Analiza taktyczna meczu: Śląsk - Jagiellonia
Sobotnim zwycięstwem Śląsk prawie zapewnił sobie szóstą lokatę w tabeli. Przed początkiem sezonu ten wynik można było brać w ciemno, dziś można czuć lekki niedosyt. Cieszy jednak to, że organizacja gry wrocławian, po dłuższym kryzysie, wróciła już na dobra tory. Po czasach z ustawienia 4-4-2 nie ma już śladów. Wiadomość to bardzo dobra, bo przecież trudno zapomnieć, jak dwójka napastników znajdowała się daleko poza grą, a rozegranie piłki rozbijało się w środku o niedobór nóg do pracy. Wypracowano również większą ruchliwość na skrzydłach, w efekcie czego bracia Gancarczykowie nie są już przyspawani do bocznych linii. Zejścia Marka Gancarcyka do środka pozwalają na puszczenie mu prostopadłej piłki, po opanowaniu której ma trochę miejsca na rozwinięcie akcji. Nieco gorzej pod tym względem wypada jego brat, który, choć technicznie nieco lepszy, rzadko wykorzystuje możliwość odsunięcia się od skrzydła. Szkoda, bo 4-5-1, przechodzące płynnie w 4-3-3 byłoby naprawdę groźną bronią. Jest jednak sporo czasu do następnego sezonu, by taki schemat już teraz doszlifowywać. W początkowej fazie gracze Jagiellonii mocno naciskali na graczy Śląska, utrudniając im dość mocno rozegranie piłki. Wynikało to z faktu, że w rozegraniu futbolówki brała udział tylko piątka graczy - obrońcy i defensywny pomocnik. W takich sytuacjach cofnąć się powinni również pozostali pomocnicy, by zwiększyć liczbę możliwości rozegrania. Tymczasem zwykle po kilku podaniach wrocławianie puszczali długą piłkę, która albo nie docierała do adresata, albo próba jej opanowania spowalniała akcję, bądź kończyła się stratą. Gracze Śląska grają za bardzo szarpaną piłkę, z wymianą kilku podań na małej przestrzeni nadal są problemy. To oczywiście bolączka prawie wszystkich polskich drużyn (z chlubnym wyjątkiem Wisły i Lecha), ale to później wychodzi w europejskich pucharach.
Mała gra w naszej lidze to rzadkość wybitna i niestety obie drużyny się w to wpasowują. Bieganie graczy bez piłki to nadal chlubny ewenement, najczęściej spotykany tylko i wyłącznie przy prostopadłym podaniu na skrzydło lub w pole karne. Gra tego typu przy rozegraniu praktycznie nie istnieje. Wymaga to wprawdzie wyrabiania wielkiego schematyzmu i zrozumienia między zawodnikami, ale zważywszy na to, ile obie ekipy mają czasu do następnych rozgrywek, jak i z uwagi na fakt, że w ogólnych zarysach poczynania obu ekip są dobrze ukształtowane, warto byłoby powalczyć o wejście na wyższy poziom wtajemniczenia.
Opieranie się na indywidualnych atutach to dobra rzecz, pod warunkiem, że ma się tych atutów wystarczającą ilość. Jagiellonii Grosicki i Frankowski nie wystarczyli. Bardziej cofnięty kadrowicz Beenhakkera był w porę powstrzymywany (poza jednym błędem w ustawieniu całej linii, naprawionym potem przez Fojuta) przez wrocławskie zasieki, zaś Frankowski, odcięty od piłek, stał się bezużyteczny. Zwycięstwo Śląska zatem ani przez chwilę nie było zagrożone, na uwagę zasługuje kolejny gol zdobyty przez młodego Bilińskiego. Kamil, choć póki co grą jeszcze nie czaruje, imponuje skutecznością, a już ten sam fakt sprawia, że zasłużenie dostaje coraz więcej szans od trenera Tarasiewicza.
Cieszyć za to może, że wreszcie pojawiają się zawodnicy, którzy radzą sobie dobrze na bokach obrony. To zawsze było słabe ogniwo naszej reprezentacji, a tymczasem Wołczek, Pawelec czy Król prezentują bardzo przyzwoity poziom, pretendując do miana reprezentantów Polski. Jeśli okazują się oni wystarczający na rywali w polskiej lidze, czemu mieliby nie dostać szansy od Beenhakkera. Czy jednak trzeba będzie czekać na kolejny grudniowy przegląd zawodników ligowych w którymś z krajów Azji Mniejszej, by wystąpili, reprezentując narodowe barwy?
Na koniec słowo o rozegraniu rzutów wolnych przez Śląsk. Wspominałem o tym w samych superlatywach po meczu PE z Arką i dziś się powtórzę. Wreszcie ktoś w lidze rozgrywa rzuty wolne w sposób nieprzypadkowy. Piłka wędruje do konkretnego zawodnika, a sam fakt rozgrywania jej w inny sposób niż wrzutka gdzieś w pole karne zasługuje na pochwały. Zaś oklaskami winno się nagrodzić podanie z wolnego Dudka do Łukasiewicza. Niesygnalizowane zagranie po ziemi wprost pod nogi pomocnika Śląska na szósty metr powinno zakończyć się bramką, ale weteran Piotr Lech popisał się doskonałym refleksem.
Przed Śląskiem teraz dwumecz z Arką. Pierwsze spotkanie zostanie rozegrany z powodów czysto regulaminowych, bo sprawa awansu do finału PE jest już rozstrzygnięta, w drugim zaś gdynianie zagrają o życie i, choć są słabsi, wcale nie muszą przegrać. Jagiellonia podejmie zaś u siebie Odrę i wydaje się, że zapewni sobie utrzymanie wśród najlepszych. Przynajmniej na podstawie tabeli, bo gdzie drużyna z Białegostoku zagra za rok - nadal niewiadomo.