Bez pochopnych wniosków
Mecz przyjaźni w Gdańsku nie przysporzył zbyt wielu emocji... na murawie oczywiście. Lechii i Śląskowi zabrakło składnych akcji, skutecznych rozwiązań i spokoju pod bramką rywala. Mimo że remis nikomu nie zaszkodził to po wynikach innych spotkań widać, że również ligowym "pewniakom" inauguracja wiosennej części rozgrywek nie wyszła najlepiej. Oczywiście chciałbym się pochylić nad poczynaniami wrocławian, choć wyniki i gra Lechii również jest sprawą dla mnie istotną, zwłaszcza w kontekście walki gdańszczan o utrzymanie w Ekstraklasie. Trener Ryszard Tarasiewicz zaskoczył wszystkich tych, którzy bacznie śledzili w mediach przygotowania Śląska do rundy wiosennej – zamiast oczekiwanego ustawienia 4-4-2, zespół wybiegł formacją identyczną jak ta jesienią. To nie zarzut, przecież trudno powiedzieć, by gra jednym wysuniętym napastnikiem nam wtedy nie wychodziła, wręcz przeciwnie! Skąd więc tak nagła zmiana dokonana przez szkoleniowca Śląska?
Cóż, trzeba sobie szczerze powiedzieć, nasi napastnicy nie są jeszcze w najwyższej formie. Przemysław Łudziński walczył, biegał, szarpał.. ale był długimi okresami niewidoczny, pojedynki w powietrzu przegrywał, a uderzenia były anemiczne i niezagrażające rywalowi. Gdy już miał idealną sytuację na podwyższenie wyniku (czyt. prawdopodobnie zagwarantowanie Śląskowi trzech punktów), to wręcz podał piłkę do rąk golkiperowi gospodarzy. Tomasz Szewczuk pojawił się w końcówce i niczym się nie zdążył wyróżnić. Decyzja o postawieniu na ten duet od pierwszej minuty byłaby więc co najmniej szalona i, jak pokazał mecz, nieuzasadniona.
Wyobraźcie sobie – wychodzi Szewczuk z Łudzińskim w pierwszym składzie i.. niestety ktoś musi z „jedenastki” wylądować na ławce. Prawdopodobnie Jarosław Fojut, a w obronie zastąpiłby go Antoni Łukasiewicz. Wtedy w środkowej strefie Sebastian Mila z Krzysztofem Ulatowskim mieliby jeszcze więcej pracy destrukcyjnej i tych akcji ofensywnych byłoby znacznie mniej. To tylko gdybanie, ale prawda jest taka, że na grę defensywy i trójki środkowych pomocników nie mamy prawa narzekać. Oni albo utrzymali formę z jesieni (Mila, Ulatowski czy Łukasiewicz), albo wręcz ją podnieśli (rewelacyjny Mariusz Pawelec). Największym problemem Śląska po pierwszym meczu wiosny, jest więc nie gra w obronie, ale w ataku.
Wobec czego należy również przyjrzeć się grze skrzydłowych. Bracia Gancarczykowie zawiedli. Janusz, rewelacja jesieni, błysnął tylko raz, a później już nawet nie włączył „trzeciego biegu”. Z prawej strony, Marek, próbował wielu dryblingów, ale nie jestem pewien czy choć 10% z nich była skuteczna. Nie wspominając już o dośrodkowaniach z obu stron, których po prostu nie było. Dodatkowo, wchodzący Patryk Klofik zaprezentował się słabiutko. Owszem, był widoczny, ale niestety w złym tego słowa znaczeniu – każde starcie z przeciwnikiem powodowało jego upadek, stratę piłki, kontrę.
Spokojnie, dość tych narzekań. Jak już pisałem, nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie tylko Śląskowi pierwszy mecz rundy rewanżowej nie wyszedł – prawdę mówiąc to tylko kibice Lecha Poznań i Jagiellonii Białystok mogą być zadowoleni. Przecież zaczynając sezon również nie wystartowaliśmy rewelacyjnie: mecz przyjaźni skończył się remisem, a Vuk Sotirović nawet nie wykorzystał karnego. Później zawodnicy grali coraz lepiej, wypracowali wraz z trenerem Tarasiewiczem własny styl, który zawiódł tylko dwukrotnie – za każdym razem w Warszawie. Teraz szczęśliwie wycieczka do stolicy nas omija, więc i powodów do obaw mamy mniej.
Jestem przekonany, że słabsza postawa napastników i skrzydłowych w sobotnim spotkaniu nie przeniesie się na kolejne mecze. Najważniejsze, że póki co wręcz perfekcyjnie działa nasza defensywa, a jeśli już rywal bramkę strzela, to tylko dzięki strzałowi, który mało który bramkarz by wybronił. Oczywiście życzmy sobie, by takie „strzały życia” zdarzały im się jak najrzadziej, jednak nawet to może przeciwnikom ligowym wkrótce nie pomóc. Jeśli tylko Gancarczykowie, Łudziński i Szewczuk dostosują się do formy kolegów, zaczną z nimi współpracować, to na pewno zobaczymy ten Śląsk, który tak zachwycał nas jesienią.