Tarasiewicz: Piłkarze nie oszukują
Poniżej przedstawiamy zapis dalszej części konferencji prasowej po meczu Śląsk - Korona, w której trener Ryszard Tarasiewicz odpowiada na pytania dziennikarzy.Nie uważa Pan, że pierwsza połowa była nawet gorsza od tej z Jagiellonią?
Nie uważam tak. Wszyscy wiedzą, jak Śląsk gra przy stałych fragmentach, czyli że stajemy na szesnastym metrze, nie wbiegamy w pole karne. I sędziowie mają problemy z ocenieniem tego, czy piłkarze są na spalonym. Asystenci nie dają sobie rady z tym. Przeważnie przeciwnik stwarza sobie sytuacje po spalonych i śmiem twierdzić, że dzisiaj trzech zawodników było na spalonym
Nie wiem, czy była czerwona kartka dla Sotirovicia. Sędzia boczny, który był bliżej akcji, powiedział do głównego i do kapitana, że jest kartka żółta i nagle dostaje sygnał od sędziego, który stoi przy mojej ławce, że ma być czerwona, to cos jest nie tak. Nie wiem, czemu żółtą kartkę dostał Madej, który został sprowokowany. Nigdy nie mówię, że wynik został wypaczony przez sędziego, ale kilka decyzji było kontrowersyjnych.
Dlaczego tak mało piłkarzy zasiadło na ławce rezerwowych?
A Kaśnikowski czy Góral pomogliby nam dzisiaj?
Nie wiem.
To ja Panu mówię, że nie.
Nie uważa Pan, że to jest dziwne, że na takim poziomie i w takim meczu na ławce jest tylko trzech zawodników z pola i żadnego obrońcy?
Na obronę można było przesunąć Sztylkę czy Łukasiewicza. Możemy brać osiemnastkę na mecz, żeby to ładnie wyglądało, ale wiedziałem, że musi się posypać w 20 minut cała obrona, żeby Kaśnikowski wszedł. Czy ewentualnie Góral, gdybyśmy wysoko prowadzili. Znam ich psychikę, widzę ich codziennie na treningu.
O wariancie z Tomaszem Szewczukiem na prawej obronie myślał Pan wcześniej, czy dopiero w ostatnim tygodniu?
Tomek prezentował się dobrze fizycznie i jest doświadczony. Ma atuty zarówno ofensywne, jak i defensywne. Nie było w tym żadnego ryzyka i uważam, że nieźle to wyglądało.
Atak pozycyjny był prowadzony małą ilością zawodników.Defensywni pomocnicy zostawali z tyłu.
We dwóch nigdy nie zostawali. Mogę Pana zaprosić na poniedziałek, gdy będę oglądał jeszcze raz ten mecz, i Pan mi pokaże, w którym momencie tak było. Nigdy nie było tak, żeby dwóch defensywnych pomocników zostawało siedem, osiem metrów przed linią obrony. Atakowaliśmy pięcioma, sześcioma zawodnikami, którzy rozgrywali piłkę na połowie boiska.
Czy duża ilość niecelnych podań przed przerwą brała się z wysokiego pressingu Korony?
Był to agresywny pressing, my przesuwaliśmy się szybko ze środkowej strefy w boczne sektory boiska. Staraliśmy się przyspieszyć grę na dwa kontakty. Wszystko sprowadza się do umiejętności technicznych. Przy tak śliskiej murawie operowanie piłką na dwa kontakty sprawia, że one się pojawiają. Można robić mniej błędów technicznych i mieć mniej strat, ale piłkę się dotknie cztery czy pięć razy. I mieć posiadanie piłki 75%, ale stać dalej na trzydziestym metrze.
W każdym z trzech meczów, które Śląsk grał wiosną u siebie, piłkarsko był gorszy od rywala. Czym to można zniwelować?
Nie uważam, żebyśmy byli gorsi techniczne. Jest presja szybkiej gry i z tym musimy sobie poradzić. Z całym szacunkiem dla ludzi, którzy przychodzą na mecze, nie oni mają decydować, kiedy mamy grać szybko do przodu. A tak się nie da grać, jeżeli stoi ośmiu piłkarzy na czterdziestym metrze. Trzeba się liczyć z błędami technicznymi, jeżeli chcemy grać szybko – taka jest prawda. Może moi piłkarze potrzebują jeszcze kilku meczów, by zdać sobie sprawę, że to oni decydują, jak mają grać. Gdy ja grałem i przyszło na stadion kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to ja wiedziałem, kiedy mam podać, zwolnić grę i przyspieszyć. Oni robią w tej kwestii postępy, ale jeszcze im brakuje. Na dzisiaj można te błędy zniwelować, może nie tak bardzo, ale jednak.
Skoro Śląsk gra dobrze, to kiedy zacznie wygrywać u siebie?
Gdybyśmy wygrali 2:1, to nie mówilibyśmy, czy Śląsk gra dobrze, czy źle. Patrzymy cały czas przez pryzmat wyniku. Wiemy na jakim etapie jest Śląsk. Jeżeli się gra u siebie, to bez względu na przeciwnika chce się wygrać. Jeszcze raz podkreślę – piłkarze nie oszukują. Grają na tyle, na ile mają w danym dniu możliwości. Błędy się zdarzają, ale i tak Śląsk nie popełnia rażących błędów, do których moglibyśmy się doczepić.
Czy dopuszcza Pan myśl, że Śląsk będzie się bronił przed spadkiem?
Nie myślałem o tym. Wcale nie jest powiedziane, że przegramy z Ruchem. Gdy jechaliśmy do Warszawy, to było zastanawianie się, ile goli strzeli nam Legia. A uważam, że gorzej technicznie od nich nie wyglądaliśmy.
Śląsk oddał tylko jeden strzał z dystansu na bramkę Korony.
Żeby strzelać, to trzeba mieć 25 metr przed bramką odblokowany. Dzisiaj nie było za dużo miejsca i tych strzałów było stosunkowo mało. Zawodnicy to wyczuwali i przesuwali grę w boczne strefy, gdzie się wchodzi w pojedynek jeden na jeden.