Dobry wynik Śląska przy Łazienkowskiej

Po dobrym meczu, Śląsk zremisował z Legią Warszawa 1:1. Piłkarze obu ekip pokazali dobry futbol. Szkoda, że wrocławianom nie dopisało szczęście, bo mogli wyjść zwycięsko z tej potyczki.

Śląsk wyszedł na mecz z Legią w nieco zmienionym składzie. Ryszard Tarasiewicz przetasował linię obronną swojej ekipy. Na prawej obronie w pierwszym składzie wyszedł Tadeusz Socha, parę stoperów stworzyli zaś Piotr Celeban i Mariusz Pawelec. Blok defensywny zamykał na lewej flance Krzysztof Wołczek. Jarosław Fojut, dotychczas pewniak w talii Tarasiewicza, z powodu lekkiego urazu mecz zaczął na ławce rezerwowych.

Wydawać się mogło, że te zmiany przyniosły niezły skutek. Wrocławianie wyszli na murawę ze sporą ochotą do gry i próbowali atakować od pierwszego gwizdka sędziego. Ale i legioniści od razu rzucili się na rywala. W efekcie, na boisku działo się sporo.


 

Już w 2.minucie Legia mogła otworzyć wynik spotkania. Maciej Rybus łatwo kiwnął Sochę w polu karnym i już składał się do strzału, gdy spod nóg piłkę „ukradł” mu rozpaczliwie interweniujący Socha. Po chwili adrenalina podskoczyła Janowi Musze, strzegącemu bramki Legii. Gdyby Vuk Sotirović był dosłownie o sekundę szybszy i dopadł wcześniej do piłki źle wybitej przez Dicksona Choto, bramkarz Legii mógłby tylko posłać stek przekleństw pod adresem swojego stopera. I oczywiście wyjąć piłkę z siatki.

Im dalej w las, tym Śląsk bardziej się gubił. Wrocławianie kiepsko radzili sobie z długimi podaniami „za plecy” obrońców. Parę razy po takich zagraniach piłkę na lewym skrzydle dostawał Maciej Rybus. I trudno, oj trudno było go zatrzymać. Aż wreszcie padł cios. W 11. z rzutu rożnego dośrodkował Maciej Iwański. Piłka odbiła się od wrocławskiej obrony i wróciła pod nogi rozgrywającego Legii. Ten już nie bawił się w finezyjne zagrania. Kropnął z całej siły w pole karne, tam Dicskon Choto tylko dostawił głowę i pokonał Kelemena.

Chwilę czasu zajęło Śląskowi, by otrząsnąć się z szybko przyjętego ciosu. Szczęśliwie Legia, choć żwawo atakowała, nie potrafiła postawić kolejnej kropki nad „i”. Wreszcie Śląsk zaczął grać z grubsza to, co założył sobie przed tym spotkaniem. Wrocławianie szanowali piłkę, unikali głupich strat. Szukali kombinacyjnej gry, atakowali to skrzydłami, to środkiem pola. Aktywny był zwłaszcza Łukasz Madej, który łatwo radził sobie z Jakubem Wawrzyniakiem. Dobrą robotę wykonywał Sotirović, absorbując defensorów Legii i ułatwiając rozgrywanie piłki. Akcjom Śląska brakowało jednak tego błysku, wykończenia. Jeśli już padały strzały na bramkę Muchy, to były zbyt anemiczne, by móc zaskoczyć słowackiego rutyniarza.

Legia w 28.minucie odpowiedziała strzałem Sebastiana Szałachowskiego. Był to owoc dość przypadkowej akcji. Iwański wrzucił z rzutu rożnego dość przypadkową piłkę, ta odbiła się chyba od czoła Szałachowskiego i skozłowała przed linią bramkową. Można się zakładać, że gdyby pomocnik Legii chciał przymierzyć dokładniej, nawet przez chwilę nie zagroziłby bramce Śląska. A tak, Kelemen mógł przynajmniej poćwiczyć refleks.

Ostatni kwadrans gry należał do Śląska. Legia przez dłuższy czas była raczej tłem dla wrocławskiej maszynerii piłkarskiej. Piłkarze Stefana Białasa czuli się komfortowo, bo grali z przewagą jednej bramki, a w obronie byli dobrze zorganizowani i nie dopuszczali do poważniejszego zagrożenia. Gdyby jednak Śląsk miał więcej szczęścia, do szatni na przerwę schodziłby, remisując.

Drugą połowę Legia zaczęła od mocnego natarcia. Gdyby Szałachowskiemu w polu karnym nie odskoczyła piłka, a Radović nie dałby się ograć Wołczkowi, warszawianie mogli podwyższyć prowadzenie. I jak zaczęli, tak grali przez kilka dobrych minut. Piłkarze Stefana Białasa dominowali, choć nie tak wyraźnie. Aż nastała 57.minuta. Wtedy Ćwielong kiwnął Rzeźniczaka, odegrał do Wołczka, a ten padł faulowany przez Astiza. Karny! „Jedenastkę” na gola zamienił bez problemu Sebastian Dudek.

Remisowy gol sprawił, że mecz się wyrównał, choć lekko przeważała Legia. Choć przyznać trzeba, że Śląsk pomagał rywalowi swoją niefrasobliwością. Tak było w 64.minucie, gdy sztuczką techniczną chciał się popisać Łukasz Madej. Cóż, rywalom się podobała i skorzystali z prezentu. Rybus przejął futbolówkę, urwał się sprintem na bramkę Śląska i kropnął potężnie z 25 metrów. Jego strzał fenomenalnie obronił jednak Kelemen.

Legia naciskała dalej. Śląsk dał się zepchnąć do obrony i musiał odpierać ataki stołecznej ekipy. Na połowie rywala wrocławianie pojawiali się rzadko, a jeśli już tam zawitali, to na krótko. Piłkarze Ryszarda Tarasiewicza bronili się jednak umiejętnie, czujny był też Kelemen. I Legia, choć miała przewagę, drogi do bramki Śląska znaleźć nie mogła. A gdy już była na tropie, marnowała wyborne sytuacje, jak ta Macieja Rybusa w 74.minucie. Młody legionista po efektowej akcji strzelił obok bramki, choć był miał do niej praktycznie otwartą drogę. Strzelił jednak obok słupka.

Ostatnie minuty meczu upływały pod znakiem dość chaotycznej gry. Akcje były rwane i często kończyły się stratami. Oba zespoły pilnowały, by nie stracić remisu. Kolejny gol mógł być tylko wisienką w torcie, a wiadomo, że sam tort i bez owocu może być całkiem niezły. Choć Legia sprawiała wrażenie, że bardziej zależy jej na zwycięstwie. W pewnym momencie warszawianie atakowali całym zespołem, na własnej połowie został tylko Mucha. Te desperackie zrywy nie przyniosły jednak spodziewanych skutków. Legioniści marnowali nawet wyborne sytuacje, jak w 85.minucie Iwański, który wpadł w pole karne i miał sporo czasu, by przymierzyć, ale strzelił w trybuny. Śląsk też był bliski zwycięskiego gola. Po błędzie Muchy, piłkę na linii pola karnego przejął Ulatowski. "Oko" miał przed sobą pustą bramkę, ale po chwili dopadł do niego jeden z obrońców i przeszkodził w oddaniu strzału.

W końcówce na murawie solidnie się zakotłowało. Piłkarze skoczyli sobie do gardeł i przez moment było blisko walki na pięści. Wszystko przez ostry faul Sochy na Rybusie. Socha nie patyczkował się z rywalem i skosił go równo z trawą. I bójkę musieli rozdzielać sędziowie. Obrońca Śląska zszedł z murawy, ukarany czerwoną kartką.

W doliczonym czasie gry wrocławianie mieli wyborną szanse. Z rzutu wolnego uderzał Sebastian Mila, ale jego strzał minął słupek bramki Legii.

I to by było na tyle w to słoneczne warszawskie popołudnie. Śląsk i Legia podzieliły się punktami. To dobra wiadomość, patrząc na grę wrocławian w poprzednich meczach. Ale też szkoda, bo Śląsk mógł ten mecz wygrać, bo Legia wcale nie postawiła wygórowanych warunków.

Legia Warszawa – Śląsk Wrocław 1:1 (1:0)
Bramki: Choto (11.) – Dudek (58. – karny).

Legia: Mucha – Rzeźniczak, Choto (72. Kumbev), Astiz, Wawrzyniak – Rybus, Jarzębowski, Iwański, Szałachowski, Radović (53. Borysiuk) – Dong (65. Giza).
Śląsk: Kelemen – Socha, Celeban, Pawelec, Wołczek – Madej (90. Szewczuk), Sztylka, Dudek, Mila, Ćwielong (75. Ulatowski) – Sotirović (90. Łukasiewicz).

Żółte kartki: Borysiuk, Wawrzyniak, Astiz, Jarzębowski – Ćwielong, Madej.
Czerwona kartka: Socha (89. - za faul).
Sędzia: Hubert Siejewicz (Białystok).

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.