomagać Telichowskiego Sokołowskim, by ostatecznie w 35 minucie przeprowadzić w składzie rewolucję, wpuszczając na boisko Nicińskiego i zmieniając ustawienie, przechodząc na wariant z dwoma napastnikami. Przyniosło to nieprawdopodobny chaos na boisku, Arka rzadko w ostatnim czasie grała dwójką w ofensywie, w efekcie czego mało kto wiedział, co ma robić.
Impas przerwała znajdująca drogę do bramki główka Zakrzewskiego, nie sprawdziła się przy tej okazji strefa przy kryciu, obrońcy się pogubili, a napastnik Arki pozostał bez obstawy. Po kontaktowym golu zaczął się drugi już w tym tygodniu w pojedynkach tych drużyn pokaz futbolu euforycznego, tyle, że tym razem nie popisywali już się obrońcy. Antybohaterem drużyny Arki był Anderson, który zawinił przy pierwszej i trzeciej bramce, zaś asystę przy golu numer dwa dla Arki zanotował Fojut. Ten sam zawodnik wpisał się również na listę strzelców, niestety kierując piłkę do własnej bramki. Trudno go jednak winić w tej sytuacji, naciskany przez napastnika Arki, stojąc przodem do bramki niewiele mógł zrobić. Wybicie piłki w tej sytuacji było bardzo utrudnione, nieinterweniowanie zaś sprawiłoby, że gola zdobyłby zawodnik Arki.

Po raz kolejny bardzo dobrze zaprezentował się Budziński. „Gdyński Gerard” całkiem nieźle radzi sobie z rozgrywaniem piłki, posiada niezły przegląd pola i dobrą technikę. Nie bał się brać na siebie ciężaru gry, gdy tworzenie akcji graczom Arki nie wychodziło. Brakuje jeszcze trochę doświadczenia, ale trener Chojnacki ma materiał na naprawdę klasowego zawodnika.
Kiepsko wypadły wrocławskie flanki defensywne. Psy pewnie będą wieszane na Fojucie, ale gorzej w linii defensywnej wypadł choćby Pawelec, którego przykładowo przy szarży na skrzydle w 20 minucie po prostu nie było w pobliżu. W doliczonym czasie gry też nikt się nie kwapił do blokowania dośrodkowania ani wygrywania pojedynków główkowych. Zabrakło zaangażowania, a może i trochę świeżych sił, bo gdy Ryszard Tarasiewicz został zaproszony do zajęcia miejsca na trybunie, Waldemar Tęsiorowski nie przeprowadził żadnych zmian. A te by się przydały, w końcówce zupełnie przygasł choćby Sotirović, który rozgrywał naprawdę bardzo dobre spotkanie, często schodząc po piłkę do pomocy i biorąc udział w rozgrywaniu akcji. Płynne przechodzenie całej formacji ofensywnej przypominało chwilami Romę ze spotkań, kiedy grają schematem 4-6-0, ale tu wynikało to raczej z aktywności zawodnika i dobrego wpasowywania się w grę kolegów, niż z założeń taktycznych.
Tym niemniej to Śląsk bardziej zasłużył na zwycięstwo. Różnica ośmiu miejsc w tabeli była doskonale widoczna na boisku. Kultura rozgrywania akcji była znacznie wyższa u graczy z Oporowskiej. Arki głównym atutem było to, że przez większość spotkania nie miała nic do stracenia. Ponieważ wrocławianie mieli niewiele do zyskania, jeden punkt pozostał w Gdyni.