Taktyczne podsumowanie rundy (1)
W muzyce mawia się, że w karierze zespołu najważniejsza jest trzecia płyta. Debiut się udaje (albo i nie), w drugiej można jeszcze odcinać od niego kupony, a trzecia pokazuje, na co formację stać naprawdę. W piłce nie trzeba czekać aż tyle- beniaminkiem jest się tylko jeden sezon. Element zaskoczenia pryska nawet wcześniej - to co Śląskowi zapewniało niewielką stratę do podium jesienią, już w drugim meczu rundy wiosennej zaczęło zawodzić. Trochę czasu zajęło nim gra wrocławian zaczęła wracać na właściwe tory, by pod koniec sezonu ponownie sprawiać kibicom sporo radości. Drugi sezon jawi się jednak jako dużo trudniejsze wyzwanie. Część I- Przebieg rundy
1. Era 4-4-2
Pierwszą rundę nieomal w całości zespół Tarasiewicza rozegrał w ustawieniu 4-2-3-1. Efekt był bardzo dobry, toteż zadziwiło nieco (mimo braku Dudka) przejście na 4-4-2. Mimo to 7. marca 2009 był apogeum dyspozycji Śląska w tym sezonie. Przy Oporowskiej gospodarze grali koncertowo. Nie ma sensu podkreślać, że rywal (Polonia Bytom) nie był zbyt wymagający. W tym meczu piłkarzom z Wrocławia wychodziło dosłownie wszystko, zaś wygrana 3-0 była najniższym wymiarem kary. Konsekwentna gra obrony oraz świetne zgranie między braćmi Gancarczykami a Sebastianem Milą pozwalały mieć nadzieję, że Śląsk włączy się do walki o puchary. Rzeczywistość nie okazała się już jednak tak różowa. Od następnego meczu rywale odczytali bezbłędnie prosty (nie ma się co oszukiwać) sposób rozgrywania piłki przez wrocławian, wzmocnili środek pola i cofali głębiej skrzydłowych. Efekt- w meczach z Odrą i Polonią (oba 4-4-2) Śląsk grał bardzo słabo, nie będąc w stanie skonstruować groźniejszych akcji. Poprawnie spisywała się za to defensywa (tylko jeden stracony gol). Nietrudno było jednak zauważyć, że to, co prezentują wrocławianie do niczego dobrego doprowadzić po prostu nie może. Wydawało się, że pogubił się również nieco Ryszard Tarasiewicz, który w meczu z Polonią, w którym rozegranie piłki nie istniało, zamiast wzmocnić choć trochę środek pola, posyłał do boju kolejnych napastników. Skutki z czystym sumieniem można przemilczeć.
2. Piąty w pomocy
Po tym meczu Ryszard Tarasiewicz zmienił jednak koncepcję. Pomógł mu w tym powrót do składu Dudka, Śląsk zaś powrócił do różnych wariantów 4-5-1 (4-1-4-1 lub 4-2-3-1). W pierwszym meczu (1-2 w Bełchatowie) jeszcze to nie zaskoczyło, ale było widać istotny postęp w rozprowadzaniu piłki. Więcej zawodników znajdowało się pod grą, udało się kilka sprawnych rozegrań, brakło jednak, co oczywiste przy zmianie formacji, schematyczności i płynności. Od tego jednak czasu zaczął się progres w grze wrocławian. Uniezależnienie się od podań Mili (dzięki zwiększeniu ilości zawodników w środku) sprawiło, że ponownie udawały się rozegrania na dynamiczne skrzydła, co przynosiło wreszcie bramki i serię czterech meczów bez porażki. Jasnym punktem tego okresu okazał się być Dudek, który wniósł sporo ożywienia do bezbarwnych na początku rundy poczynań piłkarzy z Wrocławia. Skrzydłowi zaś przestali czekać na podania wyłącznie przy linii, próbowali zejść do środka, co przynosiło sporo groźnych akcji.
3. Czołówka daleko
Końcówka jednak pokazała aktualne miejsce Śląska w szeregu. W serii trzech spotkań z drużynami z czołówki ugrano zaledwie jeden punkt (zaś z drużynami, które wyprzedziły wrocławian- 8 w 8 meczach). Organizacją gry Wisła i Lech wyraźnie górowały nad Śląskiem (podobnie jak Polonia Zielińskiego I i Kaczmarka), zaś punkt zdobyty na Legii cieszyć zbytnio nie powinien, gdyż drugie jej miejsce to dziwny zbieg okoliczności, nieadekwatny do boiskowej postawy. W tak zwanym międzyczasie drużyna zdążyła jednak pokazać, że jeśli idzie o konsekwencję i solidność jej akcję stoją wysoko, przywożąc komplet punktów z Gliwic (liga) i Wodzisławia (finał PE). Tym niemniej przebieg rundy można ocenić pozytywnie: udało się wypracować (mimo ciężkich początków) stabilny i sprawny system gry i grać w miarę równo przez całą wiosnę. Do przesunięcia się w tabeli choćby o te dwa oczka wyżej potrzebny jest jednak naprawdę duży krok naprzód.