Nie boi się nawet wojny

W dzisiejszym Magazynie Sportowym, dodatku do Przeglądu Sportowego, możemy przeczytać bardzo ciekawy artykuł o Cristianie Diazie. Z tekstu dowiadujemy się o doświadczeniach piłkarza z ligą boliwijską gdzie trafił po latach tułaczki w niższych ligach Argentyny. I trafił od razu na wyżyny (chociaż niekoniecznie futbolowe) gdyż San Jose Oruro, trzykrotny mistrz Boliwii, jest drugim najwyżej położonym pierwszoligowym klubem na świecie, a jego stadion znajduje się na wysokości 3710 metrów!


 

- Dla przybysza z nizin wizyta w tej części Boliwii jest koszmarem. Wyobraź sobie, że masz nudności, zawroty głowy, jesteś osłabiony. I nie możesz nigdzie uciec bo to twoje miejsce pracy. Ja to wszystko musiałem znieść, żeby się przyzwyczaić. Nawet dieta musi być tam inna, bo spada tempo przemiany materii. Pilnowałem się, ale i tak przybrałem na wadze. Generalnie, po tym, co tam przeżyłem, nie boję się nawet wojny - żartuje Argentyńczyk. W Boliwii Diaz strzelił w trzech cyklach rozgrywkowych 33 gole i stał się prawdziwą gwiazdą. Pojawił się pomysł powołania go do kadry tego kraju, który zapewne powróci gdy zawodnik będzie strzelał regularnie w Europie - Jestem Argentyńczykiem, ale wiem gdzie mi dali szansę -komentuje sprawę. Diaz unika również krytyki prezydenta Moralesa, który jego zdaniem pomaga rozwojowi piłki oraz ma poparcie mieszkańców tego ubogiego kraju. Diaz jako gwiazda spotykał się z miejscową społecznością, miał zatem szansę zetknąć się z biedą, wizytował też kopalnie i nie życzy nikomu takiego losu. Gdy Argentyńczyk spełnił się piłkarsko w San Jose był zdecydowany spróbować sił w Europie. Pierwotnie zainteresowane było nim TSV 1860 Monachium, a także kluby rosyjskie, wylądował w Śląsku. Diaz chciał występować z imieniem córki na koszulce, ale pomysł wybiła mu z głowy żona. Ponieważ nie zna żadnego języka poza hiszpańskim dogadać się pomaga mu Marian Kelemen, a sztab medyczny posiada dwujęzyczne tablice anatomiczne. Jednak napastnik stara się nauczyć chociaż trochę języka polskiego, ostatnio nawet wysłał sms-a do Waldemara Soboty "O której odlatuje auto na trening?". Diaz jako typowy Latynos jest bardzo związany ze swą rodziną, większość z jego tatuaży odnosi się do niej, a w niedziele, w jego rodzinnym domu w Tucuman, zbiera się na obiad około czterdziestu członków familii. Na zakończenie Diaz deklaruje, że zima mu nie jest straszna, gdyż w Boliwii zetknął się z mrozem.

źródło: Magazyn Sportowy

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.