Chłodnym okiem: Kolejorz najlepszy na niby
Rację mieli ci, który po jesiennym meczu Lecha ze zdziesiątkowanym z powodu problemów kadrowych Śląskiem, mówili, że ekipa o takim potencjale jak poznaniacy powinna prezentować się lepiej. Niby Lech dobrze reprezentował nasz kraj w pucharach, niby grał najładniejszą dla oka piłkę w Polsce, niby miał być nie do zatrzymania. Wszystko okazało się na niby, bo gdy w decydujących momentach zaistniała konieczność pokonania tych maluczkich, jak choćby Arka i ŁKS, to w poznańskiej lokomotywie zabrakło pary. A przecież mieli ją napędzać, wykreowani w tym sezonie na gwiazdy, Stilic, Lewandowski i Peszko. Cenieni skądinąd słusznie, a jednak czegoś zabrakło. Czego? Odpowiedź na to pytanie najlepiej powinien znać Franciszek Smuda, który od trzech lat buduje w Poznaniu zespół na mistrza. W kolejnym sezonie może już go tam nie być.
Wisła trochę niepostrzeżenie zgarnie Kolejorzowi tytuł sprzed nosa. Zadecydują o tym po części skuteczni rezerwowi, których Lechowi brak, a którzy zapewnili krakowianom zwycięstwo w Gdańsku, a po części ustabilizowany skład. To ciekawe, ze zespół, który nie wypromował w tym sezonie dla polskiego futbolu nowych twarzy, okaże się najlepszy. Widać, że o tytule zadecydowała stabilizacja i zgranie, bo przecież Biała Gwiazda gra tym samym składem, co w poprzednich rozgrywkach. Ba, pozbyła się na półmetku solidnego Clebera, a rewelacyjny Zieńczuk wyraźnie spuścił z tonu. Kluczem do sukcesu okazał się błysk geniuszu dwóch atakujących – Brożka i Boguskiego.