Plusy i minusy po meczu z Górnikiem
fot.: Paweł Kot
Śląsk przegrał w Zabrzu z Górnikiem 1:2. Jakie są plusy i minusy po premierowym starciu nowego sezonu Ekstraklasy?
Dobry początek.
Trójkolorowi bardzo dobrze weszli w sobotnie spotkanie, czego pokłosiem była bramka Przemysława Banaszaka, zdobyta już w siódmej minucie tego starcia. Śląsk szukał swoich momentów w fazach przejściowych i zakładał wysoki pressing po utracie piłki. To właśnie przyniosło pierwsze trafienie po powrocie do Ekstraklasy. Odbiór Piotra Samca-Talara, fantastyczne zagranie piętą i pewna finalizacja najlepszego snajpera WKS-u z ubiegłego sezonu. Warto odnotować, że dla byłego napastnika Górnika Łęczna, to czwarty mecz z rzędu w delegacji o ligowe punkty, ze strzelonym przynajmniej jednym golem.
Plan i skuteczna realizacja.
Trzeba pochwalić Wrocławian za grę do momentu utraty pierwszej bramki. Szczególnie przed przerwą Śląsk realizował swoje założenia taktyczne i mógł, a nawet powinien prowadzić wyżej, ale do tego przejdziemy w dalszej części tekstu. Wojskowi bardzo mądrze się bronili i z tego niejednokrotnie wyprowadzali groźne kontrataki. Ponadto w pierwszej odsłonie sobotniej rywalizacji potrafili zepchnąć wicemistrzów Polski do głębokiej defensywy, jednak w tym okresie gry zabrakło „kropki nad i”. Swoje szanse między innymi mieli Marjanac, Rosiak, czy Samiec-Talar. Na początku drugiej połowy Trójkolorowi znów próbowali zagrażać miejscowym po przechwytach i dynamicznych przejściach do ataku, jednak brakowało lepszej decyzyjności, bądź finalizacji.
Skuteczność, czyli to, co jest potrzebne do punktowania w Ekstraklasie.
Nagłówek nie tylko nawiązuje do braków, jakie Śląsk miał w meczu pierwszej kolejki, ale i do słów, których na pomeczowej konferencji użył trener Ante Simundza.
Z pewnością musimy być bardziej skuteczni, no bo przy wyniku 1-0 dla nas mieliśmy 2-3 sytuacje, w których mogliśmy strzelić gole, ale zabrakło tej skuteczności i to jest to, czego może na ten moment brakować na poziomie Ekstraklasy.
- Ante Simundza na pomeczowej konferencji.
Ciężko się z tym nie zgodzić, bo Wrocławianie już do przerwy powinni mieć dużo korzystniejszy rezultat i w spokoju rozgrywać drugie 45. minut. Jednak tradycyjnie sprawdziło się najpopularniejsze piłkarskie powiedzenie - „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić”. Zbyt głębokie cofnięcie się do defensywy, momentami brak szczęścia, oczywiście to też zaważyło na porażce. Mimo wszystko lepsza skuteczność pod bramką Górników powinna wystarczyć do wywiezienia przynajmniej jednego punktu z Zabrza.
Nieudane występy zmienników.
To kolejny czynnik, który odegrał bardzo ważną rolę. Zabrakło „szarpnięcia” od zmienników. Żaden z piłkarzy, którzy pojawili się na murawie z ławki, nie wniósł do gry Śląska odrobiny świeżości, bądź kreatywności, która mogłaby pomóc w wywalczeniu korzystnego rezultatu. W Górniku rezerwowi zaprezentowali się dużo lepiej, między innymi Roberto Massimo, który był niezwykle aktywny, co przekładało się na liczne sytuacje bramkowe, czy wywalczone stałe fragmenty. To kolejny, niewątpliwie kluczowy detal, do punktowania w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Niedosyt, ale i pozytywne wrażenie.
To była porażka, do jakich Śląsk przyzwyczaił swoich fanów w ostatnich latach, a właściwie można powiedzieć wypuszczone zwycięstwo. Mimo wszystko, sobotni mecz Wrocławian na tle aktualnych wicemistrzów Polski daje powody do umiarkowanego optymizmu. Przede wszystkim można czuć spory niedosyt, który u niektórych może przeradzać się w złość lub frustrację. Nie mniej jednak trzeba zaznaczyć, że Wojskowi oprócz wspomnianego niedosytu pozostawili po sobie naprawdę dobre wrażenie i udowodnili, że nie warto ich skreślać na starcie tego sezonu.
