Zrób to sam - feta
Puchar za Mistrzostwo Ekstraklasy zawitał do Wrocławia i spędzi tu najbliższy rok. Tłumnie zgromadzeni na Rynku kibice zapewnili temu wydarzeniu godną oprawę. Przynajmniej oni. Niedzielna radość na głównym placu miasta miała być tylko preludium do wielkiej dzisiejszej fety. W dniu zdobycia mistrzostwa spontanicznie zebrani kibice chóralnymi śpiewami dyrygowanymi z wysokości pręgierza i udekorowanego na zielono Fredry napełnili Rynek radością jakiej to miejsce nie widziało od dawna.
Dziś było podobnie. Kibice zrobili swoje. Zalali centrum kilkunastutysięcznym tłumem, skandującym okolicznościowe pieśni, oczekując na przybycie bohaterów miasta. Jak to w tłumie bywa - jedna plotka wystarcza, aby kilka tysięcy ludzi zaczęło z pieśnią na ustach migrować w miejsce, w które miał podjechać autokar z zawodnikami Śląska. Trasa przejazdu była bowiem owiana tajemnicą. Wiadomo było, że ruszy z Oporowskiej i niewiele poza tym. Nadzieje tych, którzy liczyli na to, że w spacerowym pochodzie pokona wraz z czekającymi tam kibicami kilometry dzielące go od rynku okazały się złudne. A jeszcze rano, kiedy nasz naczelny pytał, czy ktoś od nas dysponuje motorem, żeby jechać za autobusem, byłem pewny, że żartował.
W końcu jednak w końcu w glorii chwały wehikuł przekroczył swoimi kołami pierwsze kostki brukowe rynku. W miejscu dokładnie przeciwnym do tego, gdzie udali się kibice.
Autokar spokojnym suwem przemieszczał się dookoła Sukiennic, piłkarze pozdrawiali wiwatujące tłumy i prezentowali wywalczone trofeum. Kibice we własnym zakresie odpalili pierwsze race, potem drugie, trzecie. Powiewały flagi, a obecni próbowali jakoś się zebrać i wyśpiewać coś większą grupą, co jednak przy tak licznym tłumie łatwe nie było. Nikt sprawy nie ułatwił. Autobusu nie wyposażono w nagłośnienie, z którego ktoś mógłby pokierować wokalizami tak licznie zgromadzonych kibiców.
Autokar dwuipółkrotnie okrążył, robiąc dwa dłuższe postoje na wysokości pomnika Fredry, gdzie miał miejsce chyba najlepszy moment całej uroczystości, kiedy piłkarze i kibice odprawiali wspólne śpiewy i cieszynki. Po drugim z tych momentów, okazało się, że cała ta impreza jest jak umiejętne wyrywanie zęba. Cały czas czeka się na to najważniejsze, a nagle się okazało, że już po wszystkim.
Nie podjęto żadnej próby pokierowania kibicami, tak, aby choć raz jednym głosem zagrzmiał chór większy, niż kilkadziesiąt gardeł. Te tysiące sławiące Śląsk nie na Pilczycach, a centrum miasta, na pewno pozostawiłyby niesamowite wrażenie. Z pewnością też więcej byłoby śpiewania o radości z ogromnego sukcesu, a mniej o cieszeniu się z porażek innych. Nie wspominając już o ustawieniu prowizorycznej choćby sceny, prezentacji trofeum i każdego z piłkarzy - Mistrzów Polski 2012. Samo objechanie Rynku, bez cienia interakcji, choć z całą pewnością było pięknym momentem, pozostawia niedosyt.
W gruncie rzeczy jednak mogło to być gorzej zorganizowane. Można było wynając starego Jelcza i kazać piłkarzom wystawiać głowy przez szyby, zapomnieć go przy tym zatankować, najlepiej tak, żeby stanął gdzieś na środku skrzyżowania na torach tramwajowych, korkując ruch. Chociaż... Przyjechałaby policja, może mieliby megafon... Szkoda, że tak wielkiemu świętu nie potrafiono nadać należytej oprawy. Tak w niedziele, jak i dziś, na wysokości zadania stanęli kibice. W niedzielę marketing kończył długi weekend. Dziś jeszcze się z niego nie obudził. Sądząc tymczasem po odgłosach z Rynku - kibice dalej nie śpią. Lekka transfuzja energii byłaby tu bardzo na miejscu.