Plusy i minusy meczu z Legią

Plusy i minusy meczu z Legią

fot.:

Co zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po poniedziałkowym spotkaniu z Legią Warszawa (0:1)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.



 

PLUS MECZU

Bilans

Choć plusów wynikających z gry piłkarzy Śląska w poniedziałkowym meczu nawet nie ma co szukać, obok uratowanego bilansu dwumeczu z Legią nie można przechodzić obojętnie. Wrocławianie przegrywając przy Łazienkowskiej na dobre uwikłali się w walkę o utrzymanie, a ustępujący mistrz Polski będzie jednym z ich najpoważniejszych rywali. Biorąc pod uwagę jesienną wygraną Śląska na własnym stadionie 1:0, jeśli poniedziałkowa wizyta w stolicy już musiała zakończyć się porażką, to dobrze, że tylko w tym skromnym wymiarze. Przy równej liczbie punktów na koniec sezonu w pierwszej kolejności liczy się dwumecz – tutaj bilans Śląska i Legii jest równy. W drugiej różnica bramek, a tutaj podopieczni trenera Jacka Magiery ciągle plasowaliby się wyżej od warszawian (minus pięć przy minus ośmiu). Oczywiście, to może zmienić się w ciągu jednej kolejki, Legia ciągle ma też zaległy mecz z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. Gdyby jednak zielono-biało-czerwoni przegrali przy Łazienkowskiej wyżej, byłoby to już nie do odwrócenia.

MINUSY MECZU

Michał Szromnik

Bramkarz Śląska w poprzedniej kolejce mógł cieszyć się z pierwszego czystego konta swojego zespołu od dziesięciu meczów, w Warszawie mocno przyłożył się jednak do porażki drużyny Magiery. Szromnika można chwalić za spektakularną interwencję z końcówki pierwszej połowy, jednak co z tego, skoro w decydującej akcji spotkania zawahał się po kapitalnym podaniu Josue do Pawła Wszołka, niepotrzebnie wyszedł do skrzydłowego Legii, a ten spokojnym lobem zapewnił punkty gospodarzom. „To był mecz na 0:0, szkoda tej jednej akcji” – powtarzali po końcowym gwizdku trener oraz piłkarze Śląska. Najgorsze, że wrocławianom takie sytuacje i porażki w spotkaniach, w których niewiele by na to wskazywało, zdarzają się w ostatnim czasie regularnie. Jeśli szczęście zawsze ma rywal, to znaczy, że z czasem reakcji i podejmowaniem decyzji w twoim zespole coś chyba jednak jest nie tak. Zachowanie Szromnika idealnie to zobrazowało.

Ofensywa

Formacja Śląska odpowiedzialna za stwarzanie zagrożenia pod bramką Legii w poniedziałek istniała tylko teoretycznie, a o jej niemocy najlepiej świadczy brak choćby jednego strzału celnego. Wrocławianie w 24. kolejce przyjechali do przedostatniego zespołu w tabeli desperacko szukając przełamania i mając świadomość (mam nadzieję), jak bardzo porażka skomplikuje ich sytuację. Przez 90 minut przy Łazienkowskiej nie zrobili jednak nic, by spróbować powalczyć o coś więcej niż bezbramkowy remis, a Legia cierpliwie czekała na swoją sytuację i potrafiła ją wykorzystać. Wrocławianie w Warszawie do ośmiu przedłużyli najgorszą w lidze serię meczów bez zwycięstwa, w pięciu tegorocznych zdobyli zaledwie jedną bramkę z gry (Adrian Łyszczarz na 1:1 w Łęcznej). To co się z nimi dzieje od prawie czterech miesięcy to prosta droga do spadku.

Brak lidera

Jeśli zespół jest na samym dole tabeli, a datę ostatniego zwycięstwa pamiętają już tylko najbardziej zaangażowani statystycy, potrzeba zawodnika, który przynajmniej będzie starał się decydować o obrazie gry. Legia w poniedziałek, ale też już we wcześniejszych meczach, miała kogoś takiego w postaci Portugalczyka Josue, którego błysk geniuszu zdecydował o wygranej ze Śląskiem, w zespole Jacka Magiery trudno nawet rozpoczynać poszukiwania. Na pewno nie Erik Exposito, nie Krzysztof Mączyński, żaden ze stoperów, więc kto? Tak niezorganizowani i pogubieni wrocławianie o uniknięciu porażki w Warszawie mogli myśleć tylko przy sprzyjającym zbiegu okoliczności, a że nic takiego się nie stało, przegrali po raz szósty na przestrzeni ośmiu ostatnich kolejek i powinni się martwić o zachowanie ligowego bytu już bardziej niż Legia.

WYDARZENIE MECZU

Formuła wyczerpana

Jakkolwiek ciężko pogodzić się z tym, jak szybko Jacek Magiera roztrwonił wszystko, co tak szybko zbudował we Wrocławiu, to był najwyższy czas na decyzję o zmianie szkoleniowca. Zrozumiałbym, gdyby Śląsk w Warszawie się starał, oddał dajmy na to 5 celnych strzałów, ale nic nie chciało wpaść, bramkarz zagrał mecz życia, trudno. Zrozumiałbym, gdyby jego szkoleniowiec po zupełnie bezbarwnej pierwszej połowie zaczął szukać nowych rozwiązań i zmian już w przerwie. Ale w poniedziałek przy Łazienkowskiej nic takiego nie miało miejsca, trudno było oprzeć się wrażeniu, że jedyny plan zielono-biało-czerwonych na ten mecz stanowiło dowiezienie bezbramkowego rezultatu i nic więcej. Dopiero po straconym golu nagle okazało się, że można dokonywać zmian (pięć w ciągu pięciu minut), zagrożenia pod bramką przeciwnika jednak jak nie było wcześniej, tak i do końcowego gwizdka. Cztery bardzo niecelne uderzenia w meczu o życie to jakiś nieśmieszny żart.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.