Nakładką: Złość dziwoląga

„Mamy Diaza, Celebana i innych…” – ponoć wczoraj powiedział do rumuńskich dziennikarzy właściciel FC Vaslui, Adrian Porumboiu. Nie ma jeszcze oficjalnego oświadczenia, lecz jest to najbliższe potwierdzeniu plotek nękających Wrocław od kilku dni, nawet znając dosyć nietypowy, gorący, samochwalczy charakter większości tamtejszych działaczy piłkarskich.


 

Odejście tego pierwszego dla Śląska bolesne być nie powinno, zważywszy na stosunki Diaza z trenerem, wielokrotne problemy oraz nieporozumienia, wywiady i późniejsze przeprosiny, oświadczenia. Tego lata to właśnie Orest Lenczyk wygrywa wszystkie batalie z piłkarzami. Jedni powiedzą, że rozlicza się on z tymi, którzy mają go bardziej za „pana od wf-u” niż trenera, inni, że jest zaprzeczeniem tak popularnego w Polsce trendu, wedle którego to piłkarze dyktują prezesom kto ma ich prowadzić.

Jednak nie sposób przejść do porządku dziennego nad odejściem z klubu Piotra Celebana, bezapelacyjnie najlepszego obrońcy – piłkarza? - Śląska Wrocław w minionym sezonie. Na pewno był on wzorem profesjonalizmu, raczej rzadko eksponowanego – wstawanie wczesnym rankiem, zero zarwanych nocy, dodatkowe ćwiczenia… Kompletne przeciwieństwo późnych kolacji i powrotów autem po dwóch małych piwach, prawda?

Dlaczego rzadko eksponowanego? Cóż, z wielu wywiadów, relacji i tym podobnych doniesień, obraz malowany był raczej postaci osobliwej, dziwacznej, niezrozumiałej dla reszty środowiska. Dbanie o siebie, zwracanie uwagi na dietę, regularny sen… Może się mylę, może traktuję niesprawiedliwie jego kolegów po fachu, ale ogólny brak zrozumienia dla tego, jak zachowywał się Celeban w swojej karierze wynika z pewnej zaściankowości zawodu piłkarza w Polsce.

Piotr Celeban nie jest materiałem na lidera, nigdy nie był. Raczej cichy, skryty, niechętnie dzielący się uwagami z mediami, jeśli już to pod przymusem, zaciągnięty przed kamerę. Na boisku on był raczej tym, który naprawiał błędy innych, swoim nienagannym ustawieniem, świetnymi odbiorami, a nie zawodnikiem ustawiającym kolegów.

Dopiero dwa ostatnie sezony i jego wkład w osiągnięcia Śląska wywindowały go na pozycję w której jego brak w kadrze przyjmowany był bez zrozumienia. „Bohater Antalyi” – taki można mu dobrać pseudonim, przecież to w Turcji, w tej samej miejscowości, rozegrał trzy z pięciu swoich spotkań w reprezentacji Polski. O znaczeniu tych spotkań niech świadczy towarzyszące im zainteresowanie i efekty – w sumie na meczach kadry z udziałem Celebana nie było tysiąca widzów, a z ostatniego pojedynku z Bośnią i Hercegowiną (jej głębokimi rezerwami) nikt nie zagrał na Euro.

„Gdyby Celeban był Niemcem i grał w Bundeslidze, jego obecność w kadrze byłaby oczywistością” – argumentowali komentatorzy stacji Canal+, wybierając go do jedenastki sezonu. To ja tylko dodam – gdyby występował on w jednej z zachodnich lig, jego profesjonalne podejście byłoby respektowane i co rusz podkreślane, a nie odbierane jako jedna z anegdot czy ligowych dziwot.

Jeśli po zdobywanych przez Celebana bramkach – dziesięciu w ostatnich dwóch sezonach ligowych – można by doszukiwać się czegoś innego niż tylko radości, to na pewno sportowej złości byłego obrońcy Śląska. Chęci udowodnienia wszystkim swojej wartości, pokazania krytykom i niedowiarkom kolejnego atutu, czy może satysfakcji z tego, że cała lista wyrzeczeń dała takie efekty.

Ambicja Piotra Celebana powinna być brana za pewnik. Tyle razy w tej szarzyźnie wiosny Śląska jedynym pozytywem były jego występy, jego wola zwycięstwa, jego rajdy prawą stroną, że po finalnym tryumfie zasłużył sobie na pozycję wyjątkową u kibiców wrocławskiego klubu. Mimo tego, że nie doszedł do porozumienia z klubem w sprawie nowej umowy. Mimo tego, że zostawia Wrocław tuż przed tak wyczekiwanymi meczami o Ligę Mistrzów.

Chciałbym wierzyć, że o decyzji Celebana dotyczącej przenosin do Rumunii zadecydowała ambicja. Jednak patrzę na fakty – klub z Rumunii istnieje ledwie dziesięć lat, gra na stadionie jakościowo gorszym niż Oporowska, w lidze równie zniszczonej przez skandale co nasza, ale nie tak dynamicznie rozwijającej się – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym razem to sportowa złość wzięła górę.

To desperacka chęć wyjazdu za granicę przerodziła się w upór dla Śląska nie do pokonania. To sportowa złość kazała mu powiedzieć „nie”, gdy dzwonił Orest Lenczyk, pytając, prosząc, by dołączył do reszty drużyny na zgrupowaniu w Spale. Brak rozpoznania skali jego pracy i poświęcenia, przełożenia honorów bycia w wielu różnych jedenastkach sezonu na choćby jedną poważną szansę w reprezentacji, wywołało poczucie niechęci kontynuowania kariery w Polsce.

Nie ambicja – ambicja podpowiedziałaby mu, że to we Wrocławiu jest jego miejsce, że tu, mimo wielu wciąż popełnianych błędów, klub się rozwija i dosięga europejskich standardów.

Jedną z największych porażek mistrza Polski jest niewątpliwie to, że nikt w Śląsku nie potrafił pokazać Celebanowi, że to we Wrocławiu osiągnie europejskie standardy, a nie na dziewięciotysięcznym stadionie miejskim w Vaslui.

Piotr Celeban, niezależnie od tego jak potoczą się jego losy w Vaslui, pozostanie wyrzutem sumienia całego środowiska. Tego w którym głaszcze się piłkarzy przeciętnych, chwilowo wyrastających ponad poziom ligowy, a jednego z największych profesjonalistów nie potrafi się docenić przyśpiewką, kontraktem, powołaniem. Nawet jeśli skala talentu Celebana nie powaliła na kolana prężniejsze europejskie kluby niż FC Vaslui, mam nadzieję, że jego najbliższe miesiące i sezony w Rumunii dadzą mu satysfakcję. Jak niewielu rodzimych piłkarzy, on na to zapracował.

źródło: własne

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.