Bolesne stałe fragmenty Śląska
fot.: Paweł Kot
Sobotni mecz w Gdańsku, inaugurujący ligową wiosnę, stał pod znakiem elementu gry, który w zeszłej rundzie był rzadko zaniedbywany przez wrocławian. Dwie stracone bramki padły po stałych fragmentach gry, co jest ewenementem, zważając na dotychczasowe poczynania Śląska w tym sezonie. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Zagrania ze stojącej piłki potrafią być zabójcze. Dobrze wie o tym Michał Probierz, którego Cracovia, szumnie zwana w poprzedniej edycji ekstraklasy “Dośrodcovią”, po ćwiczonych i mierzonych stałych fragmentach zdobyła aż 14 goli, czyli dokładnie 50% swojego całego dorobku strzeleckiego. Przy Kałuży nie ma już Probierza, a rozgrywki z kolejki na kolejkę ewoluują. Niestety, wraz ze zmianami w stylu gry poszczególnych ekip, w oczy rzucają się coraz to większe mankamenty Śląska. Oprócz znanej z grudniowych popisów dziurawej defensywy, oliwy do ognia dolały 2 gole stracone po stałych fragmentach gry w Gdańsku. Dlaczego taki stan rzeczy nie jest oczywistością i czemu zaskoczył nas akurat ten sposób tracenia bramek przez wrocławian?
W swoim 22. ligowym występie Jakub Kałuziński zdobywa debiutanckiego gola #LGDŚLĄ 2:0 pic.twitter.com/dEW8wbLzgM
— PKO BP Ekstraklasa (@_Ekstraklasa_) February 5, 2022
PORTOWCY RZĄDZĄ
Odpowiedź jak w wielu innych przypadkach, kryje się między cyferkami. Jeśli spojrzymy na gole tracone po SFG jeszcze po ostatnim grudniowym meczu, to sytuacja jest klarowna. Od zielono-biało-czerwonych lepsza w tym aspekcie była zajmująca pozycję wicelidera Pogoń, która ze stojącej piłki dała sobie wbić zaledwie 3 gole. Podopieczni Jacka Magiery odstawali od Portowców zaledwie na 2 trafienia, a na to złożyły się dwa źle “pokryte” rzuty rożne oraz trzy rzuty wolne, niewłaściwie zabezpieczone przez zawodników WKS-u. Doskonale pamiętamy chociażby dośrodkowanie w meczu przeciwko Stali (2:1), z którym minął się Matus Putnocky czy niekrytego Antona Krywociuka, dającego Wiśle Płock gola na remis, który ostatecznie nie pomógł Nafciarzom, którzy polegli we Wrocławiu 1 3. A pamiętajmy, że strat po SFG mogło być więcej, ale swoją heroiczną postawą w Niecieczy (3:4) uratował Śląsk przed kompromitacją Michał Szromnik, który wybronił rzut karny, wykonywany przez Piotra Wlazłę. Ostatecznie, mecz przyjaźni z Lechią (0:2) spowodował duży spadek wrocławian w rankingu goli traconych po stałych fragmentach.
NA PODLASIE DALEKO
Jasne, do Jagielloni jeszcze nam trochę brakuje, ale fakty są takie, że Śląsk sobotnim występem uciekł na własne życzenie z grona najlepiej broniących po zagraniach ze stojącej piłki. 7 piłek w siatce oznacza zrównanie się w tej materii z liderem z Poznania i fenomenalnym beniaminkiem z Radomia. Wspomniałem już o Dumie Podlasia, a ta do tej pory jest niedościgniona w gapiostwie po SFG. Podopieczni Piotra Nowaka oderwali się od lubińskiego pościgu ostatnim pojedynkiem z Bruk-Betem (0:2), kiedy przeciwko nim zostały podyktowane 2 rzuty karne, wykorzystane przez graczy Słoni. To oznacza, że liczba goli straconych przez Jagę po kopnięciach ze stojącej piłki przekroczyła liczbę goli straconych z gry (17 vs 16). Na podium tego zestawienia trzyma się także Legia (13 goli straconych). O aspekcie traconych w taki sposób bramek mówił na konferencji prasowej, nie kryjąc irytacji takim stanem rzeczy, trener Jacek Magiera.
- Każdy stracony gol to powód do zmartwień. Lechia wykonała w tym meczu sporo rzutów rożnych i stałych fragmentów. W wielu przypadkach potrafiliśmy się obronić, ale dwa razy się nie udało. Brak reakcji w naszej strefie podczas pierwszej bramki, kiedy piłkarz schodzi na krótki słupek i zgrywa głową. Drugiego gola tak dobrze nie widziałem, ale każda bramka stracony denerwuje, zwłaszcza jeśli pada po stałym fragmencie gry. -
JAK BYŁO W ZESZŁYM SEZONIE?
W tym tekście nie będę już w dogłębny sposób skupiał się nad tymi "gdańskimi" golami, bo zostało to podane jak na tacy w tekście z cyklu Taktycznie, dlatego trzeba przejść do pozytywów, a mianowicie do strzelonych po SFG golach. W tym aspekcie zespół ze stolicy Dolnego Śląska plasuje się mniej więcej w środku stawki, a wpływ na to ma aż 9 goli zdobytych ze stojącej piłki. Jest to dokładnie 1/3 wszystkich bramek zdobytych przez wrocławian, a zawiera się w tym m.in. piękne trafienie z rzutu wolnego Adriana Łyszczarza w Zabrzu (1:3) czy gole Roberta Picha z rzutów karnych. Niektórzy mogą się dziwić dużej liczbie udanych zagrań tego typu, mając w pamięci koślawo dogrywane najczęściej przez kapitana drużyny dośrodkowania z rzutów rożnych.
Piękny gol Adriana Łyszczarza w #GÓRŚLĄ, który jednak nie dał nam wielu powodów do radości
— Śląsk Wrocław (@SlaskWroclawPl) December 4, 2021
Sezon jest dopiero na półmetku, ale przy okazji poruszenia tematu stałych fragmentów, warto pochylić się nad dorobkiem, jaki drużyna zgromadziła w rozgrywkach zakończonych 4. miejscem w tabeli. Śląsk po Górniku i Rakowie był jedną z trzech najlepiej broniących po SFG drużynach, bowiem stracił zaledwie 10 bramek, a co ciekawe, żadnej bezpośrednio z rzutu wolnego. Z kolei jeśli chodzi o strzelone gole, to znalazł się dosyć wysoko, bo w pierwszej siódemce (15 strzelonych goli). Oby nabierające rozpędu tegoroczne granie nie obfitowało w problemy wrocławian z zagraniami ze stojącej piłki, a gdańska porażka była tylko jednorazowym koszmarem.