Puchar Myszki Miki?
Z ćwierćfinałowych pojedynków Pucharu Ekstraklasy kibice raczej zbyt wiele nie zapamiętają. Kolejny niewykorzystany karny przez Śląsk Wrocław, gafa kierownika drużyny Ruchu Chorzów oraz uderzenia w słupek i poprzeczkę w niespełna minutę autorstwa Marka Gancarczyka – to chyba wszystko. Jednak są też pozytywne i wcale nie śmieszne aspekty awansu wrocławskiego zespołu do półfinału tych rozgrywek. W spotkaniach pucharowych szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności otrzymało kilku graczy, którzy ostatnio pełnili głównie role rezerwowych. Czy wykorzystali tę szansę? O ty zadecydują szkoleniowcy. Bardziej jednak chciałbym się skupić na samej istocie Pucharu Ekstraklasy, który przez wielu, naprawdę wielu kibiców, jest niedoceniany, czy wręcz wyśmiewany. Trudno zresztą się im dziwić. Te rozgrywki reaktywowano (pod inną nazwą), by nasi piłkarze grali choć tych kilka spotkań więcej w jednym sezonie piłkarskim, który akurat w Polsce jest krótki, z przydługimi przerwami między rundami. Od początku trenerzy jednak uparcie wystawiali w meczach PE w większości zawodników rezerwowych, nie dbając zbytnio o wyniki, a zespoły z najszerszą, najbardziej wyrównaną kadrą zwykle najwięcej w nim osiągały. Mecze pucharu są rozgrywane w nieatrakcyjnych terminach, transmitowane w kodowanej telewizji oraz w ogóle formuła rozgrywek pozostawia wiele do życzenia. Skoro jest tak źle, to dlaczego tak na nim tak bardzo trenerom Śląska zależy?
Przede wszystkim warto prześledzić przypadek z ligi, która poziomem znacznie przewyższają naszą rodzimą Ekstraklasę. Do głowy przychodzi mi jeden oczywisty przykład tego, że nie należy wyśmiewać wartości Pucharu Ligi, jak to zwykle ogólnikowo nazywa się te rozgrywki. Kilka lat temu do pewnego zespołu w Anglii przyszedł szkoleniowiec znany, ale będący dla wielu zagadką. Po rewolucji w składzie, sprowadzeniu i pożegnaniu kilku zawodników, doprowadził swoich podopiecznych do wielu zwycięstw. Pierwszym jego i zespołu tryumfem było właśnie zdobycie Pucharu Ligi. Dla wspomnianego szkoleniowca te rozgrywki były od początku arcyważne, nie lekceważył żadnego rywala, drużyny z niższych lig traktował na równi z najlepszymi ligowcami. Później stwierdził, że perspektywa zdobycia tego pucharu przez jego drużynę była wręcz kluczowa dla dalszej współpracy z zawodnikami i zarządem oraz dla kolejnych sukcesów.. Tym szkoleniowcem był Jose Mourinho, a drużyną Chelsea.
Dlatego też uważam, że dla drużyny i Tarasiewicza teraz Puchar Ekstraklasy powinien być równie ważny co rozgrywki ligowe. Tak, zdaję sobie sprawę, że za zwycięstwo w tych śmiesznych dla niektórych rozgrywkach nie dostaje się miejsca w europejskich pucharach. Wiem również, że nie jest on rangą zbliżony do Pucharu Polski, który po wielu latach powoli zaczyna odżywać (ale z niego przedwcześnie i w nienajlepszym stylu odpadliśmy). Po porażce z Polonią Warszawa perspektywa gry w europejskich pucharach nieco się oddaliła i zostaliśmy z GKS-em Bełchatów w grupie pościgowej. Zwycięstwo w Pucharze Ekstraklasy może nie tylko dać radość kibicom z pierwszego od wielu, wielu lat trofeum w krajowym futbolu, ale również wiarę zawodnikom Śląska. Śmiem twierdzić, że właśnie zaufania we własne możliwości zabrakło w kilku spotkaniach naszym piłkarzom, gdy wynik trzeba było gonić, rywal nie robił niewiele poza przeszkadzaniem lub był tego dnia po prostu lepszy. Ewentualny tryumf wrocławianom może dać takiego kopa, że w przyszłym sezonie porażki z Piastem i Polonią Warszawa mogą być tylko dawnym wspomnieniem.
Teoretycznie to, że część trenerów i spora grupa kibiców lekceważy sobie ten puchar może Śląskowi pomóc w jego zdobyciu. Presja przecież żadna, premia spora (milion złotych dla zwycięzców), a do tego możliwość zadowolenia kibiców i właściciela klubu (ktokolwiek by nim nie był) są nie do przecenienia. Wierzę, że swoje podejście do Pucharu Ekstraklasy zmienią piłkarze oraz trenerzy, kibice i zarządzający tymi rozgrywkami. Życzę wszystkim tego co nastąpiło w Anglii – tam właśnie przez długi czas Puchar Ligi był wykpiwany, nazywany Pucharem Myszki Miki (od często zmienianej nazwy turnieju) i lekceważony. Teraz każde spotkanie ogląda zwykle komplet widzów, wygrana daje grę w Europie, a żaden szanujący się trener nie ryzykuje kompromitacji porażki z niżej notowanym rywalem. Wierzę też, że zmieni się sama formuła rozgrywek, która obecnie jest nudna, sztywna i nieatrakcyjna dla kibiców. Można przykładowo powiększyć grono uczestników o Pierwszą Ligę, czy zmienić dziwne zasady o zmianach. Tu już kwestia do zastanowienia dla osób zarządzających Pucharem Ekstraklasy.
Mam nadzieję, że piłkarze przystąpią do półfinałowych bojów zmotywowani przez trenera Tarasiewicza oraz nagrodę za wygraną. A czy kibice w większości bojkotujący te rozgrywki nie będą cieszyć się, gdy po finałowym meczu kapitan zwycięskiej drużyny uniesie w górę wspomniane trofeum? Może za 6 tygodni to właśnie piłkarze Śląska zdobędą kolejny puchar do kolekcji?