One hit wonder ?
Po kilku bardzo dobrych spotkaniach Janusza Gancarczyka w Ekstraklasie, zrobiło się wokół tego zawodnika sporo zamieszania. Pojawiły się plotki, oferty, menedżerowie... Kibice zaczęli się poważnie zastanawiać czy skrzydłowy po przerwie zimowej nadal będzie zawodnikiem Śląska. Czy jednak odejście popularnego „Sesu” byłoby najlepszym rozwiązaniem dla jego kariery? W wielu kręgach osób zafascynowanych piłką nożną pojawiło się dość dawno temu określenie „one hit Wonder” (z ang. gwiazda jednego spotkania/rundy). Chodzi tu o zawodników, którzy wybijają się po kilku dobrych meczach w średniaku ligowym i za sporą sumę trafiają do lepszej drużyny z danej ligi lub wyjeżdżają za granicę. Historia, szczególnie naszego futbolu, zna wiele takich przypadków a żeby przypomnieć te najbardziej spektakularne z ostatnich lat, wystarczy wymienić Radosława Matusiaka czy Marcina Chmiesta. Również gwiazda Andrzeja Niedzielana, obecnie zawodnika Wisły Kraków, znacznie zbladła podczas nieudanego okresu spędzonego w holenderskim Nijmegen, do którego został wytransferowany z Grodziska Wielkopolskiego. Zwłaszcza przykłady ‘Wtorka’ i Matusiaka pokazują, że nawet bycie gwiazdą rodzimej ligi nie gwarantuje dobrego startu w lepszym klubie. Stąd moje obawy, że Janusz Gancarczyk, niemający jeszcze nawet powołania do kadry a już chwalony w gazetach i programach ligowych może zbyt wcześnie porwać się na zmianę drużyny i zagubić się na tak wczesnym etapie swojej kariery. Najgłośniejsza plotka mówiła o zainteresowaniu Macieja Skorży i Wisły Kraków; śmiem twierdzić, że byłby to najgorszy z możliwych wyborów Gancarczyka. Z prostej przyczyny – rywalizacja na początku nowego etapu kariery z Zieńczukiem, Junior Diazem czy Piotrem Brożkiem postawiłaby naszego skrzydłowego na straconej pozycji.
Nie jest to kwestia mojego braku wiary w umiejętności podopiecznego Ryszarda Tarasiewicza, bardziej obawa o zmarnowanie nieprzeciętnego talentu Janusza. Dawno nie było w naszej Ekstraklasie zawodnika tak przebojowego, który jedną efektowną akcją zakończoną podaniem lub uderzeniem może zadecydować o wyniku spotkania. Widzieliśmy jak swoim nieprzeciętnym przyspieszeniem i zdolnością do zmiany kierunku biegu, prowadzenia piłki potrafi zaskoczyć obrońców nawet z najlepszych klubów. Jednak najważniejszą kwestią pozostaje to jak sam Gancarczyk i trener Tarasiewicz wykorzystają te umiejętności. Bo nie ulega dyskusji fakt, że jeszcze sporo „Sesu” ma do poprawienia, przede wszystkim w grze destrukcyjnej i przy wykańczaniu akcji, o celniejszych dośrodkowaniach nie wspominając. Może i jest to przejaw ślepej wiary w kwalifikacje Ryszarda Tarasiewicza, ale jestem całkowicie przekonany, że trener Śląska doskonale zdaje sobie sprawę z potencjału Gancarczyka i tego jak stopniowo z niego wydobywać coraz więcej. Jednak może się okazać, że to, który szkoleniowiec może zagwarantować mu najlepszy rozwój wcale nie będzie najważniejsze. Nie oszukujmy się, w obecnych czasach o przynależności klubowej zawodników oraz ich woli do pozostania w klubie decydują zupełnie inne czynniki niż uwielbienie kibiców czy atrakcyjność miasta, przyszłość drużyny. Wyjątków jest niewiele a większość piłkarzy wybiera ilość zer na swoim koncie, wielokrotnie będąc kuszonymi przez obrotnych menedżerów.
To właśnie o nich trzeba wspomnieć przy okazji rozważania przyszłości jednego z naszych najlepszych zawodników w rundzie jesiennej. Spytajcie Leo Beenhakkera czy Oresta Lenczyka, kto spowodował tak spektakularny upadek Radosława Matusiaka to na 90% odpowiedzą, że ten, który namówił go na przejście do ligi dla napastników najgorszej – Serie A. Tam całkowicie zniechęcony trenowaniem czy nawet próbowaniem podjęcia walki o skład, były reprezentant kraju mógł tylko sumować kolejne miesięczne wypłaty, które wpływały na jego konto od Palermo. Zresztą nie tylko jego – menedżer, pośrednik na pewno swoje od Włochów dostał. Obawiam się, że ktokolwiek by przedstawiał Gancarczykowi w zimie potencjalne oferty od innych drużyn namiesza mu w głowie obietnicami zarobków na poziomie najlepszych w lidze. Dla zawodnika, który zdobył zaledwie kilka bramek oraz zaliczył niezłą ilość asyst oraz jest w szerokim kręgu (potencjalnych) kadrowiczów to z pewnością będzie oferta nie do odrzucenia. Czy jednak na pewno?
W tym momencie najwięcej zależy od trenera Tarasiewicza i samego zawodnika. Pierwszy z tej dwójki musi zrobić wszystko, tzn. przedstawić plan na przyszłość, perspektywy, jakie są przed Gancarczykiem i Śląskiem, by tylko zatrzymać skrzydłowego we Wrocławiu. Po drugie, zawodnik musi w to wszystko uwierzyć i postawić dobro swojej kariery, większą szansę rozwoju nad stan konta, o którym tak się rozpisywałem. Mamy to szczęście, że w Śląsku wszystko idzie ku lepszemu – perspektywa gry na nowym, pięknym stadionie w drużynie, której aspiracje będą sięgać mistrzostwa Polski.. To też oznacza spory budżet. Oczywiście to wszystko zawodników i kibiców WKS-u czeka dopiero za dwa lata, najwcześniej. Jeśli te perspektywy skuszą Janusza Gancarczyka bardziej niż droga na skróty do możliwości gry w pucharach czy kadrze to jestem przekonany, że będziemy mogli oglądać szalejącego „Sesu” na skrzydle, który z rundy na rundę będzie coraz lepszym zawodnikiem. „One hit Wonder”? Zbyt dobrze mu życzę by tak o nim sądzić!