Rok 2006 oczami kibica

Prezentujemy pierwszą część podsumowania 2006 roku w Śląsku, której autorem jest jeden z forumowiczów. Zapraszamy do lektury tekstu pitraqa i komentarzy. Czas płynie nieubłaganie, a miniony rok obfitował w wiele wydarzeń. Warto przypomnieć sobie co działo się w klubie w tym czasie, by z sukcesów i porażek wyciągnąć wnioski na kolejny rok...


 

CO SIE DZIAŁO ZIMĄ

Na początku 2006 roku Śląsk znajdował się w czubie tabeli II ligi z wielkimi szansami na awans do ekstraklasy (był 4 za Widzewem, ŁKSem i Jagiellonią). Na wiosnę oczekiwałem, że Śląsk będzie toczył wyrównaną batalię o promocje do I ligi. Ciekawe rzeczy natomiast działy się nie tylko we Wrocławiu (no w zasadzie zimą jedyną ciekawszą sprawą była kwestia stadionu, ale o tym później), ale przede wszystkim w Bydgoszczy i Włocławku. Kujawiak powędrował z drugiego miasta (przy okazji zmienił barwy i nazwę - na Zawisza SA) do pierwszego, co wywołało spore niezadowolenie i konsternację wśród części kibiców (także ja byłem niezadowolony z tego faktu). Kibice Zawiszy (IV ligowego) postanowili bojkotować Zawiszę SA.



POCZATEK ROKU: ŚLĄSK- WIDZEW... I ZAKAZY

We Wrocławiu natomiast na Oporowskiej trwał remont od jesieni... Prace miały się zakończyć przed rundą wiosenną, co oczywiście się nie udało i w związku z tym Śląsk był zmuszony rozegrać kilka pierwszych spotkań na stadionie Olimpijskim (oczywiście ja byłem z tego faktu wielce niezadowolony). Założono, że mecze będą tam rozgrywane bez udziału kibiców drużyny gości i z ograniczeniem do 5500 osób. Ale oczywiście PZPN wyszedł z "ręką" do fanów i nakazał przygotować sektor dla przyjezdnych, co też uczyniono (przygotowania praktycznie trwały do ostatniej chwili). A pierwszym przeciwnikiem miał być nie lubiany we Wrocławiu łódzki Widzew, który na dodatek był rywalem w walce o OE. Już jadąc na ten mecz ku mojemu zaskoczeniu spotkałem kilka osób, które albo dawno na meczu Śląska nie były albo zarzekały się, że nie pójdą.... w każdym razie frekwencja na tym meczu była imponująca (od 9000 do 11000 - słyszałem różne wersje, ale chyba 9500-10000 to najbardziej realny wynik). Oczywiście już przed meczem doszło do pewnych incydentów, co w rezultacie doprowadziło do opóźnienia meczu i interwencji armatki wodnej, co doprowadziło do późniejszych kar. Dalsze opóźnienie było spowodowane poszukiwaniem kłódki, której zapomniano zainstalować na bramce odzielającej murawę od trybun. W każdym razie mecz się odbył i myślę, że wielu kibicom zapadnie w pamięć na zawsze nie tylko ze względu na wydarzenia przed samym spotkaniem, ale na sam mecz. Już na samym początku spotkania bramkę główką zdobył Piotr Celeban (pozyskany z Pogoni), czym doprowadził fanów Śląska do euforii. Cały mecz Śląsk był lepszy, a końcowe minuty to fantastyczny doping i modlitwa żeby nam nie strzelono bramki. W końcowych minutach sędzia podyktował rzut w wolny dla Widzewa z 20 metrów – myślę, że serca wielu kibicom podeszły wtedy do gardeł - jednak stały fragment został spartaczony i kibiców opanował szał radości. Co do kibiców Widzewa obecnych na meczu w liczbie około 200 to można napisać, że byli, ale albo ogóle nic nie krzyczeli albo zostali zakrzyczani (stojąc pod zegarem słyszałem ich może ze 2 razy).

Mecz był wygrany ale PZPN postanowił nas ukarać karą 3 meczów bez udziału publiki (mówiło o się o 5), w tym niestety kara ta obowiązywała na mecze z Jagiellonią, a przede wszystkim na mecz z Lechią Gdańsk (trzecim spotkaniem był mecz z Drwęcą). Oczywiście Śląsk znowu został kozłem ofiarnym i potraktowano go wyjątkowo ostro. Niestety fakt faktem że stadion nie był przygotowany na przyjęcie kibiców gości (płot to była zwykła siatka, o cyrku z kłódką nie wspominając).

Mimo wszystko postanowiłem się wybrać na mecz z Jagiellonią, gdyż doszedłem do wniosku, że może coś zobaczę przez bramę. Do takiego samego wniosku doszło jeszcze kilkuset innych kibiców, którzy stawili się pod Bramą Maratońską. Początek meczu zwiastował klęskę Śląska - Jaga panowała na boisku i dość szybko zdobyła bramkę, jednak Śląskowi udało się jeszcze przed przerwą wyrównać z karnego. Zaraz po wznowieniu gry znowu sędzia podyktował dla nas rzut karny i byliśmy w ekstazie. Niedługo potem padła bramka na 3:1 co spowodowało jeszcze większy entuzjazm. W pewnym momencie Sebastian Dudek zatrzymał piłkę ręką na linii bramkowej za co został ukarany czerwoną kartką. Sędzia oczywiście pokazał na "wapno" (po raz trzeci w meczu). Gdy egzekutor przymierzał się do wykonania karnego spod bramy maratońskiej (karny był wykonywany na bramkę przy bramie) słychać było dzikie wrzaski, gwizdy i buczenie... I gracz Jagi spudłował i znowu byliśmy w euforii. Jednak Jaga kilka minut później strzeliła drugą bramkę i zapowiadało się na nerwówkę. Jednak Śląsk zdobył czwartego gola i cieszyliśmy się z wygranej 4:2. Na tym meczu, zwłaszcza w drugiej połowie, doping był niesamowity (potęgowało go jeszcze echo, które powodowała brama). Praktycznie ostatnie 30 minut to ciągły nieustanny śpiew (chyba "do boju WKS").

Kolejnym zakazowym spotkaniem był mecz z gdańską Lechią. Mimo zakazu do Wrocławia przyjechało sporo kibiców Lechii (nie wiem ilu dokładnie). Na to spotkanie wrocławska policja zafundowała kibicom prezent - blokadę bramy maratońskiej kordonem i radiowozami. W związku z tym większość fanów zajęło pozycje albo na donicach albo w pobliskim barze. Oczywiście cały mecz fantastyczny doping dla obu zespołów (osoba postronna mogłaby stwierdzić że mecz rozgrywany jest w Gdańsku). Sam mecz zakończył się remisem 0:0, co było wynikiem sprawiedliwych (choć chyba Lechia miała przewagę) - ale jeśli remisować to tylko z Lechią.

Mecz z Finishparkietem Drwęcą miał być rozegrany awansem (na Olimpijskim miały odbywać się zawody żużlowe). Myślę że jest to mecz, który wielu fanów naszej drużyny chciałoby wymazać z pamięci. Porażka 0:3 i utrata świetnego zawodnika jakim jest Krzysiek Szewczyk, który złamał nogę (kiedy odwożono go karetką pożegnał go gorący doping obecnych kibiców). Ogólnie mecz ten był dziwny, a Śląsk miał cały czas przewagę, jednak z dwóch sytuacji Drwęca strzeliła 3 bramki i nawet grając w 10 dowiozła wynik do końca (3 gola straciliśmy w końcówce - samobój). Kibice mimo wszystko dopingowali swój zespół do końca i był to bardzo głośny doping. Naprawdę pokazali że są ze Śląskiem na dobre i złe.



PIAST GLIWICE, CZYLI WIELKIE PORZĄDKI

Zakaz się skończył i zespół mógł spotkanie z Piastem rozegrać już z udziałem kibiców. Postanowiono więc posprzątać Oporowską, żeby spotkanie mogło zostać rozegrane właśnie tam. Właściciel (Edward Ptak) postanowił do tego celu wykorzystać zawodników, którzy oczywiście odmówili. Za zawodnikami wstawił się oczywiście trener Tarasiewicz (nie było to pierwsze starcie na linii Taraś- Ptak, wcześniej Ptak domagał się, by w pierwszym składzie grał Frank, którego chciał wypromować). Oczywiście w zapasie miano rozwiązanie awaryjne, czyli kibiców. Tak więc stawiliśmy się na Oporowskiej dość licznie (zważywszy na fakt. że był to dzień w środku tygodnia i na dodatek godzin południowe). Oczywiście kibice dali sobie radę i stadion został wysprzątany i przygotowany na wizytację policji. Niestety w moją pamięć zapadło kilka niemiłych faktów. Klub nie przygotował dla kibiców choćby rękawic. a wodą podzielili się z nami piłkarze (niestety prezes Sobański o tym nie pomyślał). Szopka ze sprzątaniem stadionu przez kibiców powtarzała się przed każdym meczem (Piast, Świt, Polkowice, ŁKS).
Śląsk mecz z Piastem wygrał i cały czas się liczył w walce o ekstraklasę (było 1:0 po samobójczym golu gracza Piasta). Jednak co mnie osobiście martwiło to dość niska frekwencja oraz niezbyt dobry doping. Podniesiono też ceny biletów (do 15 zł).

Następnym rywalem Śląska był ŁKS, który także walczył o promocję do I ligi. Był to mecz o tyle nietypowy. że na tym meczu obecni byli kibice gości (były w 2006 roku 2 takie przypadki). Zasiedli oni na sektorze najbliżej łuku i prowadzili nawet niezły doping. Sam mecz był nieco nudnawy i zakończył się bezbramkowym remisem.

Następny mecz ze Świtem (wygrany 3:0) zapadł mi w pamięć głównie ze względu na wytężoną aktywność policji. Sam zostałem spisany co mi się zdarzyło pierwszy raz na Oporowskiej. Żenująca frekwencja i słaby doping też niestety utkwiły w mojej pamięci. Sportowo mecz w zasadzie jednostronny i Śląsk wygrał zasłużenie. Szanse na ekstraklasę były. Wynik cieszył zwłaszcza w perspektywie następnego, ciężkiego meczu z Górnikiem Polkowice.

Z Górnikiem Polkowice Śląsk wygrał tylko raz (na jesieni 2006- o tym później), ale wtedy Śląsk miał jeszcze kompleks Górnika (porażki jedną bramką). Niestety pechowa porażka 1:0 bardzo utrudniała sytuację WKS-u (musiał liczyć na remis w meczu Zagłębię - Jaga i wygrać z KSZO, by móc zagrać w barażach). W zasadzie od meczu z Górnikiem kibicowanie na meczach Śląska coraz bardziej kieruję się w stronę Ultras i ten ruch się coraz bardziej u nas rozwija.

Mecz z KSZO był ostatnim w sezonie 2005/06 i był jeszcze cień szansy na baraże. Śląsk wygrał dość łatwo 2:1 (powinien 3:1 ale sędzia nie uznał bramki). Jednak kibiców bardziej interesowało to co się dzieje w Sosnowcu. Ku zaskoczeniu wielu Jaga objęła prowadzenie i długo je utrzymywała. Zagłębie jednak zdołało wyrównać co oczywiście było korzystne dla Śląska. Z Sosnowcem była cały czas gorąca linia . Na wieść o wyrównaniu na trybunach wybuchła radość i wszyscy znowu wierzyli w awans. Jednak po kilku minutach nasz optymizm osłabł po tym jak Jaga strzeliła bramkę na 2:1 i w rezultacie dowiozła ten wynik do końca i zagrała w barażach z Arką Gdynia.



KONIEC SEZONU

Jednak wiosnę 2006 trzeba było uznać za udaną. Postawa zespołu pozwalała myśleć o walce o OE w następnym sezonie. Jednak nie wszystko miało pójść po naszej (kibiców) myśli.

cdn

źródło: pitraq

Marcin Polański

Autor

Marcin Polański

W Śląsknecie od 2003 roku (z przerwami urlopowymi), przez niemal 10 lat redaktor naczelny.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.