Decydenci dyletanci - felieton

Orest Lenczyk nie był największym problemem Śląska. Znacznie większym są decydenci wrocławskiego Klubu, w komplecie będący dyletantami. Cała dyskusja o zwolnieniu trenera toczyła się wyłącznie w gronie dyletantów. Dyletanci podjęli decyzję o zwolnieniu trenera, a najgorsze, że ci sami dyletanci nadal będą decydować o przyszłości WKS-u, bo ich nikt nie usunie.


 

Dyletantami w tej firmie są wszystkie osoby na stanowiskach kierowniczych, zaczynając od właścicieli. Z jednej strony tzw. najlepszy prezydent w Polsce (wg Forbesa), który za miliard złotych postawił pomnik swojej pychy. Za te pieniądze w Hanowerze nie tylko całkowicie przebudowano stadion (koszt 65 milionów euro, pojemność 49 tysięcy miejsc), ale jeszcze stworzono zespół regularnie ten obiekt zapełniający (wartość drużyny: 78 milionów euro wg transfermarkt.de). No i trochę zostało na spółkę zarządzającą (hanowerski sponsor tytularny płaci 2 miliony euro rocznie), stworzenie sieci sprzedaży biletów (80 punktów w mieście i regionie), profesjonalny dział marketingu i inne drobiazgi, o których we Wrocławiu decydenci nawet nie mają pojęcia.
Do Rady Nadzorczej prezydent desygnował innego dyletanta. Ten na czas wzmocnił obronę ("w Szwecji wystąpił już Jodłowiec" powiedział o stoperze kupionym tydzień wcześniej), więc podczas najważniejszych meczów w historii Klubu mógł wyjechać na urlop. I teraz wrócił niewypoczęty, bo mu się podwładni pokłócili. Ale na szczęście szybko podjęta decyzja o wywaleniu jednego z nich znów pozwoli mu spać spokojnie. Wyobrażacie sobie, że osoba decyzyjna w firmie budowlanej postanawia sobie odpocząć, gdy ważą się losy największego kontraktu w dziejach przedsiębiorstwa?
Z drugiej strony jest tzw. przedsiębiorca znany z tego, że wszystkie interesy przynoszą mu zysk. Więc i Śląsk na tym musi stracić. No ale ten przynajmniej wie, że jest dyletantem i do spraw związanych z klubem zatrudnił innego dyletanta. Prawnika, który myślał, że jak brakuje podpisu na kontrakcie, to tak jakby napastnik już był kupiony.
Na tym niestety nie koniec. Kolejny dyletant zawiaduje tym wszystkim na co dzień i mimo że jest tylko figurantem, bo nawet trenera nie może zwolnić, to i tak się na tym nie zna. Choć w sumie to nie jego wina, że go zatrudnili.
Wreszcie dochodzimy do trenera, nad którym w całej strukturze firmy nie ma ani jednej osoby mającej pojęcie o piłce nożnej (przypominam, że mówimy o zawodowym klubie piłkarskim!). Rolę dyrektora sportowego zmarginalizowano, nie ma jakiegokolwiek ciała doradczego, żadnego byłego zawodnika, chociażby trzecioligowego, nawet w charakterze magazyniera.
O wszystkim decydują dyletanci, którzy w życiu zatrudnili tylko jednego trenera i to tego samego, którego właśnie wyrzucili. Równie dobrze ci sami ludzie mogliby otworzyć biuro podróży i prezesem zrobić absolwenta politechniki mającego lęk przed lataniem, który w życiu nie był za granicą. Dopóki byłoby dofinansowanie z Miasta, to nawet szefem marketingu mógłby być koń Kaliguli.
Nikt nie potrafi fachowo ocenić pracy szkoleniowca, zwalnianie i zatrudnianie osób na tym stanowisku następuje pod wpływem różnych impulsów, zdania opinii publicznej oraz aktualnych potrzeb pijarowych (idiotyczne hasło: "zatrudnijmy kogoś z zagranicy!").
Oceny dokonują dziennikarze i kibice, też przecież będący w tej sprawie dyletantami. Bo ilu z nich skończyło AWF? Ilu regularnie pojawia się na zajęciach, by ocenić cykl treningowy? Kto z nich ma wiedzę na temat motoryki, biologii, psychologii?
Jak w takich warunkach te wszystkie (parafrazując klasyka) Dutkiewicze, Solorze, Patalasy, Birki mogą podjąć dobrą decyzję o obsadzie tak ważnego stanowiska, jakim jest szkoleniowiec profesjonalnej drużyny piłkarskiej?
Cała sytuacja jest kpiną z kibiców Śląska. Dużo normalniej było, gdy Klub spadał z II ligi.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.