Tamas bez śladów po kontuzji
fot.: Paweł Kot
Remis z Górnikiem Łęczna w 21. kolejce ekstraklasy dla Marka Tamasa był pierwszym rozegranym po kontuzji w pełnym wymiarze czasowym spotkaniem. Węgier wprowadził do linii defensywnej wrocławian stabilizację i spokój, a na tle niewygodnego rywala poradził sobie jak prawdziwy profesor. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Ostatni mecz Marka Tamasa w barwach Śląska miał miejsce pamiętnego wrześniowego wieczoru, kiedy Śląsk przy fantastycznej atmosferze wygrał z Legią (1:0). Węgierskiemu obrońcy zaczęła coraz bardziej dokuczać kontuzja pachwiny. Leczenie zachowawcze nie przyniosło żadnych efektów, więc konieczna była konsultacja z lekarzami z innych krajów, po której ostatecznie 28-latek poddał się operacji. Zabieg wykonany dzień przed ostatnim meczem wrocławian w tamtym roku (z Cracovią - 0:2) skomplikował dotychczasowemu etatowemu środkowemu obrońcy plany co do przygotowań do ligowej wiosny z resztą drużyny...
REHABLITACJA POMOGŁA
Warto przytoczyć w tym miejscu także burzliwą historię Tamasa w tym sezonie, która rozpoczęła się od zwycięskiego gola przeciwko estońskiemu Paide (2:1), a skończyła się zawieszeniem na 4 mecze po incydencie z Lukasem Hrosso w meczu 2. kolejki z Cracovią (2:1). Ale nie zapominajmy o pięknych przeżyciach Węgra, czyli debiucie w narodowych barwach przeciwko Andorze (2:1). Kontuzja pokrzyżowała plany obrońcy, który okazał się jedną z najbardziej wyrazistych postaci Śląska w tyłach. Jednak niezmordowany reprezentant Węgier w trakcie, gdy jego koledzy przygotowywali się do drugiej części sezonu w Turcji, sam pracował nad dojściem do pełni sprawności. Czy był gotowy do gry w Łęcznej?
“Nie miałem żadnych wątpliwości, wiedziałem, że Mark da radę. Nie grał pół roku, to są fakty, natomiast był po operacji, którą przeszedł na końcu tamtego roku i intensywnie trenował. Codziennie byłem z nim w kontakcie, wysyłał mi filmy ze swoich zajęć. Po obserwacji tego, co robił tam z rehabilitantami, trenerami indywidualnymi wiedziałem, że jest przygotowany, jeżeli chodzi o wytrzymanie meczu pod każdym względem” -
- mówił na pomeczowej konferencji trener Śląska, Jacek Magiera.
STARY, DOBRY MARK
Tamas w Łęcznej prezentował się pewnie i solidnie. Nie pozwalał rozkręcić się Jasonowi Lokilo, który raz po raz szarżował jego stroną (tylko 2/5 udanych dryblingów). Węgier zawsze wyczekiwał Kongijczyka do końca i nie popełnił żadnego większego błędu w bezpośrednich pojedynkach lub rozegraniu piłki od bramki. Miał najwięcej odzyskanych piłek ze wszystkich zawodników (13) oraz grał na dosyć sporym procencie wygranych pojedynków (69%). Jednocześnie trener wrocławian podjął ciekawy wątek rywalizacji między powracającym po długiej absencji Tamasie, a nowym nabytkiem Śląska, Leo Gretarssonie, który nie miał jeszcze okazji zaprezentować się w zielono-biało-czerwonych barwach.
“Dlaczego zagrał Mark, a nie Daniel, który jest naszym nowym zawodnikiem? Trenowali tyle samo dni i mieli tyle samo jednostek z pierwszym zespołem, natomiast Mark zna ten zespół, zna każdego z zawodników. Komunikacja między nim, a pozostałymi była na wyższym poziomie, niż Daniela, który uczy się imion, uczy się naszego stylu. Ale ja bym chciał, aby oni rywalizowali ze sobą, na pewno Daniel dostanie szansę, natomiast na dzisiaj potrzebowaliśmy tego, że ta komunikacja Marka, dobry mental i energia pozwoli wejść na wyższy poziom.”-
Po tej wypowiedzi częstochowskiego szkoleniowca z jeszcze większą dozą niepewności można typować skład personalny na kolejne spotkania wrocławskiej drużyny. Jedno jest ważne - wrócił Mark Tamas, którego chcemy oglądać zawsze. A to oznacza wzmożoną rywalizację na pozycji środkowego obrońcy.