Bo walczy się do końca. Remis na Dialog Arenie

Dopiero w ostatnich minutach meczu rozstrzygnęły się derby Dolnego Śląska! Tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego Sebastian Mila pięknym strzałem ustalił wynik spotkania na 1:1.

To był mecz godny miana derbowej potyczki regionu. Oba zespoły wyszły na murawę zmotywowane i gotowe do boju. I od pierwszych minut meczu na boisku działo się sporo. Początkowo lekką przewagę miało Zagłębie, Śląsk zaś pozwalał się rywalowi wyszumieć, samemu czekając na dobrą okazję do kontrataku. Sporo było też walki. W pierwszym kwadransie gry sędzia Górecki aż osiem razy przerywał grę po nieprzepisowych zagraniach. Sygnał do ataku dało Zagłębie.


 

W 21.minucie Ilan Micanski dobrze wypatrzył Wojciecha Kędziorę i wypuścił go w pojedynek z Martinem Kelemenem. Bramkarz Śląska interweniował tuż przy linii pola karnego. Po chwili niezłą okazję miał Mamadou Traore, który mocno uderzał wzdłuż linii bramkowej. Jego strzał obronił wrocławski golkiper, a dobitka Micanskiego zatrzymała się na stoperach Śląska. Wrocławianie odpowiedzieli soczystą technicznie, ale niecelną podcinką Piotra Ćwielonga.

Im dalej w mecz, tym mocniej widowisko się rozkręcało. Śląsk powoli przejmował inicjatywę i nie dał się wybić z rytmu nawet wymuszoną zmianą w składzie. Z urazem uda murawę opuścił Piotr Celeban, którego w roli stopera zastąpił Dariusz Sztylka. Miejsce kapitana Śląska w środku pomocy zajął zaś Antoni Łukasiewicz.

W 27.minucie wrocławianie powinni objąć prowadzenie. Po znakomitym przechwycie Ćwielonga i jeszcze lepszym podaniu, w sytuacji sam na sam z Bojanem Isailoviciem znalazł się Tomasz Szewczuk. Wrocławski snajper niepotrzebnie jednak zastanawiał się, co zrobić z tak dobrym podaniem i gdy zdecydował się na strzał, zrobił to marnie. Zagłębie odgryzło się szybko, kąśliwym strzałem Kędziory.

Po tych strzeleckich popisach, defensywy tak Zagłębia, jak i Śląska zwarły mocniej szeregi. Nie był to mecz, w którym można było sobie pozwolić na głupie błędy. Dlatego do końca pierwszej połowy zabrakło klarownych sytuacji bramkowych. Nie można jednak powiedzieć, by mecz trącił przysłowiową myszką. Zanim arbiter zakończył tę część spotkania, obie ekipy prezentowały dynamiczny, ciekawy futbol. I widzowie na Dialog Arena nie mogli narzekać na nudę.

Po zmianie stron lepiej prezentowało się Zagłębie. Podopieczni Marka Bajora przejęli inicjatywę, momentami spychając Śląsk do głębokiej defensywy. Aktywnością imponował Traore, który szukał gry, starał się rozgrywać i rozbijać ataki wrocławian. Świetnie do gry ofensywnej podłączał Costa, a dobrą robotę w środku pola robił Mateusz Bartczak.

Przewaga lubinian szybko znalazła odbicie w okazjach bramkowych. Już w 50.minucie pod bramką Śląska zrobiło się bardzo groźnie. W obronie przysnął Tadeusz Socha, który próbował kryć Kędziorę na przysłowiowy radar. I tak rywala, że ani się obrócił, a już rywal gnał samotnie w pole karne. Świetną robotę wykonał tu Micanski, który obsłużył młodego kolegę z zespołu znakomitym podaniem. Śląsk uratowała w tej sytuacji poprzeczka.

Trenerski nos Ryszarda Tarasiewicza podpowiedział mu, że lepiej odpowiedzieć Zagłębiu pięknym za nadobne, niż czekać, aż "Miedzowi" wreszcie się wstrzelą. I szkoleniowiec Ślaska wpuścił do boju drugiego napastnika, przechodząc na system 4-4-2. To ostudziło nieco ofensywne zapędy lubinian. Gra się wyrównała, a na boisku sporo było walki w środkowej strefie boiska. Nadal jednak optyczną przewagę miało Zagłębie.

By znów zapachniało golem na Dialog Arenie, nie trzeba było długo czekać. W 72.minucie Łukasiewicz huknął potężnie z 17 m. Isailović nie zdążył zareagować, ale - na jego szczęście - piłka minęła słupek strzeżonej przezeń bramki z dobrej strony. Po chwili to lubinianie byli bliscy gola. A przy okazji na murawie rozegrała się niemalże epopeja.

Poszło o rzekomy faul Kelemena na młodym Adrianie Błądzie. Napastnik Zagłębia w 74.minucie upadł w polu karnym jak rażony gromem. Sędzia bez wahania wskazał na "wapno". Wściekli gracze Śląska rzucili się do arbitra tłumaczyć mu, że popełnił - nomen omen - błąd. Sędzia Górecki skonsultował się jeszcze z arbitrem liniowym. I co się stało? Błąd obejrzał żółtą kartkę za symulowanie faulu, a karnego oczywiście nie było. Chapeau bas dla arbitra, że miał - mówiąc kolokwialnie - jaja i odwagę, by przyznać się do pomyłki.

Lubinianom gol był jednak pisany. Nie wymusił go Błąd, to poradzili sobie inaczej. Wybiła 77.minuta, gdy w pole karne płasko dośrodkował Łukasz Hanzel. Z piłką fatalnie minął się Socha, ta odbiła się od Micanskiego, na posterunku był jednak Traore. Delikatnie zgrał futbolówkę Bułgarowi, a ten dopełnił formalności. 1:0 dla Zagłębia i stojący przed perspektywą odrabiania strat, zmęczony Śląsk. Różowo to nie wyglądało.

Wrocławianie w ostatnich dziesięciu minutach meczu dali jednak pokaz ambicji. Nie odpuścili rywalowi i atakowali coraz śmielej. Pomógł im też Błąd, który widocznie jest jeszcze za młody, by dźwigać ciężar presji gry w takim meczu. Młokos skosił Łukasiewicza, zobaczył drugie "żółko" i po dziesięciu minutach, spociwszy się lekko, został ukarany czerwoną kartką.

To wlało miód w serca piłkarzy Śląska. Walczyli twardo, aż ich wysiłek został nagrodzony. Minutę przed końcem meczu piłkę w pole karne wrzucał Sebastian Mila. Dośrodkowanie wybił jednak Grzegorz Bartczak. Piłka trafiła pod nogi Łukasiewicza, który bez zastanowienia strzelił. Jego uderzenie zablokowano, w polu karnym zrodziło się zamieszanie, aż wreszcie piłka trafiła pod nogi Mili na 18 metr. "Roger" huknął płasko po ziemi, prosto w dolny róg bramki Zagłębia i wyrównał wynik meczu.

Potyczka Zagłębia ze Śląskiem była ciekawym widowiskiem. W meczu nie zabrakło dramaturgii, walki i zwrotów akcji. Było na co popatrzeć i można przy okazji po cichu żałować, że dolnośląskie derby odbywają się tak rzadko.

Patrząc na dzisiejszą grę Śląska, można być raczej spokojnym o miejsce wrocławian w Ekstraklasie. A przy okazji żal - dlaczego, panowie, tak późno? Z taką grą wiosną można było jeszcze o coś powalczyć. Teraz pozostaje tylko gdybanie. Najważniejsze jednak, że Śląsk walczył do końca i nie odpuścił całkiem solidnemu Zagłębiu, schodząc z boiska z zasłużonym remisem.

Zagłębie Lubin – Śląsk Wrocław 1:1 (0:0)
Bramki: Micanski (77.) – Mila (89.).

Zagłębie: Isailović - G. Bartczak, Stasiak, Reina, Costa - M. Bartczak, Ekwueme, Hanzel (83. Dinis), Kędziora (71. Błąd), Micański, Traore (88. Rymaniak).

Śląsk: Kelemen – Socha, Celeban (27. Łukasiewicz), Pawelec, Wołczek – Madej (61. Sotirović), Sztylka, Dudek, Mila, Ćwielong – Szewczuk (90 Ulatowski).

Żółte kartki: Traore, Błąd – Wołczek, Mila, Socha.
Czerwona kartka: Błąd (82. –za drugą żółtą).

Sędzia: Mirosław Górecki (Katowice).
Widzów: 10 000.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.