Chłodnym okiem: Z ziemi japońskiej do Polski
W Lubinie mecz Zagłębia z Ruchem prowadziła trójka sędziowska z Japonii. Główny arbiter, Kenji Ogiya, pokazał dziesięć żółtych i trzy czerwone kartki. Nie mylił się. Panowie piłkarze z naszej ligi, najwyraźniej przyzwyczajeni do tego, że polski sędzia widzi mniej, niemiłosiernie się kopali, łapali niczym w zapasach i bili łokciami. A później robili zdziwione miny, gdy sędzia zapisywał do notesu ich numery. Tymczasem Japończyk robił to, co powinien. Czyli prowadził zawody zgodnie z przepisami gry w piłkę nożną. I nie był w tym przesadnie drobiazgowy, ducha gry czuł. Przypomniał więc grajkom z Lubina i Chorzowa, że wygrywa się umiejętnościami i talentem a nie cwaniactwem i chamstwem.
Być może na Dialog Arenie nauczyli się czegoś piłkarze. Dobrze by jednak było, gdyby odpowiednią naukę wyciągnęli również polscy sędziowie, na czele z Robertem Małkiem. Mogliby brać przykład z Japończyka i spojrzeć jak arbiter z Kraju Kwitnącej Wiśni ustawia się na boisku, jak podejmuje odważne decyzje i pozostaje bezkompromisowy. Oby nie musieli uczyć się przepisów, bo chciałbym wierzyć, że przynajmniej one są przez nich opanowane w stopniu satysfakcjonującym. I oby nauka nie w las poszła, a na polskie murawy. Bo futbol bez dobrych sędziów wypacza sens rywalizacji i rodzi konflikty. Z kolei ściąganie panów z gwizdkiem z zagranicy jest tylko lekiem działającym miejscowo, który całego organizmu nie uleczy.