Chłodnym okiem: Wielki kocioł i Śląsk
I właśnie to różni sezon obecny od wielu poprzednich. Na górze tabeli – kocioł. Na dole – kocioł. A świeżo w pamięci mamy lata, w których o tytuł biły się tylko dwa kluby, podczas gdy reszta statystowała, bo i walka o utrzymanie nie była tak pasjonująca. Rok temu sprawa była już dawno przyklepana – z Wisłą nie powalczył nikt. W obecnych rozgrywkach przed spadkiem broni się ponad połowa ligi, a pięć klubów walczy o tytuł i puchary (Bełchatów wygrywa i ciągle ma szanse). Problematyczna wydaje się sytuacja Jagiellonii, która sportowo utrzyma się bez problemów, ale karna degradacja sprawia, że w Białymstoku spokoju nie ma. Z zespołów grających w tej części sezonu „o pietruszkę” – które kiedyś stanowiły większość ligowców – ostał się tylko jeden – Śląsk Wrocław.
To dobrze, czy źle? Dobrze, bo jako beniaminek mogliśmy drżeć o ligowy byt do końca, a na półmetku okazało się, że jesteśmy za mocni by spaść. Źle, bo po udanej jesieni wiosna miała być wyjątkowo gorąca. Tymczasem kubeł zimnej wody na rozpalone głowy wylał się dość wcześnie. Nie oznacza to jednak, że teraz odpuścimy. Piłkarze walczą o to, by być częścią silnego Śląska, który będzie budowany po pojawieniu się Zygmunta Solorza. Swoją wartość będą mogli udowodnić w prestiżowych pojedynkach z Lechem, Legią i Wisłą. To paradoksalnie Śląsk może zadecydować o tym, kto będzie mistrzem. A doświadczenia zebrane na boiskach Ekstraklasy – dla wielu piłkarzy Śląska to sezon premierowy na tym szczeblu – zaprocentują w przyszłym sezonie. A w nim, miejmy nadzieję, będziemy walczyć o wysokie stawki do końca maja.