Wszędzie dobrze, ale w domu… najgorzej?
fot.: Paweł Kot
Zespół Śląska Wrocław poniósł pierwszą porażkę za kadencji Piotra Tworka, a trzy punkty z wrocławskiego stadionu wywiózł tym razem Lech Poznań (0:1). Określenie „tym razem” jest tu niestety jak najbardziej na miejscu, bowiem w całym sezonie WKS straszliwie cieniuje grając u siebie. Tam gdzie za czasów Vitezslava Lavicki stała twierdza co się zowie, dziś rywale Śląska wchodzą jak do siebie i biorą ile wlezie. Póki co, próżno szukać oznak, by miało się to szybko zmienić. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Gdy w tekście o tym co czeka WKS w ostatnich ośmiu meczach sezonu i walce o utrzymanie analizowaliśmy terminarz drużyny Piotra Tworka, jako jeden z jego potencjalnych plusów wskazaliśmy fakt, iż wrocławianie aż 5 z tych 8 pojedynków rozegra na własnym boisku. Ze wszystkich zespołów zamieszanych w batalię o zachowanie miejsca w ekstraklasie, jeszcze tylko Wisła Kraków dysponuje takim przywilejem (reszta ma 4:4). Warunkiem było jednak to, iż Piotr Tworek musi obudzić w drużynie gen bycia nie do pokonania u siebie. Gen, który zapadł w dość głęboki sen za czasów Jacka Magiery, a ten sezon bardzo mocno to pokazuje. Niestety jednak póki co na pobudkę się nie zanosi. Mecz z Lechem zamiast przełamaniem, stał się kolejnym przykładem tego jaka indolencja trawi WKS w „domówkach”, a szczególnie w 2022 roku i jak marnie wygląda to w porównaniu do dwóch poprzednich sezonów.
PIEKŁO PO CZESKU BUDOWANE
Sezon 2019/20:
- 19 domowych spotkań
- 9 zwycięstw
- 8 remisów
- Tylko 2 porażki (najmniej w lidze)
- 37 zdobytych goli (na 51 ogólnie) i 28 straconych
Sezon 2020/21:
- 15 domowych spotkań
- 7 zwycięstw (6 za Vitezslava Lavicki)
- 7 remisów (4 za Vitezslava Lavicki)
- 1(!) tylko porażka (znów najmniej w lidze)
- 21 zdobytych goli (na 36 ogólnie) i 13 straconych
Zaledwie 3 porażki w 34 spotkaniach. Tak. Przez ostatnie dwa sezony Wrocław mógł się pozostałym drużynom ekstraklasy kojarzyć jako miejsce męki. Nad wrocławskim stadionem spokojnie mógłby zawisnąć napis rodem z „Boskiej Komedii” Dantego, „porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie”. Bowiem faktycznie, nie licząc Legii Warszawa, która zafundowała wrocławianom 2 z tych 3 porażek, tylko Lechii Gdańsk udało się wywieźć ze stolicy Dolnego Śląska komplet punktów. Takie piekło dla przeciwników wybudował Vitezslav Lavicka. Można było czasem wyrwać punkt, ale prawie nigdy wszystkie. Niezależnie czy WKS grał z drużynami z absolutnego topu, czy ze strefy spadkowej. Fani zespołu choć niejednokrotnie cierpieli na wyjazdach, mogli mieć niemalże 100% pewności, że dostaną rekompensatę gdy tylko ich ulubieńcy wrócą do siebie. Na dodatek kibice postronni też mogli się dobrze bawić oglądając mecze rozgrywane przy al. Śląskiej 1. W sezonie 2019/20, w domowych starciach Śląska padło aż 65 goli. Najwięcej w całej lidze.
DEGRADACJA WIELOPOZIOMOWA I WYNISZCZAJĄCY KOKTAJL
Po piekielnej twierdzy, jaka tu za czasów Czecha stała, dziś pozostały póki co wspomnienia. Ten sezon jaki dla Śląska jest każdy widzi, ale to właśnie w meczach domowych kryją się symbole tego, że WKS zamiast bić się o europejskie puchary jak rok wcześniej, walczy o przetrwanie w ekstraklasie. Już w kampanii 2020/21, gdy do klubu wkroczył Jacek Magiera, widać było że między domowe tryby dostało się trochę piachu. Śląsk wówczas na 4 spotkania u siebie wygrał tylko 1, a zremisował 3. Jednak wówczas można to było tłumaczyć skutkami ubocznymi stagnacji, jaka dopadła zespół w schyłkowej fazie kadencji Lavicki. Poza tym zespół dostał się do Europy, więc nie było co za dużo narzekać, ani spodziewać się że wkrótce to się popsuje absolutnie. Zwłaszcza, że później w europejskich pucharach zespół ograł u siebie Paide Linnameeskond oraz Hapoel Beer Szewa. To była niestety jedynie zasłona dymna przed późniejszym kataklizmem.
Statystyki są wobec nich okrutne pod absolutnie każdym względem. Ten sezon w ekstraklasie to dla WKS-u jak dotąd:
- 13 meczów domowych
- 3 zwycięstwa
- 6 remisów
- 4 porażki (plus odpadnięcie z PP z Bruk-Betem Termaliką)
- Średnia zaledwie 1,15 pkt/mecz
- Bilans bramek 13:14
To wszystko składa się na piąte od końca miejsce w domowej tabeli. Nikt inny nie odniósł tak niewielu triumfów na własnym boisku, a po tyle samo mają tylko Warta Poznań oraz Górnik Łęczna. Na dodatek ostatnie zwycięstwo Śląska u siebie to 27 listopada 2021 roku ze Stalą Mielec (2:1). Zaś oba poprzednie to wrzesień 2021 (3:1 z Wisłą Płock i 1:0 z Legią Warszawa). Cztery porażki to więcej niż przed dwa poprzednie lata razem wzięte. Tylko Wisła Kraków oraz Warta Poznań strzeliły mniej goli na własnym boisku (po 12), a co więcej tylko te dwa zespoły + Górnik Łęczna miały przed meczem z Lechem gorszą średnią bramek zdobywanych u siebie (po tej kolejce może pozostać już tylko Warta). Mało? Patrzymy dalej. Tylko na stadionie krakowskiej Wisły pada w tym sezonie mniej goli niż we Wrocławiu. Ostatnie trafienie Śląska na własnym boisku to 19 lutego i gol Fabiana Piaseckiego z rzutu karnego przeciwko Piastowi Gliwice (1:3). Aby znaleźć gola z gry, trzeba zaś cofnąć się jeszcze do 2021 roku i do tego ostatniego zwycięstwa ze Stalą w listopadzie.
Wszystko to zmiksowane razem, daje wyniszczający w skutkach koktajl, który w dużej mierze odpowiada za to gdzie w tabeli dzisiaj znajduje się Śląsk Wrocław. Piotr Tworek po prostu nie ma wyjścia. Musi odblokować zespół na własnym boisku, bowiem inaczej ten „plus” w postaci większej ilości spotkań u siebie w końcówce sezonu, zmieni się w minus, który w skrajnej formie może nawet pociągnąć drużynę do pierwszoligowego grobu. Zestaw rywali nie wygląda łatwo. Do Wrocławia przyjadą jeszcze walczące podobnie jak WKS o życie, Wisła Kraków i Bruk-Bet Termalica, mająca chrapkę na złoto Pogoń Szczecin (która zasadniczo we Wrocławiu grać nie umie, ale jest teraz najsilniejsza od bardzo wielu lat) oraz Górnik Zabrze, który akurat ma najmniejsze szanse jeszcze grać „o coś” (zwłaszcza w ostatniej kolejce).