R.Tarasiewicz: W moich działaniach zawsze chodziło mi o Śląsk
Zawieszony trener Śląska udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, nie chciał w nim jednak poruszać drażliwych kwestii związanych z zawieszeniem i działaniami klubu. Szkoleniowiec broni w nim swojej strategii obranej na początku sezonu. -To, co mówię, potwierdzały choćby statystyki, które niemal w każdym meczu wyglądały dla nas dobrze. Jako zespół prowadziliśmy grę, mieliśmy więcej strzałów, podań czy dośrodkowań. Wszyscy wracają do spotkania z Lechią Gdańsk, ale nawet tam nasi rywale nie stworzyli sobie zbyt wielu sytuacji. W przegranym spotkaniu z Widzewem atakowaliśmy przez 75 minut, ale ponieśliśmy porażkę. Takie rzeczy się w piłce zdarzają. Przecież w tym sezonie Legia Warszawa przy całej swojej klasie poległa z Wisłą Kraków aż 0:4. Podobnie lider z Białegostoku w spotkaniu w Łodzi. Naprawdę nie było powodów, by zmieniać coś przez trzy-cztery kolejki. Przecież wcześniej zmieniliśmy ustawienie, w podstawowej jedenastce pojawiło się trzech nowych zawodników, inni zmienili swoje pozycje. Było więc wiadomo, że zespół na dobrą, ale i równą grę potrzebuje czasu – stwierdza Tarasiewicz, który jednak dostrzegał mankamenty. -
- Oczywiście, gdybym prowadził zespół w Kielcach i tam też byśmy przegrali, to zmieniłbym taktykę. Musiałbym przyjść do zawodników i powiedzieć im: "Panowie, fajnie to wygląda, ale brakuje nam punktów". Stanęlibyśmy w siedmiu-ośmiu z tyłu i w ten sposób w polskiej lidze moglibyśmy nie przegrać siedmiu meczów na dziesięć. Oczywiście można by to wszystko także modyfikować, bo przecież Wisła czy Polonia Bytom były w ostatnich meczach ze Śląskiem słabsze niż kiedykolwiek. Naprawdę wiem, że cel uświęca środki, i pokazałem to choćby wtedy, gdy walczyliśmy o awans do ekstraklasy. Na dłuższą metę defensywna piłka mnie jednak nie interesuje. Po to dobierałem zawodników ofensywnych, żeby ofensywnie grać. Według swojej filozofii. Dlaczego miałem cały czas bać się Wisły, Lecha czy Legii i murować własną bramkę, skoro mój zespół miał naprawdę duży potencjał? Śląsk grał ładnie i pisali o tym nawet dziennikarze – dodaje.
Jednocześnie Tarasiewicz nie zgadza się z tym, że zespołowi brakowało punktów. - Uważam, że o braku wyników można mówić na półmetku rozgrywek lub na koniec sezonu. W moim wypadku to była szósta kolejka. To po szóstej kolejce już spada się z ekstraklasy? Dlaczego nikt nie patrzy na to, co zrobiłem przez cztery lata, za jakie pieniądze budowaliśmy zespół i ile dzięki mnie Śląsk zaoszczędził? W III lidze mieliśmy zrobić awans - zrobiliśmy. W II lidze to samo. W ekstraklasie w pierwszym sezonie mieliśmy się utrzymać, a byliśmy rewelacją rozgrywek. W ostatnim sezonie mieliśmy swoje problemy związane choćby z kontuzjami czy krótką ławką, ale również sobie poradziliśmy. Teraz mało kto już o tym pamięta. Proszę mi wierzyć, że gdybym sam poczuł, że mój czas w Śląsku się skończył, że nie mam pomysłu na drużynę, tobym odszedł. Nic takiego się jednak nie stało – mówi szkoleniowiec, który w działaniach klubu w stosunku do niego, nie odnajduje analogii z jego postępowaniem w stosunku do Krzysztofa Ostrowskiego, czy Janusza Gancarczyka. - To były zupełnie różne sytuacje, bo oni podpisali już kontrakty w innym klubie i mieli za pół roku ze Śląska odejść. Każdemu z nich złożyłem też ofertę przedłużenia kontraktu na dobrych warunkach, ale oni je odrzucili. Odsuwając od pierwszej drużyny Krzyśka czy Janusza, cały czas myślałem o dobru zespołu. Wiedziałem, że ci piłkarze, którzy odejdą ze Śląska za pół roku, nigdy nie będą walczyć jak pozostali. Nawet gdyby robili to zupełnie podświadomie. Jako trener chciałem dać szansę pozostałym zawodnikom, żeby mogli się wykazać. Poza tym w ciągu pół roku zyskiwałem odpowiedź na pytanie, czy muszę kogoś na daną pozycję pozyskać, czy w dobrej formie jest ten gracz, którego aktualnie mam. Tak rozumowałem. W moich działaniach zawsze chodziło mi o Śląsk – kończy Tarasiewicz.
źródło: gazeta.pl
