Końcówki Śląska - zbawienie i przekleństwo
fot.: Krzysztof Banasik
Zakończenie minionej rundy w wykonaniu drużyny trenera Jacka Magiery zesłało na Wrocław falę marazmu i zaniepokojenia. Przyglądając się przyczynom zjazdu wrocławian po równi pochyłej, ogromne znaczenie nabierają ostatnie kwadranse w meczach WKS-u, naznaczone słodko-gorzkim smakiem.
Często mówiąc o braku koncentracji zawodników danej drużyny, wypomina im się bramki stracone w ostatnich minutach, ba, w ostatnich sekundach meczów. Spotykane jest z resztą pojęcie odpowiedniego zarządzania meczem, kiedy zespół jest na prowadzeniu. Zgodnie ze znanymi słowami, mówiącymi o 2:1 jako najniebezpieczniejszym wyniku w futbolu. Bez umiejętności dotrwania do końcowego gwizdka, nawet przepchnięcia meczu mitycznym kolanem, drużyna jest pozbawiona jednej ze swoich składowych. A cała praca wykonana przez znaczną ilość spotkania ląduje w koszu. Dobitnie przekonał się o tym w rundzie jesiennej tego sezonu właśnie zespół ze stolicy Dolnego Śląska.
“CHCEMY JUŻ BYĆ W SZATNI”
Pierwsze ostrzeżenie przyszło już w 2. kolejce, kiedy wrocławianie gościli Kraków, a konkretnie obiekt przy ulicy Kałuży. Nerwową końcówkę zaserwował Pelle van Amersfoort, który w doliczonym czasie strzałem z dystansu utrzymywał Pasy przy życiu. Każdy pamięta późniejsze zamieszanie przy rzucie rożnym, gdy czerwoną kartkę i 4 mecze zawieszenia otrzymał Mark Tamas. Demony powróciły już tydzień później w meczu z Lechią (1:1), gdy katem okazał się Tomasz Makowski, zdobywający wyrównującego gola (w cieniu kompilacji MMA: łokieć Flavio Paixao i twarz Łukasza Bejgera) w piątej minucie doliczonego czasu. Czyżby koniec takich wybryków?
Najbrutalniejszy cios wyprowadził w październikowym spotkaniu z Bruk-Betem (3:4) Mateusz Grzybek, który w ostatniej akcji pojedynku doprowadził małą podtarnowską wieś do szaleństwa, o którym legendy będą krążyć w gminie Żabno aż do kolejnego awansu do ekstraklasy. Gdy wrocławianie byli blisko odkucia się po przegranej w Niecieczy wymęczoną wygraną z Jagiellonią, lewą stroną boiska ruszył odważnie Bojan Nastić i dośrodkował wprost na głowę Jesusa Imaza, który heroicznym golem wyrwał jeden punkt dla gości.
- Jesteśmy tym poirytowani, bo wysiłek całego zespołu przez 90 minut został zniweczony tymi dwoma sytuacjami, tydzień temu w Niecieczy i teraz. Będziemy nad tym pracować, bo to jest kwestia koncentracji i determinacji. Być może wkrada się zakorzenione myślenie, że najpierw trzeba wybronić, a później zaatakować -
- mówił na pomeczowej konferencji Jacek Magiera, odpowiadając na nasze pytanie o utratę koncentracji w ostatnich minutach meczów.
Tracenie goli w doliczonym czasie stało się widoczne w statystykach, ponieważ jeśli chodzi o ten aspekt, gorsza była tylko Warta Poznań, której rywale wbili w samych końcówkach 6 goli, a Warciarze przekonali się o tym w ostatniej ubiegłorocznej kolejce, gdy marzenia o zwycięstwie w Szczecinie (1:1) zniszczył Kostas Triantafyllopoulos. Śląsk stał się niechlubnym wiceliderem tego zestawienia z czterema straconymi bramkami.
KONCENTRACJA NIE TYLKO POD KONIEC
Martwić może także pierwsze piętnaście minut po gwizdku arbitra, oznaczającym drugą połowę spotkania. I znów przecięły się drogi Śląska i zespołu z najmniejszej miejscowości ekstraklasy. To bowiem Bruk-Bet króluje w liczbie goli straconych w przedziale 45-60 minut. Słonie w ten kwadrans aż 11 razy wyciągały piłkę z siatki, przy czym Śląsk ustępuje im tylko jednym trafieniem. Martwiące jest również to, że taka sytuacja miała miejsce w trzech ostatnich spotkaniach tamtego roku. Najpierw szybki dublet przed upływem godziny spotkania ustrzelił Bartosz Nowak (1:3 z Górnikiem Zabrze), kolejkę później poprawił Konrad Matuszewski, wyprowadzając Wartę na dwubramkowe prowadzenie (0:2 z Wartą), a zakończył wszystko pięknym strzałem z daleka w 54. minucie Otar Kakabadze, stawiając wisienkę na torcie w przedświąteczny grudniowy weekend we Wrocławiu (0:2 z Cracovią). Miałem już nie wspominać o Niecieczy, ale tam także się to wydarzyło. Szybkie trafienia Murisa Mesanovicia i Kacpra Śpiewaka tuż po przerwie zmieniły wynik na tablicy świetlnej na 3:1 dla gospodarzy.
- Śląsk między 45. a 60. minutą - 2 gole strzelone; 10 goli straconych
- Śląsk między 75. a 90. minutą - 11 gole strzelone; 3 gole stracone
KRÓLOWIE FINISZÓW
Miało być słodko-gorzko, a więc po tej części smaganej goryczą, czas na małą osłodę w postaci goli zdobytych. Śląsk, jeśli chodzi o strzelanie bramek, budzi się także pod sam koniec spotkań. Wrocławianie między 75. a 90. minutą znajdowali drogę do siatki rywali aż 11 razy, co oznacza najwięcej ze wszystkim drużyn w lidze. Drugi w tej klasyfikacji Raków znacznie podreperował bilans ostatnim meczem roku z Jagiellonią (5:0), kiedy w ostatnim kwadransie podopieczni Marka Papszuna urządzili sobie istny festiwal, aplikując białostoczanom 3 gole.
Kolejne wejście z ławki i kolejne trafienie na koncie Adrian Łyszczarz znowu dał o sobie znać w #ŚLĄJAG pic.twitter.com/yrfeoOm3dT
— Śląsk Wrocław (@SlaskWroclawPl) November 6, 2021
Nie byłoby tak dużej efektywności Śląska w tym czasie, gdyby nie Adrian Łyszczarz, który starał się ratować losy meczu z beniaminkiem z Niecieczy (3:4), aplikując nie znającym pewnie nawet jego nazwiska niecieczanom szybkie 2 proste, które zachwiały drużyną prowadzoną wtedy jeszcze przez Mariusza Lewandowskiego. Tym samym młody zawodnik Śląska po trafieniach z Jagiellonią (2:2) i Górnikiem Zabrze (1: 3) stał się najbardziej efektywnym zawodnikiem w skali całej ligi (udział przy golu średnio co 25 minut!). Patrzymy jeszcze na kolejne gole tuż przed końcem spotkań, a tam jawi nam się przecież bramka Victora Garcii z Legią (1:0), strzał Erika Exposito na 2:1 z Cracovią czy kontaktowy gol Szymona Lewkota w Grodzisku Wielkopolskim. Zdarzały się nawet skalpy w doliczonym czasie, jak piękna przewrotka Fabiana Piaseckiego w Gliwicach (1:1) czy gwóźdź do trumny zaserwowany Białej Gwieździe przez Marcela Zyllę (5:0).
Jak widać dychotomia jest dosyć spora, a prędko można spaść z nieba do piekła. Zawodnicy Śląska zapewnili sobie w rundzie jesiennej tego sezonu istny rollercoaster, czasem pogrążając się we łzach po golach traconych w końcówkach, a czasem wlewając nadzieje w serca kibiców golami dążącymi do zniwelowania straty. To, czego spodziewalibyśmy się po wiośnie, to chyba względna... stabilizacja i umiarkowanie.