Plusy i minusy meczu z Lechią

Plusy i minusy meczu z Lechią

fot.:

Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po sobotnim spotkaniu z Lechią Gdańsk (0:2)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.



 

PLUS MECZU

Dennis Jastrzembski

Nie ma wątpliwości, że w sobotni wieczór to zawodnik sprowadzony z Herthy Berlin jako jedyny w drużynie Śląska był zainteresowany wywiezieniem dobrego wyniku z Gdańska. Jastrzembski, którego brakowało na zgrupowaniu w Turcji, wymykał się przewidywalnym schematom i marazmowi, którym kolejny raz naznaczona była gra wrocławian, jednak szkoda, że z jego pracy rzadko korzystali koledzy. W pierwszej połowie po akcji 22-latka zbyt małą pazerność na odbiór podania w polu karnym wykazał Fabian Piasecki, a po zmianie stron szansę na bramkę miał sam Jastrzembski, który zaimponował szybkością, ale nie dał rady pokonać Dusana Kuciaka. Występ nowego piłkarza Śląska przypomniał debiut Marcela Zylli z meczu przeciwko Cracovii (3:1) w październiku 2020 roku, gdy do szczęścia również zabrakło tylko bramki. Oby jego kolejne miesiące były bardziej udane niż w przypadku rówieśnika.

MINUSY MECZU

Dino Stiglec

Być może w telewizji nie było to aż tak porażające, natomiast z perspektywy trybun organizacyjny i mentalny chaos w grze Stigleca szczególnie w pierwszej połowie sobotniego meczu aż bił po oczach. Chorwat wyglądał, jakby start ligi go zaskoczył, nie wiedział kto jest rywalem, a o konieczności gry dowiedział się tuż przed pierwszym gwizdkiem. Jego decyzje były niezwykle nerwowe, w prostych sytuacjach prokurował rzuty rożne, przegrywał pojedynki, a smutną wisienką na torcie było szalenie nieprzyjemne wycofanie piłki w światło bramki do Michała Szromnika. Również aut, po którym był rzut wolny i bramka na 2:0 wziął się z niepewnego zachowania Stigleca względem rywala, chociaż akurat w tej sytuacji należy podkreślić, że sędzia niesłusznie przyznał piłkę Lechii. Chorwat w sobotę wypracował paradoksalnie trzeci najwyższy drużynowy InStat w Śląsku, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że za sprawą… naprawiania swoich wcześniejszych błędów.

Fabian Piasecki

Spodziewaliśmy się występu piłkarza odważnego i naładowanego pewnością siebie po udanej jesieni w Stali Mielec, ale delikatnie mówiąc, nie wyszło. Piasecki w Gdańsku stworzył sobie tylko jedną dogodną sytuację do zdobycia bramki, gdy w końcówce pierwszej połowy jego strzał odbił Dusan Kuciak, a poza tym przypominał element niepasujący do układanki trenera Jacka Magiery. To w sumie nie stanowiło większego zaskoczenia, biorąc pod uwagę, jak Piasecki wyglądał wcześniej praktycznie w każdym meczu Śląska, w którym dostawał szansę od pierwszej minuty, bardziej dziwi, dlaczego po kłopotach w okresie przygotowawczym to on, a nie Caye Quintana wybiegł w podstawowym składzie. Jeżeli po bardzo prawdopodobnym odejściu Erika Exposito wrocławianie mają walczyć o utrzymywanie bezpiecznej przewagi nad strefą spadkową z Piaseckim w roli podstawowego napastnika, to sytuacja szybko może się zrobić bardzo poważna.

Krzysztof Mączyński

Wracający po kontuzji i zdezorganizowanych przygotowaniach kapitan Śląska w Gdańsku był na murawie tylko przez pół godziny, jednak zdążył zapisać się w pamięci kibiców w wyjątkowo negatywny sposób. Mączyński nie dość, że zaliczył zupełnie nieudaną piłkarsko zmianę (świadczy o tym choćby statystyka pięciu dokładnych podań na trzynaście prób), to jeszcze kolejny raz nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. Pomocnik wrocławian w jednej z sytuacji w wyjątkowo emocjonalny sposób wystartował do sędziego Bartosza Frankowskiego z pretensjami, a ten ukarał go czwartą w sezonie żółtą kartką, co eliminuje go z piątkowego występu w Łęcznej. Nie takiego zachowania swojego kapitana w kluczowych momentach potrzebuje Śląsk – po czwartej ligowej porażce z rzędu staje się jasne, że w najbliższym czasie będzie ich coraz więcej.

WYDARZENIE MECZU

Światełka w tunelu brak

„Hello darkness, my old friend” – mogli smutno zanucić wyjeżdżający z Gdańska kibice Śląska, bo styl wydawał się dziwnie znajomy i przywołał na myśl mroczną końcówkę jesieni. Wejście w nowy rok nie przyniosło choćby krzty optymizmu, zamiast tego kontynuację starych problemów: czwartą z rzędu porażkę w ekstraklasie, w tym piątą kolejną na wyjeździe. Sam Jastrzembski to zdecydowanie za mało nie tylko na wygraną z Lechią, ale trudno zakładać, że w meczu przeciwko jakiemukolwiek rywalowi. Najwyższy czas, by wrocławianie wzięli się w garść, bo kadrowo z pewnością powinni plasować się na zdecydowanie wyższych pozycjach niż początek drugiej połowy tabeli. Nadziei na poprawę nie widać, a sytuacja w ligowej klasyfikacji ciągle może komplikować się bardziej, bo przecież już w piątek zielono-biało-czerwoni zagrają na wyjeździe z Górnikiem Łęczna. Beniaminek przegrał tylko 1 z ostatnich 8 meczów ligowych, dlaczego więc miałoby być łatwiej niż w Gdańsku?

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.