Kaczorowski czeka na propozycje
Jednym z piłkarzy, z których po powrocie do Śląska zrezygnował trener Ryszard Tarasiewicz jest Paweł Kaczorowski. Zawodnik obecnie trenuje z rezerwami, zdobył nawet gola w środowym sparingu trwają, a cały czas trwają starania, by rozwiązać kontrakt. Prezentujemy zapis wywiadu z piłkarzem (całość będzie można znaleźć w czwartkowym wydaniu dziennika „Sport”). - Był pan najlepiej zarabiającym graczem Śląska, ale - w opinii wielu - nie najlepszym...
- Nie ukrywam, że miniony sezon nie był w moim wykonaniu rewelacyjny. Ale nie był też najgorszy. Przypomnę, że przed przybyciem do Wrocławia miałem dosyć długą przerwę w grze. Z każdym meczem prezentowałem się jednak coraz lepiej. Sęk w tym, że kibice i głównie dziennikarze nie chcieli tego zauważyć. A ja potrzebowałem tylko czasu, żeby spełnić pokładane we mnie nadzieje.
- Nie ciążyło na panu piętno lidera pod względem wysokości osiąganych apanaży?
- Nie znałem poziomu zarobków innych piłkarzy i nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Śląsk zaproponował mi określone warunki współpracy, a ja je przyjąłem. Ale u nas w kraju już tak jest, że jak coś nie idzie, to zaczyna się szukanie dziury w całym. W tym przypadku odbyło się to w formie wyciągania na wierzch kontraktów i pieniędzy.
- Podobno z powodu sporych różnic w zarobkach atmosfera w szatni była gęsta...
- Być może w którymś momencie rzeczywiście część piłkarzy bardziej niż grą zainteresowała się tym, kto ile zarabia. Jeśli ktoś nie był zadowolony ze swojego uposażenia, to nie moja wina. Ja zapracowałem sobie na otrzymywane wynagrodzenie. Rozegrałem w ekstraklasie grubo ponad sto spotkań, byłem reprezentantem Polski. Tymczasem niektórzy z moich partnerów wiążą swoją przygodę z piłką wyłącznie z drugą ligą. Trudno więc, byśmy mieli do siebie pretensje.
- Dlaczego nie zgodził się pan na obniżenie pensji?
- Pierwszy raz w karierze spotkałem się z sytuacją, że o pieniądzach rozmawiał ze mną szkoleniowiec. Trener Tarasiewicz stwierdził po prostu, że za dużo zarabiam i postawił ultimatum - jeśli chcę zostać z zespołem, muszę zgodzić się na obniżkę apanaży. Nie zgodziłem się, bo do Śląska przychodziłem m.in. ze względu na atrakcyjne warunki finansowe. Za mniejsze pieniądze mogłem grać w kilku innych klubach. Gdybym wiedział, że tak się to wszystko potoczy, do Wrocławia bym się nie wybierał. To takie bandyckie prawo - piłkarz podpisuje kontrakt, a za parę miesięcy słyszy: „pan nam się już nie podoba”. Na Zachodzie to jest nie do pomyślenia.
- Jak sytuacja wygląda w tej chwili?
- Z prezesem Kordosem dogadałem się dosyć szybko. Doszliśmy do porozumienia, ale podpisów w tej sprawie jeszcze nie złożyliśmy. Stanęło na tym, że rozwiązujemy kontrakt, ale w momencie, gdy będę miał zapewnione nowe miejsce pracy. Czekam obecnie na ciekawą i konkretną propozycje zatrudnienia. Łatwo nie jest. Może byłoby inaczej, gdybym o pewnych rzeczach dowiedział się podczas dwutygodniowej przerwy w rozgrywkach, a nie na pierwszym treningu.
- Na jakich warunkach rozwiąże pan kontrakt. Mówi się o odprawie w wysokości pięciu miesięcznych pensji...
- O szczegółach nie będę opowiadał. Powiem tylko, że warunki porozumienia są dla mnie satysfakcjonujące.
źródło: Sport
