Nie budują już Bayernu
Kilka lat temu do przyjścia na stadion Śląska zachęcano kibiców obietnicami budowy we Wrocławiu zespołu na miarę Bayernu Monachium. Do drużyny przychodzili zawodnicy z nazwiskami uznanymi, kosztujący spore pieniądze, nawet system szkolenia młodzieży miał być oparty na tym z klubu niemieckiego! Ile wyszło z tego „projektu” mogliśmy zobaczyć po paru sezonach, gdy klub zamiast grać w Lidze Mistrzów mierzył się ze Swornicą Czarnowąsy. Tym razem wszyscy takich haseł unikają, i to chyba niekoniecznie przez niefortunne skojarzenia, jakie zaraz by się pojawiły w głowach wrocławskich kibiców. Zmiana strategii jest również związana ze stroną marketingową biznesu, jakim jest prowadzenie klubu piłkarskiego – kopia nawet najlepszej marki nie jest równie dobrą reklamą czy też jej nośnikiem! Oczywiście, korzystanie ze wzorców jest wskazane, zwłaszcza jeśli jak na dłoni widać, że gdzieś indziej one się przyjęły i to tyczy się zarówno Bayernu, jak i Arsenalu, dokąd ostatnio udał się Ryszard Tarasiewicz. Jednak lepiej nie precyzować tak dokładnie (jak to mieliśmy okazję obserwować kilka lat temu) kierunku działania, ale brać pomysły z różnych źródeł i odpowiednio do sytuacji wprowadzać w życie. Na każdym polu.
Oczywiście w całym założeniu ambitnego projektu "Budowania drugiego Bayernu" najbardziej chodziło o stronę sportową – jakość drużyny. Wtedy we wchodzący do ówczesnej 1. Ligi Śląsk Wrocław wpompowano sporo pieniędzy (jak się później okazało więcej.. niż ich faktycznie było), kupiono choćby Piotra Włodarczyka za kwotę miliona marek, która działała na wyobraźnię kibiców. Do tego jeszcze choćby wspomnę nazwiska Sławomira Nazaruka czy Remigiusza Jezierskiego, którzy również dołączyli do wrocławskiej ekipy w sezonie 2000/2001. Wtedy napompowano wielki balon, który pękł po jednej rundzie, w najwyższej klasie rozgrywkowej utrzymał się ledwie dwa lata, by potem zaliczyć spektakularny upadek. Podnosząc się z kolan, wreszcie wracając na miejsce gdzie Śląsk na piłkarskiej mapie powinien zawsze być, zrezygnowano z budowania drużyny "na kolanie" i za dużą kasę, przed którą rywale powinni się sami położyć.
Teraz przy dokonywaniu transferów rządzi we Wrocławiu rozsądek godny najlepszych trenerów z zachodu. Nie ma pośpiesznych kroków, sprowadzania zza granicy nieznanych zawodników, którzy później okazywali się wielkimi niewypałami. Jeśli już trenerzy decydują się zatrudnić danego piłkarza to ciężko im zarzucić by robili to bezpodstawnie czy też bez sensu. Drużyna spokojnie przygotowuje się na kolejnych obozach, zgrywa, zamiast być co chwilę rozrywana kolejnym, -nastym testowanym zawodnikiem, który przemierza Europę z obozu na obóz. Śląsk buduje drużynę na lata, o czym świadczy choćby średnia wieku formacji defensywy (nieco ponad 23 lata w ustawieniu Kaczmarek – Socha, Fojut, Celeban, Pawelec) jak również pozycja zawodników młodych ustawianych na boisku w pomocy czy ataku. Wrocławska drużyna ma rzeczywiście być mieszanką wybuchową, która może powalczyć o sam szczyt ligowej tabeli: utalentowani młodzi zawodnicy (czy nawet kadrowicze!) na równi ze starszymi od nich, ale bardziej doświadczonymi piłkarzami, którzy też są głodni sukcesu. Nie trzeba wydawać milionów w kilku zawodników co roku – lepiej z głową przeprowadzić taki transfer raz na jakiś czas, a resztę funduszy spożytkować na drużynę Młodej Ekstraklasy, juniorów, boiska, poprawę warunków pracy dla nich (na co wciąż oni czekają..).
Tak buduje się drużynę i klub – od podstaw. Jasne, nie jest idealnie, Śląskowi dużo brakuje do średniej europejskiej, na wielu polach trzeba działania zmienić, rozwinąć albo w ogóle rozpocząć. Jednak należy dostrzegać te pozytywy w rozwoju klubu, które choć w kraju powinny być od dawna standardem są dla nas innowacją. Dzięki takiej strategii kibice mogą poczuć, że zamiast fałszywego obrazu potęgi o glinianych podstawach budowana jest nowa, silna i znacząca marka na piłkarskim rynku. Po prostu Śląsk Wrocław, bez ukrytego „Bayernu” w nazwie.