Z tyłu Śląska. Analiza meczu z Budućnostią

Zasadniczo rozmowa w przerwie meczu ze szkoleniowcem Śląska mogłaby przybrać następujący obrót:

Redaktor: Czy jest krycie indywidualne?
O. Lenczyk: Nie ma.
Redaktor: A krycie strefą?
O. Lenczyk: Nie ma.
Redaktor: A może...?
O. Lenczyk: Nie ma.
Redaktor: A co jest?
O. Lenczyk: Ja jestem.


 

Od strony liczb, wszystko jednak wygląda doskonale. 2-0 na wyjeździe, strzały celne 8-2. Podobno liczby nie kłamią. Tu jednak troszeczkę rozmijają się z obrazem gry.

Śląsk wyszedł w oczekiwanym jako podstawowe w tym sezonie 4-2-3-1, gdzie między trójką ofensywnych pomocników ma zachodzić rotacja na pozycjach, a napastnik ma dość głęboko wchodzić w pole i brać aktywny udział w rozegraniu.

Zaczniemy jednak od tyłu, gdzie nie popisała się żadna z formacji. Budućnost korzystając z braku asekuracji na bokach rozciągała grę możliwie szeroko. Tuż przy linii nie było wsparcia dla bocznych obrońców ze strony tak defensywnych pomocników, jak i graczy ofensywnie usposobionych, którzy w takiej sytuacji powinni wspomagać skrajnych defensorów. Czarnogórcy więc spokojnie szarżowali blisko linii, próbując wyciągnąć Sochę i Mraza z ich pozycji. Udawało im się to nad wyraz często, zaś Pawelec, a zwłaszcza Kowalczyk nie byli w wystarczająco bliskiej odległości,żeby w razie udanego zwodu rywala zaasekurować akcję.

Dodatkowo w sytuacji, gdy do dośrodkowania na jednej z flanek wybiegało dwóch zawodników, skrajny obrońca zajmował się tylko jednym z nich. Drugiego powinien przejąć boczny lub defensywny pomocnik, jednak tego nie było na posterunku. Dało do Buducnosti dwie bardzo dobre sytuacje bramkowe.

Odległości między poszczególnymi formacjami nie przeszkadzały rywalom w rozegraniu piłki. Pozostawione było dużo wolnej przestrzeni na boisku, co pozwalało na w miarę swobodne operowanie piłką nawet na połowie Śląska. Duża poprawa będzie konieczna zwłaszcza przy wzajemnej asekuracji zawodników. Pociesza fakt, że progres był widoczny nawet już w trakcie meczu, kiedy w drugiej połowie Socha trzymał się trochę bliżej Kowalczyka, a Pawelec przytomnie domykał strefy krycia, co kilka razy zapobiegło groźnym sytuacjom.

Z przodu dużo lepiej nie było. Z ośmiu celnych strzałów znaczna większość to niegroźne uderzenia z dystansu. Składnych akcji było jak na lekarstwo, gole Śląsk zawdzięcza kuriozalnie złej pułapce ofsajdowej i rzutowi karnemu w stylu Howarda Webba i nie zmieni tego faktu tradycyjnie świetna główka Elsnera i doskonale wykonany rzut karny Mili.

Kilka razy wrocławianie próbowali skonstruować szybsze akcje, mogło się podobać podania na wolne pole, ale te udane były do policzenia na palcach jednej ręki. Gospodarze zresztą dość szybko się połapali, co kombinują piłkarze Śląska i ustawiali się na tyle dobrze, że byli w stanie przeciąć zagrania wrocławian. Udały się dwie akcje, za pierwszym razem Gikiewicz za szybko ruszył do piłki, zagrywanej przez Sobotę i dał się złapać na spalonym (po czym z ośmiu metrów trafił w bramkarza), a w końcówce spotkania świetne zagranie Stevanovicia zostało zniweczone przez "zaległości treningowe" Diaza.

Obraz póki co wyłania się dość ponury. W sparingach nie było zbyt dobrze, wynik przywieziony z Czarnogóry jest jak z bajki w porównaniu do gry. Cieszyć się można, że dzięki niemu Śląsk zapewnił sobie jeszcze minimum cztery kolejne mecze w pucharach. Z taką jednak grą będzie to również maksimum.

To sezon prawdy dla Oresta Lenczyka. W poprzednich osiągał sukcesy, mając jednak skład w obu przypadkach na walkę o najwyższe lokaty. W tym roku, przy założeniu, że nikt więcej nie dojdzie, Śląsk będzie miał niewielkie szanse na włączenie się do batalii o podium. Jeśli jednak Lenczykowi udałoby się to zrobić, byłby to jego wielki sukces. Może nawet większy niż mistrzostwo.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.