W przeszłości o tej porze: Demolka w meczu strachu (FOTO)
fot.: Piotr Wicher
Dokładnie pięć lat wystarczyło, by Śląsk Wrocław i Ruch Chorzów z dwóch czołowych lokat w hierarchii naszego futbolu sturlały się do strefy spadkowej Ekstraklasy. W sobotnie popołudnie 13 maja 2017 roku, w ramach 33. kolejki, na maślickim Stadionie Miejskim odbył się kluczowy mecz rundy finałowej w grupie spadkowej.
Po kompletnie nieudanej rundzie jesiennej pod wodzą Mariusza Rumaka, na początku 2017 roku nowym trenerem Śląska został Jan Urban. Pierwsze wiosenne mecze przyniosły nawet chwilową nadzieję na włączenie się do walki o górną ósemkę, pokaźne straty z wcześniejszej rundy powodowały jednak, że realnie trzeba było myśleć przede wszystkim o zapewnieniu sobie utrzymania. A z tym, przystępując do meczu przeciwko Ruchowi Chorzów, Śląsk miał duże kłopoty. Nie wygrał żadnego z wcześniejszych pięciu spotkań, a oba rozegrane dotychczas w rundzie finałowej w fatalnym stylu przegrał po 0:2 (z Górnikiem Łęczna i Piastem).
Wrocławianom strach zaglądał w oczy coraz bardziej z każdym dniem - przed 33. kolejką byli jeszcze w bezpiecznej strefie tabeli, ale kilkanaście godzin wcześniej, po pierwszych meczach weekendu, znaleźli się już na 15. miejscu. Ruch Chorzów z końcem sezonu zasadniczego został niespodziewanie osierocony przez zmęczonego wieczną prowizorką Waldemara Fornalika. Jego obowiązki przejął, debiutujący w Ekstraklasie jako trener, legendarny piłkarz Niebieskich Krzysztof Warzycha. Pracę przy Cichej rozpoczął od obiecujących remisów po 1:1 z Wisłą Płock i KGHM Zagłębiem Lubin, jednak te mecze przedłużały już do sześciu serię jego zespołu bez wygranej w lidze, a Ruch do Wrocławia przyjeżdżał jako czerwona latarnia Ekstraklasy.
Gospodarze od samego początku meczu wyglądali zdecydowanie lepiej niż we wcześniejszych tygodniach, a prym w akcjach ofensywnych wiódł Kamil Biliński. Wychowanek Śląska był powszechnie krytykowany za nieskuteczność (od końca października strzelił tylko dwa gole w lidze, w tym jednego z karnego), jednak tego popołudnia uciszył krytyków. Sygnał do ataku dał w 12. minucie, gdy po dośrodkowaniu Roberta Picha oddał strzał głową, a z olbrzymim trudem na linii bramkowej piłkę odbił Libor Hrdlicka. Słowacki bramkarz Ruchu interweniował na tyle koślawo, że wzbudził poważne wątpliwości, czy nie powinien zostać uznany gol dający wrocławianom prowadzenie. Niemający wówczas jeszcze do dyspozycji systemu VAR, sędzia Tomasz Kwiatkowski, po konsultacji z asystentem nakazał jednak grać dalej. Biliński dopiął swego sześć minut później, gdy w podobnej sytuacji, skorzystał z wrzutki Aleksandara Kovacevicia i było 1:0 dla Śląska.
Drużyna trenera Jana Urbana kontrolowała boiskowe wydarzenia, stwarzała sobie kolejne sytuacje, ale przed przerwą nie potrafiła pójść za ciosem. Pierwsze minuty po zmianie stron okazały się jednak prawdziwą traumą dla defensywy chorzowian. W 50. minucie na 2:0 podwyższył, kolejny poważnie zawodzący we wcześniejszych tygodniach, Ryota Morioka, który zdążył z dobitką po tym, jak niepewny Hrdlicka odbił piłkę po uderzeniu Roberta Picha zza pola karnego. Cztery minuty później, nielicznie zgromadzeni kibice na Stadionie Wrocław, cieszyli się z kolejnego trafienia. Tym razem Biliński strzałem wślizgiem na bramkę zamienił dośrodkowanie Łukasza Madeja. To jednak nie był koniec strzeleckiego festiwalu Śląska, bo w 56. minucie padła bramka na 4:0. Sito Riera przedłużył głową dośrodkowanie Kovacevicia z rzutu rożnego, a z bliskiej odległości na raty trafił Piotr Celeban. Dla, bardzo skutecznego w przeszłości, kapitana Śląska, był to dopiero trzeci gol w sezonie, ale z pewnością ten, który wyzwolił największy oddech ulgi, bo nie pozostawiał już najmniejszych wątpliwości, na czyje konto tego dnia wpadnie niezwykle ważny komplet punktów.
Piłkarze Ruchu po utracie bramki na 0:4 byli zupełnie sparaliżowani i marzyli o jak najszybszym powrocie do Chorzowa, jednak na Stadionie Miejskim pozostawało jeszcze pół godziny gry. A Śląsk miał doskonały dzień i nie zamierzał przerywać sobie przyjemności znęcania się nad słabiutkim rywalem po tygodniach mąk. W 71. minucie pomylił się nawet rekordzista Ekstraklasy w liczbie meczów, Łukasz Surma, który w niegroźnej sytuacji próbował wybić piłkę z pola karnego w taki sposób, że podał wprost pod nogi Bilińskiego, a "król Brochowa" skompletował jedynego w Ekstraklasie hat-tricka dokładając piątego gola dla Śląska w tym meczu. Szalone strzelanie dziesięć minut później zakończył Morioka, który wymanewrował w polu karnym trzech obrońców Ruchu i ustalił wynik na 6:0.
Wygrana w takim stylu w meczu z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie była jak haust świeżego powietrza dla piłkarzy Jana Urbana. Co prawda, kilka dni później, wrócili do wcześniejszego irytującego stylu i przegrali 0:2 derby w Lubinie, ponownie komplikując sobie sytuację w walce o utrzymanie, ale pozostałe do końca sezonu trzy mecze wygrali i zakończyli nerwowe rozgrywki na 11. miejscu z siedmioma punktami przewagi nad strefą spadkową. Strzelanie spodobało się Kamilowi Bilińskiemu. Po hat-tricku przeciwko Niebieskim, w następnych spotkaniach dołożył jeszcze trzy gole i z 11 trafieniami finiszował na czwartej lokacie klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Ruch po laniu we Wrocławiu już się nie pozbierał. Kolejne dwa mecze przegrał do zera, a sezon zamknął dwoma remisami, po drodze tracąc szansę na utrzymanie w 36. kolejce.
Nasze galerie z tego meczu: Galeria 1, Galeria 2, Galeria 3.
13 maja 2017, 18:00 Stadion Wrocław
Śląsk Wrocław 6:0 (1:0) Ruch Chorzów
Biliński 17', Morioka 50', Biliński 54', Celeban 56', Biliński 71', Morioka 82'
Śląsk: Pawełek - Dankowski, Celeban, Pawelec, Lewandowski (72' Augusto) - Madej (66' Engels), Kovacević (76' Łyszczarz), Morioka, Riera, Pich - Biliński
Ruch: Hrdlicka - Konczkowski, Grodzicki, Helik, Kowalczyk (60' Oleksy) - Przybecki, Surma, Nowak, Urbańczyk (46' Niezgoda), Moneta - Arak (82' Trojak)
Widzów: 6685
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa)