Jacek Bratek. Encyklopedia Śląska (ROZMOWA)
fot.: Śląsknet
Przypadkowo spotkał autokar Śląska Wrocław, śledził go i trafił na tajny sparing. Zrugał na wyjeździe VIP-a za wyzywanie Tarasia, a za krytykowanie go napisał do gazety list. Był świadkiem triumfów i wielkich porażek. Zakochał się w drużynie WKS-u z lat 80. Jacek "Jacko" Bratek, nasz wieloletni redaktor, niedawno obchodził niewiarygodny jubileusz – obejrzał na własne oczy, ze stadionu lub z boiska, ponad 4000 meczów Śląska! Zapraszamy na rozmowę z absolutnie wyjątkowym człowiekiem.
Według twoich notatek, obejrzałeś już ponad 4000 meczów Śląska. Klub nawet sprezentował ci okazjonalną koszulkę. W jaki sposób to obliczyłeś?
Do tych spotkań zaliczam wszystkie kategorie wiekowe zespołów Śląska – od najmłodszych roczników po oldbojów – w tym sparingi i ostatnio doszły też mecze futsalu. Kiedyś prowadziłem zeszyt, w którym zapisywałem sobie wszystkie te spotkania, teraz po prostu dopisuję liczbę meczów, którą widziałem w danym tygodniu. Gdybym ciągle robił te szczegółowe notatki, myślę, że mógłbym spróbować powalczyć o rekord Guinnessa. Mam świadków, że byłem na tych spotkaniach, ale to do oficjalnego rekordu mogłoby być za mało.
W latach 80. i 90. na juniorów chodziłem sporadycznie. W tamtym czasie chodziłem też na spotkania innych seniorskich drużyn z Wrocławia: na Ślęzę, Pafawag, Polar czy Polonię, później też Inkopax i Parasol. Przykładowo, meczów Ślęzy na koncie mam 1350, a Polaru prawie 700. Z czasem klubów we Wrocławiu ubywało i od 2001 roku regularnie oglądam też mecze juniorów, oldbojów, doszedł też futsal. Od 2007 roku widziałem prawie wszystkie spotkania domowe drużyn młodzieżowych zarówno Akademii Śląska, jak i tego Śląska Wojskowego. W ciągu weekendu oglądam na żywo, w sensie na stadionie, od 3 do 8 meczów. Średnio rocznie wychodzi mi około 200-250 spotkań.
To prawda, że piłką zacząłeś się interesować dzięki reprezentacji… Chile?
Dokładnie tak. W dzieciństwie piłka mnie kompletnie nie interesowała. Byłem na Olimpijskim z tatą na meczach z Wisłą Kraków i Dundee United (rok 1980), zapamiętałem też gola Janusza Sybisa strzelonego Dino Zoffowi (19.04.1980), ale ogólnie piłka była dla mnie jak krykiet. Przed mistrzostwami świata w 1982 roku w Hiszpanii, kolega z klasy dał mi wyciętą stronę z czasopisma „Świat Młodych”, właśnie z sylwetką drużyny Chile. Zainteresowałem się tym, zacząłem ten mundial oglądać i tak złapałem bakcyla.
Ilu zawodników Śląska widziałeś?
Ponad 3100. Mam zestawienie, których piłkarzy ile razy widziałem i ile goli na moich oczach zdobyli. Prowadzę to od pierwszego meczu. Kiedyś robiłem to w zeszycie, co było karkołomne, bo po każdym weekendzie musiałem wszystko przepisywać. Dobrodziejstwo technologiczne mi pomogło, teraz wszystko spisuję w Excelu.
Którego zawodnika widziałeś w akcji na żywo najwięcej razy?
Waldka Tęsiorowskiego – 350 razy. W czołówce będą też na pewno Dariusz Sztylka i Piotrek Celeban.
Pamiętasz swój pierwszy mecz?
Nie licząc tych spotkań za dzieciaka, takich mniej świadomych, to wskazałbym spotkanie z Wisłą Kraków na Stadionie Olimpijskim w 1980 roku, ale wtedy jeszcze z ojcem. Miałem 10 lat. Bez taty, ale z sąsiadem, na mecz poszedłem w kwietniu 1983 roku, graliśmy wtedy z Szombierkami Bytom, wygraliśmy 2:1 po golach Romana Fabera i Ryszarda Tarasiewicza. Całkowicie sam na Oporowską wybrałem się jesienią tego samego roku, kiedy wygraliśmy z Zagłębiem Sosnowiec 3:0. To było spotkanie, w którym swój debiut zaliczył Andrzej Rudy.
Niezawodna pamięć…
Powiem szczerze, że te mecze z lat 80. pamiętam większość. Podobnie jak twarze zawodników. Jak ktoś mi czasami podsyła jakieś zdjęcia z tamtego okresu, żebym je opisał, to jestem w stanie rozpoznać wszystkich, łącznie z głębokimi rezerwowymi. Tylko wtedy zawodnicy w jednym klubie występowali długo. A teraz? Teraz to miałbym problem rozpoznać tych, którzy grali u nas 5 lat temu. Piłkarze teraz szybko zmieniają zespoły, nie identyfikują się z miastem. Kiedyś zawodnicy grali w jednym klubie latami, było dużo wychowanków. Teraz ktoś jesienią przychodzi i czasami już wiosną go nie ma. Wszyscy się tak samo czeszą i ciężko ich rozpoznać (śmiech).
Wyczuwam, że Śląsk w latach 80. to chyba do dzisiaj dla ciebie wzór.
To był Śląsk moich marzeń. To była drużyna, w której było sporo reprezentantów Polski. Kiedyś w jednym spotkaniu, chyba z NRD, wystąpiło aż sześciu naszych piłkarzy. W tym samym czasie w reprezentacji olimpijskiej grało trzech naszych. Mieliśmy taką pakę, że powinniśmy rok w rok walczyć o mistrzostwo Polski, ale cały czas czegoś brakowało. Udało się zdobyć tylko Puchar i Superpuchar Polski. W Śląsku grali wtedy zawodnicy, z którymi ludzie się identyfikowali. To była ekipa, którą najmilej wspominam.
Część tych zawodników gra dalej w Śląsku – w oldbojach.
Tak, ale coraz mniej, bo to są ludzie, którzy mają już ponad 60 lat, grają więc tylko okazjonalnie. Niektórzy też mieszkają za granicą, a Darek Marciniak nie żyje.
Jakie są twoje najważniejsze wspomnienia z tamtych lat?
Na pewno pierwsze mecze, na których się pojawiłem. Do tego Puchar Polski w 1987 roku, to był wielki sukces. Byłem oczywiście na tym meczu, wygraliśmy w Opolu po rzutach karnych, na stadionie było ponad 7 tysięcy kibiców z Wrocławia, do tego około 2 tysiące zaprzyjaźnionych fanów GKS-u Katowice, więc atmosfera była świetna. Mocno utkwiła mi w pamięci też wiosna 1989 roku. Latem 1988 roku trenerem Śląska został śp. Alojzy Łysko, który wcześniej był wybierany nawet trenerem roku. We Wrocławiu sobie kompletnie nie poradził i jesień WKS skończył na ostatni miejscu.
Zastąpił go wtedy mało znany Romuald Szukiełowicz, a do drużyny doszło kilku ciekawych piłkarzy, m.in. Adam Matysek. Odpalili też pozostali: Waldek Prusik, Ryszard Tarasiewicz, Waldek Tęsiorowski. W efekcie z ostatniej pozycji wskoczyliśmy na dziewiątą, przegraliśmy tylko dwa mecze.
Pamiętam doskonale inaugurację tamtej rundy wiosennej z Górnikiem Zabrze, bo żeby zdążyć na mecz, uciekłem z matury próbnej. Wiedziałem, że ją przez to obleję, ale wolałem iść na stadion.
Z kolei jak był mecz z Jastrzębiem, skracałem maksymalnie wypowiedź na maturze ustnej, już tej właściwej, żeby dotrzeć na mecz. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Śląska 6:1, ostatni gol padł w 50 minucie, ja wszedłem na stadion chwilę później, nie widziałem więc żadnej bramki… Ale maturę zdałem, na czwórkę (śmiech).
Z ważnych wydarzeń muszę też wspomnieć ostatni mecz Janusza Sybisa w barwach Śląska. Wrócił w 1983 roku z zagranicy, zagrał w jednym spotkaniu, przeciwko Bałtykowi Gdynia, i zdobył w nim gola… głową. Stadion przy Oporowskiej był wypełniony, wszyscy bili mu brawo, kibice darzyli go wielkim szacunkiem. Do tej pory żaden inny zawodnik nie miał tak hucznego pożegnania. W sumie szkoda, bo byli też inny znakomici piłkarze, którzy na to zasłużyli.
Znam cię już kilkanaście lat i jestem w stanie sobie wyobrazić, że nieraz rezygnowałeś z jakichś ważnych rzeczy, żeby tylko zobaczyć Śląsk…
Tak było wiele razy. Oprócz tych sytuacji z maturami, nie poszedłem na uroczysty obiad po komunii brata, bo graliśmy akurat z Górnikiem Zabrze… Często zdarzało się, że wyjazdy były ważniejsze od innych spraw. M.in. od szkoły. Jak w tygodniu były jakieś sparingi czy mecze, to nie mogłem ich opuścić. Chodziło się na stadion na Skarbowców wtedy. Jak miałem do wyboru – Śląsk lub coś innego, to zawsze wybierałem Śląsk. No, prawie zawsze. Nie uciekłem ze ślubu 24.10.2009 roku. Graliśmy wtedy derby z Zagłębiem Lubin.
A z pracy uciekałeś, albo może jakieś choroby symulowałeś?
A symulki to były nieraz. Pamiętam taką sytuację za pierwszej kadencji Tarasia. Na Sztabowej miał się odbyć sparing z Motobi Kąty Wrocławskie. Nigdy nie używałem takiej wymówki, że ktoś mi zmarł, ale raz coś takiego, właśnie wtedy, się zdarzyło. Powiedziałem, że chcę jechać na pogrzeb, a tak naprawdę wybrałem się na ten mecz. Pojechałem na Sztabową, ale w międzyczasie prezes Edward Ptak załatwił sparing z Bełchatowem, robiąc w ciula kibiców i piłkarzy Motobi. Pomyślałem, że może wrócę do pracy, ale co miałem powiedzieć, że pogrzeb odwołali? Raz w życiu tak zakombinowałem i akurat się mecz nie odbył, więcej czegoś takiego nie zrobiłem.
Mówiłeś kiedyś, że zdarzało ci się podróżować z zespołem autokarem klubowym na wyjazdy.
Tak. Jako łepek jeździłem głównie z rezerwami, a z pierwszym zespołem po raz pierwszy podróżowałem w 1989 roku ze sparingu z Zagłębiem Wałbrzych, na który pojechałem pociągiem. Po meczu podszedłem do trenera Szukiełowicza, którego pamiętałem jeszcze jako trenera Pafawagu i rezerw Śląska i spytałem się, czy mogę się wrócić z nimi. Zabrali mnie, to było ogromne przeżycie. Miałem wtedy 19 lat. Po drodze zatrzymaliśmy się w hotelu i jedliśmy razem obiad! Siedziałem przy jednym stole z Januszem Jedynakiem i Waldkiem Tęsiorowskim... Pękałem z dumy. Później wiele razy się jeszcze zdarzało, że mnie zabierali, ale częściej druga drużyna. Ze Ślęzą Wrocław też dużo jeździłem.
Jeździłeś normalnie jako kibic, jeszcze wtedy nie bawiłeś się w dziennikarstwo?
Tak, ale nigdy nie jeździłem z młynem, tylko zawsze sam. Stopem, pociągiem czy PKS-em. Później samochodem. Kiedyś, chyba w 1986 roku, wybrałem się na pielgrzymkę do Częstochowy. Po drodze uświadomiłem sobie, że pociąg jedzie do Kielc, a z Kielc jest 100 km do Radomia, gdzie Ślęza grała z Radomiakiem. Nie wysiadłem w Częstochowie, pojechałem dalej na gapę do Kielc i stamtąd do Radomia. Wróciłem z piłkarzami.
Kiedyś, już w późniejszych latach, przejeżdżając gdzieś autem, zauważyłem autokar Śląska. Siadłem mu na ogonie, śledziłem go, aż dojechałem do Kątów Wrocławskich. Okazało się, że graliśmy tam tajny sparing z Motobi. Wtedy już pisałem dla Śląsknetu i zrobiłem relację z tego meczu, czym w klubie byli wkurzeni, bo o tym spotkaniu nikt miał nie wiedzieć. Dobrze, że nie grali w Zgorzelcu, bo miałbym trochę dłuższą wycieczkę (śmiech).
Jakie są twoje najmilsze wspomnienia związane ze Śląskiem?
Wszystkie największe sukcesy, czyli mistrzostwo 2012, Puchar Polski 1987 i 2012. Bardzo ważne były dla mnie też wszystkie awanse, szczególnie ten z 1999 roku, bo świętowaliśmy go na murawie z większością kibiców. Można doliczyć jeszcze Puchar Ekstraklasy, który zdobyliśmy w Wodzisławiu Śląskim, po spotkaniu przechadzałem się z zawodnikami na murawie. Tych momentów nigdy nie zapomnę.
A jakieś takie inne, nieoczywiste wydarzenia, które utkwiły ci w pamięci?
Myślę, że powrót Tarasia do Śląska i objęcie przez niego funkcji trenera. Nie wszyscy w niego wierzyli, musiałem ich przekonywać. Okazało się, że po przyjściu odmienił drużynę i wywalczył awans do II ligi. Nie ukrywam, że Taraś to był mój największy idol. Trzy razy stawałem w jego obronie (śmiech).
Musisz mi o tym opowiedzieć…
Ja się śmieję, że pierwsza moja publikacja „dziennikarska” miała miejsce, jak kiedyś jeden z dziennikarzy szydził z Tarasia, krytykował go na łamach gazety „Tempo”. Wkurzyłem się i napisałem list do niego, były tam same k***y i ch**e. Ten dziennikarz ten mój list opublikował w tej gazecie „kibic z Wrocławia broni Tarasiewicza” (śmiech). List był tak napisany, że były tam prawie same kropki.
Innym razem, wiosną 1989 roku, urwałem się z pielgrzymki maturzystów i pojechałem na mecz do Bytomia z Szombierkami. Był rzut wolny z około 35 metrów, piłkę ustawiał sobie Taraś. On miał wtedy niesamowity czas, za tamten rok był później wybrany Piłkarzem Roku w Plebiscycie Piłki Nożnej. No i Taraś podchodzi do tego wolnego, a jakiś dziadek krzyczy: „strzelaj Taraś, ty ch**u!”. Nie wytrzymałem, podbiegłem do niego i zacząłem do niego bluzgać. Później żałowałem, bo siedziałem blisko młyna Śląska i za chwilę połowa naszych kibiców chciała go okładać. Nie chciałem, żeby tak wyszło, ale emocje wzięły górę… A z tego wolnego Taraś strzelił pięknie w okienko.
Trzeci raz był w Ostrowcu Świętokrzyskim, wtedy już byłem w Śląsknecie. Wiadomo, jakim trenerem jest Taraś – żywiołowy, gestykulujący przy linii. Gość, który siedział na VIP-ach nad prasówką, co chwilę krzyczał: „Rysiek, siedź cicho! Rysiek, ty ch**u! Rysiek, nie skacz tak, bo ci zaraz przyp***dolę!”. Wtedy już nie wytrzymałem, wstałem i powiedział „no dawaj, spróbuj ze mną”. Gość się zamknął do końca meczu.
Czyli Taraś faktycznie miał u ciebie specjalne względy.
To był po prostu świetny piłkarz. Pamiętam za łepka, niektórzy krzyczeli na podwórku jak graliśmy „ja chcę być Maradoną, ja chcę być Platinim”, ale najwięcej osób mówiło „ja chcę być Tarasiewiczem”. Gwiazdami w Śląsku w latach 80 byli też Waldek Prasik czy Andrzej Rudy, ale najlepszy był Taraś. Brakuje mi teraz takich zawodników, z którymi moglibyśmy się identyfikować. Teraz zawodnik przyjdzie i zaraz go nie ma. Piotrek Celeban i Mario Pawelec są pewnymi ikonami, wcześniej takim graczem był Darek Sztylka, ale to nie to samo. Czasy się zmieniły, rzadko zdarza się, żeby ktoś większość swojej kariery spędził w jednym klubie.
Czarne dni Śląska, których nie zapomnisz?
Na pewno każdy spadek. Najgorszy był ten pierwszy, którego byłem świadkiem, czyli rok 1993. Wcześniej zdarzyło się to w latach 60. Pamiętam jak dziś mecz, po którym było już jasne, że spadamy. Po ostatnim gwizdku wszyscy stali w milczeniu dobre kilkanaście minut. Cisza. Jeden z zawodników Śląska, Zbyszek Ilski, wychowanek WKS-u, po meczu upadł na murawę i leżał dobre 10 minut. Później na mecz wyjazdowy z GKS-em Katowice wszyscy kibice pojechali na czarno – to był symbol tego spadku.
Drugi spadek, czyli rok 1997, zamknięcie stadionu przez wojewodę… To było przygnębiające. Najwięcej działo się za Mariana Putyry, kiedy w ciągu dwóch lat spadliśmy z I ligi do III. Później zdarzały się jeszcze jakieś okresy marazmu, tak jak teraz, ale zawsze wierzyłem, że z tego wyjdziemy, że będzie dobrze.
Poza spadkami, największą traumą dla mnie było zatrzymanie rozgrywek przez covid. Przez pewien czas przecież wszystkie rozgrywki były wstrzymane… Nigdy nie zapomnę tych dni bez piłki, to było straszne.
Jak wspomniałeś, widziałeś ponad 3000 piłkarzy, większość to pewnie byli juniorzy. Którzy z nich mieli największy talent, ale go nie wykorzystali?
W latach 80 chodziłem głównie na pierwszy zespół i na rezerwy, sporadycznie byli to juniorzy. Na mecze młodzieży i oldbojów zacząłem chodzić w XXI wieku. Na początku patrzyłem na niektórych młodych i mówiłem „o kurde, jaki talent, to będzie zawodnik!”. Później nauczyłem się, że ten, który jeśli bardzo mocno wyróżnia się w wieku młodzika, niekoniecznie musi w ogóle zostać piłkarzem. Często ten, który wkłada najwięcej pracy, osiąga najwięcej. Liczy się nie tylko talent.
Takim największym talentem, który pamiętam, który też co nieco osiągnął, był Darek Marciniak. Jako napastnik potrafił wszystko. W wieku 18 lat rozwalał Legię, strzelając po 2-3 bramki. Grał w kadrze. Niestety łoił wódę niesamowicie i w wieku 36 lat zawał zabrał go z tego świata. Potrafił w meczu ekstraklasy strzelić bramkę i chwilę po spotkaniu mieć 2 promile alkoholu. To był niesamowity talent.
Muszę wymienić też Andrzeja Rudego. Piłkarsko był wybitny, ale w wieku 23 lat, w 1988 roku, spieprzył za granicę za kobietą, uciekając ze zgrupowania reprezentacji. W efekcie został zawieszony na rok w prawach zawodnika. Rok później, po zmianach ustroju, nie musiałby uciekać i kto wie, co by osiągnął… Ale mimo wszystko trzeba podkreślić, że to wychowanek Śląska, który zagrał w takich klubach jak FC Koeln czy Ajax Amsterdam, z którym zdobył mistrzostwo Holandii. Moim zdaniem to mógł być piłkarz najwyższej europejskiej klasy.
Przechodząc bardziej do teraźniejszości – czemu w Śląsku gra tak mało wychowanków?
Byłoby ich więcej, gdyby dostawali więcej prawdziwych szans. W przeszłości byli traktowani po macoszemu, klub wolał ściągać piłkarzy z zagranicy. Teraz się to trochę zmieniło, chociaż nie do końca. Młodzi są brani do treningów, ale do grania już mniej. Zastanawia mnie tendencja, że spośród chłopaków, którzy kilka lat temu grali w Centralnej Lidze Juniorów, piłkę gra teraz 4-5! Inni? Może to kwestia charakteru: „Nie załapałem się do ekstraklasy? To już nie chcę grać w piłkę”.
Rodzynkiem w ostatnich latach jest Kamil Biliński.
Tak, może jakoś nie błyszczał nigdy, ale w każdym klubie, w którym jest, gwarantuje po kilkanaście goli w sezonie. Generalnie było kilku ciekawych zawodników roczników 1987-1989: właśnie Bila, ale też Tadek Socha, Maciek Wilusz, Błażej Augustyn, Krzysiu Kaczmarek, Boguś Gul... Gdyby ta ekipa dostała więcej minut w pierwszym zespole…
O Kubie Małeckim chyba też mówiło się, że może być symbolem odradzające się Śląska, który podnosił się z III ligi.
W latach 90 była duża grupa wychowanków, o których mówiło się „dzieci Śląsk, dzieci Wrocławia”. Kuba był jednym z najlepszych z nich, podobnie jak jego brat Marcin. W tej ekipie byli też Tomek Moskal, Tomek Bobel, Marcin Szymański, Michał Mazur. Kuba pokazał się z bardzo dobrej strony po spadku do III ligi, był tam kozakiem. Został w Śląsku po awansie, ale niestety kontuzje go zatrzymały (PRZECZYTAJ rozmowę z Jakubem Małeckim).
Wiązałem z nim bardzo dużo nadzieje, bo oglądałem go od najmłodszych lat. Pamiętam, jak jako młokos wszedł do rezerw i od razu robił różnicę. Kuba był bardzo przywiązany do Śląska, zawsze po golu całował herb. Był kandydatem na idola. Oporowska to nie było dla niego tylko miejsce pracy, kibice to doceniali i go wspierali.
Jak twoimi oczami wyglądał Śląska w tych trudnych czasach III ligi?
Spadek z II ligi to w ogóle był mój pierwszym sezon w Śląsknecie, także ta moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła się od jednego z najtrudniejszych momentów w historii klubu. Nie wiadomo było, czy Śląsk przetrwa, nie było pieniędzy. Na pewno większość zna słynne oranżadki Jarka Szandrocho, który zamiast izotoników w wodzie rozpuszczał właśnie oranżadę. Piłkarze o tym nie wiedzieli, Jarek liczył na efekt placebo…
Mało kto o tym w ogóle pamięta, że zanim mieliśmy stać się Groclinem, mogliśmy stać się Polarem. Pojawił się pomysł fuzji z Polarem Wrocław, bo był ligę wyżej. To był dowód, że Śląsk był praktycznie na dnie. Do fuzji ostatecznie nie doszło, bo Polar się nie zgodził. Kibice się cieszyli, chociaż takiego ostrego sprzeciwu jak później przy pomyśle połączenia się z Groclinem nie było. Przez chwilę była nawet opcja, żeby WKS zaczął grać od IV ligi, w miejsce rezerw…
Była jedna wielka niewiadoma i czarne wizje. W pierwszym sezonie III ligi byliśmy bliscy powrotu do II ligi, ale, jak się później okazało, nie mogliśmy wywalczyć awansu, bo Arka Gdynia sobie go kupiła. Wtedy przyszedł Taraś i wróciliśmy na zaplecze ekstraklasy.
Jak oceniasz ten sezon i to, co teraz dzieje się ze Śląskiem, czyli po dwóch dobrych sezonach zamieszaliśmy się w walkę o utrzymanie?
Myślę, że w tej drużynie przede wszystkim brakuje atmosfery. Ale trudno o dobry nastrój, kiedy wyniki są tak kiepskie... Potrzebujemy jakiejś serii dwóch-trzech wygranych, żeby to zaskoczyło. Na pewno mamy lepszych piłkarzy niż miejsce, które zajmujemy. Jak zawsze, przez te wszystkie lata, wierzę, że Śląsk i tym razem się odbuduje.
