Garcia niczym efemeryda
fot.: Paweł Kot
Po niedzielnym remisie w Mielcu (1:1) trudno przejść obojętnie obok tego, co zaprezentował Victor Garcia. Hiszpański obrońca wrócił do gry po blisko miesięcznej nieobecności, jednak zamiast spokoju, do gry swojego zespołu w ostatnim kwadransie wprowadził zupełnie niepotrzebne zamieszanie. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Victor Garcia stracił miejsce w składzie Śląska w drugiej połowie kwietnia po pamiętnej klęsce 0:4 z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza, która znacznie skomplikowała walkę o pozostanie w ekstraklasie. W dwóch kolejnych spotkaniach Hiszpana na murawie nie oglądaliśmy ani przez minutę, więc kiedy dostał szansę w ostatnim kwadransie niedzielnej rywalizacji w Mielcu, można było liczyć na jego czystą głowę. Nic z tych rzeczy. Przy Solskiego wystarczyły trzy minuty, by Garcia został ukarany żółtą kartką, a jeszcze przed końcem regulaminowego czasu gry sędzia Bartosz Frankowski napomniał go ponownie i w konsekwencji odesłał do szatni. Śląsk musiał bronić skromnego prowadzenia w osłabieniu, stracił dwa punkty, a tylko późniejszej porażce Wisły Kraków w Radomiu zawdzięcza utrzymanie przed ostatnią kolejką.
- Victor wchodził jako piłkarz drugiej linii, więc miał zadanie zamykać środek i dać wsparcie zespołowi. Popełnialiśmy dużo nieprzemyślanych fauli pod własnym polem karnym, a uczulaliśmy się, że Stal potrafi wykonywać stałe fragmenty -
- mówił na pomeczowej konferencji trener Piotr Tworek pytany przez nas o zadania, jakie postawił przed Garcią.
PRZYJEMNE ODŚWIEŻENIE
Garcia w niedzielę zafundował wrocławianom nerwy już po raz kolejny w rundzie wiosennej, bo w połowie lutego w Łęcznej (1:1) pokonał przecież własnego bramkarza zapewniając prowadzenie beniaminkowi. Wtedy na ławce zielono-biało-czerwonych siedział jeszcze Jacek Magiera, który tydzień później w starciu z Piastem (1:3) pozostawił Hiszpana już tylko w gronie rezerwowych, a następnie do końca swojej kadencji we Wrocławiu nie wpuścił go choćby na chwilę. Dziś już tylko odległą przeszłością wydaje się bardzo obiecujący początek Garcii ze Śląskiem, kiedy jego gra w roli wahadłowego przyniosła przyjemne odświeżenie po gorszych miesiącach w wykonaniu Dino Stigleca. Hiszpan już na powitanie z wrocławskim stadionem wpisał się nawet na listę strzelców (2:0 z Paide), później jego udziałem stał się też niecodzienny gol na wagę wygranej z Legią (1:0).
SERIA OD PAŹDZIERNIKA
Co prawda to nie Garcia, tylko Fabian Piasecki sprokurował rzut wolny, po którym Stal uratowała remis w niedzielnym meczu, niefrasobliwe zachowanie Hiszpana należy jednak dopisać do listy przyczyn kolejnego wyjazdu bez czystego konta. Po podróży do Mielca wiadomo już, że wrocławianie zakończą sezon najdłuższą w ekstraklasie serią jedenastu kolejnych spotkań ze straconym golem w roli gościa, a z poprzedniego meczu na czysto cieszyli się 23 października przy Reymonta (5:0). Zielono-biało-czerwonym na Podkarpaciu uciekło sprzed nosa drugie zwycięstwo za kadencji pracującego od połowy marca Piotra Tworka (dotychczas komplet punktów udało się zgarnąć tylko w Płocku) i dużo wskazywało na to, że o utrzymaniu będzie decydować dopiero 34. kolejka. Pomocną rękę kilka godzin po zakończeniu spotkania w Mielcu szczęśliwie dla Śląska wyciągnęła jednak Wisła Kraków.