Zamrożenie piłkarzy a spore dylematy Śląska

Zamrożenie piłkarzy a spore dylematy Śląska

fot.:

Kto cierpi w obliczu panowania epidemii koronawirusa? Wszyscy, bez wyjątku. Trzeba pamiętać, że świat piłki nożnej zajmuje jedynie niewielką część ogromnej góry lodowej, która w najbliższym czasie ulegnie poważnemu uszczerbkowi. Nie będą jednak tutaj podejmowane kwestie finansowe, bo akurat o nich powiedziano już bardzo wiele. Ciekawszym zabiegiem będzie rzucenie światła na stopę czysto sportową, a konkretnie piłkarzy, wobec których śmiało można wysunąć tezę, że jedni ucierpią nieco bardziej od innych. I co prawda wszyscy lawirują obecnie w podobnych okolicznościach, jednak nie każdy znajdował się w takim samym miejscu jeszcze przed zamrożeniem rozgrywek.



 

Otóż niektórzy mieli pewny grunt pod nogami, będąc kluczowymi punktami zespołu, a inni czekali na swoją pełnoprawną szansę dopiero w rundzie wiosennej, wcześniej patrząc na boiskowe wydarzenia jedynie z perspektywy postaci drugoplanowych. Nietrudno się domyśleć, że do tej grupy należą głównie młodzieżowcy, dla których czas wyjątkowo działa na niekorzyść. Spodziewaliśmy się bowiem choćby rychłego debiutu Przemysława Bargiela w barwach Śląska na poziomie ekstraklasy, a tak pewne założenia trzeba odłożyć na później. Niestety nie tylko 20-latek może pluć sobie w brodę z tego powodu.

Zamrożona młodzież

Śląsk Wrocław pewnie zmierzał w kierunku realiów, w których po presji spowodowanej przez walkę o spełnienie celu minimum na sezon 2019/2020 (wywalczenie grupy mistrzowskiej) nie byłoby już większego śladu. Wówczas można by ewentualnie wyznaczyć następny próg, ten bardziej ambitny i bardzo optymistyczny, czyli spróbować swoich sił w rywalizacji o europejskie puchary. Te - wbrew pozorom - w obliczu warunków panujących w czołówce ekstraklasy wcale nie jawiłyby się jako coś nie do uchwycenia, przy czym bardziej prawdopodobną teorią byłoby to, że ciśnienie na ostatnie siedem spotkań ligowych zmalałoby do poziomu pozwalającego... na małe eksperymenty.

Widząc słowo “eksperymenty”, należy ukuć wedle wyobraźni obraz, na którym Vitezslav Lavicka szuka niekonwencjonalnych rozwiązań. Np. posłanie do boju Przemysława Bargiela od 1. minuty, powolne wprowadzanie Marcina Szpakowskiego z ławki rezerwowych czy sięgnięcie po Piotra Samca-Talara w szerszej skali niż dotychczas. Innymi słowy, młodzieżowcy mogliby otrzymać więcej pola do rozwoju i o ile czeski szkoleniowiec regularnie podkreśla, że ich występy to kwestia czasu oraz ciężkiego treningu z pierwszym zespołem, o tyle wydaje się, że jednostka meczowa na poziomie ekstraklasy mogłaby choćby byłemu piłkarzowi Ruchu Chorzów dać swego rodzaju apetyt na zdecydowanie więcej. W postaci nawet pojedynczego impulsu, a niekoniecznie rzutu na głęboką wodę w myśl zastąpienia Krzysztofa Mączyńskiego.

Runda wiosenna miała temu służyć. Służyć odciążeniu Przemysława Płachety i odnajdowaniu zakrętów, w których nie tylko on pełni rolę młodzieżowca. I tutaj szczególnie przypadek Bargiela przedstawia się jako małe rozczarowanie, bo na przestrzeni sześciu kolejek po zimowym okresie przygotowawczym nie pojawił się on na boisku ani razu. Co ważne, w obliczu epidemii 20-latek traci coś, czego nie mógł sobie zagwarantować jeszcze latem, czyli ciężką pracę w ramach przygotowań do sezonu pod okiem trenera Lavicki. Najprawdopodobniej dlatego nowy nabytek Śląska nie liczył się w układance na ekstraklasę jesienią, co paradoksalnie powraca, tyle że w innej formie. Dzisiaj Bargiel wylądował w podobnym miejscu i trzeba liczyć się z faktem, że to będzie dla niego po prostu kolejny stracony rok w piłkarskim rozwoju.

Kończące się kontrakty sporą drzazgą w oku

Obok młodzieżowców, którzy tracą czas na rozkwit swojego talentu w bardzo ważnym punkcie kariery, stoją piłkarze mogący być jeszcze bardziej poszkodowani. Lub ujmując to w inny sposób, klub, który sięgnął po danych piłkarzy w myśl dokonania wzmocnień. Wzmocnień, które mają określony termin ważności, w czym nie służy ani opóźnianie rozgrywek, ani – co gorsza – ich całkowite odwołanie. Takim pierwszym przykładem zawodnika z brzegu będący wyraźną wartością dla zespołu, ale tylko do czerwca, jest oczywiście Filip Raicević. Obecne okoliczności związane z wirusem niestety sprawiają, że wypożyczenie tego typu uzyska status nieopłacalnego. Ot, pojawia się we Wrocławiu piłkarz, który finalnie rozgrywa jedynie sześć kolejek ligowych - to nazywa się fiasko.

Kolejnym przykładem jest kasus Guillerme Cotugno i jego krótkiego kontraktu obowiązującego do końca sezonu 2020/2021. Gdyby w życie weszły czarne scenariusze (rozgrywki ekstraklasy nie zostałyby dokończone), Urugwajczyk zaliczyłby pusty przelot przez pierwsze pół roku w barwach WKS-u. Strata dla niego (chciał się tutaj promować), strata dla klubu. Kolejną problematyczną kwestią są tego typu umowy, gdzie widnieje opcja przedłużenia po zakończeniu obecnej kampanii. Przedstawicielem tego problemu jest choćby Mark Tamas czy Filip Marković. W wyniku wstrzymania rozgrywek zniknęły podstawy, które pomagają stwierdzić, czy owi piłkarze zasługują na dalsze granie w koszulce Śląska. A gdy dołożymy do nich jeszcze te zwyczajnie wygasające kontrakty dość sporej grupy nazwisk (Dariusza Szczerbal, Kamil Dankowski, Michał Chrapek, Bartosz Boruń, kontuzjowany Adrian Łyszczarz, Robert Pich, Sebastian Bergier), tworzy się obraz ogromnego dylematu. Nagle może się okazać, że aktualne wydarzenia zmieniły bieg poszczególnych karier, bo ktoś nie zdążył udowodnić, że miejsce we Wrocławiu mu się należy.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.