Listkiewicz: Ararat to ukochany klub Ormian (WYWIAD)

Listkiewicz: Ararat to ukochany klub Ormian (WYWIAD)

fot.: youtoube.com/canalplusonline

Już jutro Śląsk spróbuje przypieczętować awans do 3. rundy kwalifikacji Ligi Konferencji Europy w rewanżowym meczu z Araratem Erywań. Po ubiegłotygodniowej wygranej 4:2 w Giumri o mentalności Ormian, ich szansach na Stadionie Wrocław i futbolu w Armenii rozmawiamy z Michałem Listkiewiczem, byłym prezesem PZPN, a do niedawna szefem ormiańskich sędziów.



 

Michał Listkiewicz - były sędzia międzynarodowy, arbiter między innymi EURO 1988 i mistrzostw świata 1990 oraz 1994. W latach 1999 - 2008 pełnił funkcję prezesa PZPN, a od 2016 do 2018 roku był przewodniczącym kolegium sędziów czeskiej federacji piłkarskiej. Przez dwa ostatnie lata podobną funkcję sprawował w Armenii, jego kadencja dobiegła końca 1 lipca.


Zaskoczyło pana, że Ararat Erywań w meczu na własnym stadionie stracił cztery gole i przegrał ze Śląskiem Wrocław?

Nie, ormiańskie drużyny generalnie raczej prezentują radosny futbol w defensywie, co później przekłada się właśnie na hokejowe wyniki typu 2:4 czy 3:5. Jednocześnie trzeba podkreślić, że drużyna Śląska miała perfekcyjnie przeczytanego przeciwnika, obserwatorzy z Wrocławia dobrze wykonali swoje zadanie. Udało się wykorzystać słabe punkty Araratu, czyli właśnie nie tylko postawę obrońców, ale całego zespołu w bronieniu dostępu do własnej bramki.

Czy można powiedzieć, że zdobywca Pucharu Armenii wszystko najlepsze, co miał do zaproponowania w dwumeczu ze Śląskiem pokazał już przed tygodniem, w specyficznych warunkach atmosferycznych przy żywiołowo reagującej publiczności? Na Stadionie Wrocław nie będzie ich stać na równie dobry występ?

Moim zdaniem stać, bo to jest naród bardzo dzielny, ambitny i nigdy się nie poddaje. To zresztą pokazali w tej nierównej wojnie o Górski Karabach z Azerbejdżanem, kiedy na ochotnika na front zgłaszali się piłkarze, sędziowie czy trenerzy. Ja bym w jutrzejszym meczu uważał, bo uważam, że mogą strzelić nawet te dwa gole we Wrocławiu i zadaniem Śląska będzie odpowiedzieć. Na tyle ile znam trenera Jacka Magierę mogę ocenić, że nie należy się spodziewać spotkania w stylu „murujemy dostęp do własnej bramki”, pomimo tego, że sam grał przecież jako obrońca. Ararat na pewno nie przyjedzie do Polski pogodzony z odpadnięciem czy z poczuciem, że dobrze byłoby się honorowo pożegnać bez zbyt wysokiej porażki. Nic z tych rzeczy. Tutaj jeszcze może być bardzo fajny mecz z dużą liczbą bramek.

Z tym, o czym pan mówi doskonale korespondują słowa trenera Araratu, który chwilę po tej jednak dotkliwej porażce na własnym stadionie w ubiegły czwartek wyszedł na konferencję prasową i odważnie zapowiedział: „nic nie jest stracone”. Chyba właśnie takiej waleczności należy się jutro spodziewać.

Tak, to na pewno. Ta nacja ma dokładnie takie podejście. To zresztą pokazuje również reprezentacja Armenii, która po trzech meczach lideruje z kompletem punktów w swojej grupie kwalifikacji mistrzostw świata, a rywalizuje między innymi z Niemcami czy Rumunią. Ma też więcej bramek zdobytych niż nasi zachodni sąsiedzi. Nie, nie Ararat to na pewno nie jest przeciwnik przed meczem z którym można machnąć ręką i uznać, że po porażce 2:4 u siebie oni przyjadą już tylko na wycieczkę. Ormianie nigdy nie jeżdżą na piłkarskie wycieczki.

Czy w Armenii panuje klimat na piłkę, a start zespołu w europejskich pucharach wywołuje zainteresowanie porównywalne na przykład do tego w naszym kraju? Ararat pokazał przecież, że warto śledzić jego występy eliminując w poprzedniej rundzie Ligi Konferencji Europy silny węgierski Fehervar (1:1 na wyjeździe i 2:0 w Giumri).

Jest coś takiego, a powrót zainteresowania piłką wiosną przede wszystkim wywołała wspomniana już reprezentacja. W czasie niedawnej wiosny z Azerbejdżanem oczywiście wyglądało to zupełne inaczej. Ararat jest tam zresztą takim ukochanym klubem. Najstarszym w Armenii, a na dodatek spadkobiercą tego słynnego, który w 1973 roku był mistrzem Związku Radzieckiego. Piłkarze i trenerzy z tamtych czasów do dzisiaj mają przecież swoje pomniki, są bohaterami narodowymi. Wtedy jedyny raz się zdarzyło, by mistrzostwo zdobyła drużyna z Republiki Armenii, która w dodatku poradziła sobie z całą koalicją drużyn moskiewskich. Właśnie ten Ararat, bo pamiętajmy, że jest jeszcze drugi klub Ararat-Armenia, to prawdziwa duma ormiańskich kibiców.

O nastroje fanów z Erywania również chciałem zapytać. Wyjazdowy mecz tak daleko od domu pomimo porażki w pierwszym meczu mimo wszystko będzie dla nich świętem?

Zainteresowanie na pewno będzie duże, bo w tym kraju piłka nożna jest drugim sportem narodowym, zaraz po zapasach. Tamtejsza liga jest trochę zamknięta, gra w niej mało drużyn (dziesięć – przyp. red.), kraj jest odizolowany, z pozamykanymi granicami w tej chwili, poza gruzińską. Reprezentacja zbudowała oczekiwania, a każdy mecz międzypaństwowy, niezależnie czy zespołu narodowego czy tak jak w tym przypadku klubowy, to dla Ormian święto samo w sobie.

Do lipca pracował pan jako szef sędziów w Armenii, czy można to w jakikolwiek sposób porównać do tego, z czym wcześniej miał do czynienia w polskiej piłce?

To jest zupełnie inna rzeczywistość. Jest mało klubów, mało piłkarzy, wszystko kompletnie się różni. W Armenii jest łącznie 70 sędziów. 70 na cały kraj. To w samym Wrocławiu jest pewnie 700, jak nie więcej. Dużo trudniej jest cokolwiek tam zrobić, bo ludzie mają inne zmartwienia. Zaprzątają ich głównie ekonomiczne, bytowe sprawy. To kraj biedny, wielu Ormian wybrało życie za granicą, spore diaspory są przecież w Rosji czy Polsce. A do tego wojna, która poczyniła bardzo dużą krzywdę i spustoszenie psychiczne. Ararat jest w tym wszystkim oczkiem w głowie, dlatego mecze międzypaństwowe są tak ważne. Z moich doświadczeń wynika, że ten klub jest najlepiej zorganizowany w Armenii.

Mają dobrze funkcjonujący managment, jego właściciel Vartan Sirmakes stara się wprowadzać wzorce zachodnie. On sam też jest człowiekiem na poziomie, obytym, władającym kilkoma językami. Warto też wspomnieć, że dosłownie dwa dni zakontraktowali argentyńskiego pomocnika Ivana Diaza, co wzbudziło swojego rodzaju zaciekawienie. W Armenii przeważają piłkarze z Rosji, Afryki i Brazylii, a zawodnik z tego kraju to coś nowego, więc kibice mają pewną atrakcję. Bardzo słabym punktem tamtejszego futbolu na pewno są za to stadiony. Już samo to, że pierwszy mecz ze Śląskiem odbywał się w Giumri, czyli 120 kilometrów od Erywania po słabej jakości drogach.

W całej Armenii są może dwie areny porównywalne z naszymi pierwszoligowymi, nie mówiąc nawet o ekstraklasie. Takiego, który dorównywałby stadionowi we Wrocławiu, Warszawie, Gdańsku czy nawet Legnicy oczywiście nie ma wcale. 80 procent meczów odbywa się na stadionie federacji akademii piłki nożnej, gdzie trybuna jest tylko z jednej strony. Tak naprawdę to boisko treningowe, ale jest dobra murawa, dobre szatnie, więc tam grają.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.