Ciekawy przypadek Sebastiana Dudka
Po sobotnim spotkaniu w Gdyni bohaterem Śląska powinien zostać nazwany Sebastian Dudek. Świetna gra środkowego pomocnika została zwieńczona bramką i asystą, które zresztą powinny dać drużynie z Wrocławia trzy punkty. Ten niefartowny rezultat pozostawiam jednak z boku, znacznie bardziej zaciekawiła mnie osoba piłkarza z numerem siódmym w zielonych barwach. Jak większość kibiców, doskonale pamiętam jego przyjście do Wrocławia. Utalentowany, dobrze wyszkolony rozgrywający, który tylko przez przypadek spędził dłuższy czas w klasie niższej niż ówczesna druga liga. Wystarczy chyba powiedzieć, że w swoim pierwszym sezonie nie olśnił fanów, ekspertów i samego trenera. Nie było to tak, że nie dostał swojej szansy – wręcz przeciwnie. Grał dużo, ale jedyne co z pozytywów zapadło w pamięć (przynajmniej mi) to umiejętność wykonywania rzutów karnych. Jego liczne kółeczka z piłką, spowolnianie akcji, brak dokładności, szybkości czy innych cech typowych dla środkowych ofensywnych pomocników irytowały i generalnie nie przynosiły większych korzyści dla drużyny. Tymczasem ambicje całej drużyny rosły, przecież pobyt Śląska w drugiej lidze miał być tylko tymczasowy, chwilą na przebudowę zespołu, tak by skutecznie włączył się w walkę o Ekstraklasę. Zresztą w kolejnym sezonie było tak samo, również w części poprzedniego Sebastian Dudek nie błyszczał.
To zresztą mało powiedziane. Pamiętam sytuację sprzed roku gdy razem z kolegami na jednym z meczów na Oporowskiej w rundzie jesiennej, oglądając jego występ byliśmy wręcz wściekli, że ktoś taki reprezentuje nasz ukochany klub. Przez całą zimę szydziliśmy ze wszystkich nieudanych zagrań Dudka, przyrównywaliśmy do zawodników, którzy mają opinię, przepraszam za wyrażenie, drewnianych. Nie miał łatwego czasu u nas, Sebastian, prawda? Ale paradoksalnie to właśnie ta zima była dla Sebastiana przełomowa. Ciężko powiedzieć czy sam sobie zdał sprawę z tego, że może przestać być potrzebny w klubie, czy dał mu to do zrozumienia Ryszard Tarasiewicz. Na wiosnę oglądaliśmy gracza zupełnie innego, jakby ktoś faktycznie z Ekstraklasy został kupiony do Śląska i przebrany w koszulkę z numerem siódmym. Jak tylko zespół otrząsnął się po druzgocących informacjach o fuzji i wreszcie zajął się grą to nie przypominam sobie już żadnego ostrego komentarza skierowanego w stronę Dudka. Kwintesencją był ostatni mecz w drugiej lidze gdy w Poznaniu zapewnił nam trzy punkty i przypieczętował awans z tamtejszą Wartą. W świetnym stylu, co warto dodać.
Kolejnego sezonu we Wrocławiu nie zaczął tak jak powinien, albo tak jakby chciał. Trafił aż do zespołu Młodej Ekstraklasy, zagrał w feralnym meczu w Wągrowcu, gdy cała drużyna wybitnie się skompromitowała. Do gry wrócił od piątej kolejki i szło mu już coraz lepiej. Wraz z Sebastianem Milą stworzył blond włosy duet, który po rundzie jesiennej dał nadzieję kibicom Śląska Wrocław, że możemy powalczyć w debiutanckim sezonie o coś znacznie więcej niż tylko bezpieczna przyszłość na wiosnę. Już wiemy, że tak się nie stanie i kibice będą musieli zadowolić się szóstym miejscem na koniec sezonu – to wynik dobry, ale każdy ma poczucie, że mogło być lepiej. Problem w tym, że w zimie Sebastianowi przyplątała się dziwna, nie tyle kontuzja co choroba przez którą nie mógł nawet trenować. Brak jego osoby na boisku w początkowych tygodniach dał się odczuć na wynikach całego zespołu – dopiero jego powrót dał oczekiwaną zmianę jakościową w stylu gry oraz wynikach Śląska Wrocław. Dał również jego kolegom pewność, np. Mila może sobie przy nim na więcej pozwalać w ofensywie, stałe fragmenty gry również uległy poprawie. Gdy już jego partnera ze środka pola zabrakło, sam poprowadził ofensywę we Wrocławiu i Gdyni, pozwalając sobie choćby na takie zagrania, dzięki którym Tomasz Szewczuk był faulowany w polu karnym.
Tu widzę właśnie tą ciekawość w postawie, a raczej jej przemianie u Sebastiana Dudka. Po prostu wszystko wskazuje na to, że ten piłkarz podnosi swój poziom gry… gdy również jego koledzy i przeciwnicy są bardziej zaawansowani technicznie i taktycznie. Gdy w (ówczesnej) drugiej lidze przez dwa i pół sezonu przyprawiał kibiców Śląska o ból zębów i tylko pół roku prezentował się na miarę oczekiwań trenera to nastąpił awans na boisku drużyny i… u samego zawodnika. Teraz potrafi zagrać tak, że zostaje bohaterem całej kolejki lub chociaż wybrany do jedenastki przez ekspertów!
To powinno kibiców Śląska cieszyć, ponieważ strategia budowania tej drużyny jest taka by co sezon podnosić jej poziom, sprowadzać lepszych zawodników na miejsce tych, którzy już osiągnęli swoje maksimum. W takim razie jeśli moja teoria jest w jakimkolwiek stopniu prawdziwa to sam Sebastian Dudek również nie powinien mieć żadnych obaw przy rozwoju wrocławskiej ekipy. Będzie dalej dostosowywał się do kolegów czy wręcz na ich tle błyszczał. I w tym wszystkim jest tylko jedna rzecz, która może mieć niekoniecznie dobry wpływ na rozwój Dudka. To jego wiek, przecież już za pół roku osiągnie 30. lat, a to będzie zaledwie drugi jego sezon w Ekstraklasie. Liczę jednak, że jego wysoka forma przyćmi metrykę i cała drużyna oraz kibice będą mieli jeszcze więcej powodów by go chwalić, a o ganieniu i okresie aż do jesieni 2007 roku w karierze Sebastiana Dudka szybko zapomnimy.