Umarł król… niech powróci król – Sebastian Bergier
fot.: Rafał Sawicki
Nadszedł dobry moment na chwilowe przycupnięcie przy postawie drugiej drużyny Śląska, prowadzonej przez Krzysztofa Wołczka. Pomimo chimerycznej formy zespołu rezerw i przeplatania świetnych występów słabszymi meczami, jest kilka pozytywów w grze drugoligowca, a jeden z nich to niewątpliwie powrót Sebastiana Bergiera. Powrót godny Aragorna z części kończącej wielki cykl stworzony przez Tolkiena. Dlaczego mamy podstawy, by tak myśleć?
A teraz wytężmy umysły i spróbujmy sobie przypomnieć, kiedy napastnik wrocławskiej drużyny po raz ostatni pojawił się na boisku. Niektórzy z pewnością będą kojarzyli ten moment, bowiem było to wydarzenie symboliczne oraz po prostu nadzwyczajne w karierze Sebastiana Bergiera. Cieszyliśmy się wtedy jeszcze pięknym słońcem, letnimi upałami oraz… pierwszym meczem Śląska w eliminacjach do Ligi Konferencji Europy.
ESTOŃSKIE PRZETARCIE
Był 8 lipca, środek wakacji, a wrocławianie szykowali się na premierowy mecz kwalifikacji europejskich pucharów z estońskim Paide Linnameeskond (2:1). To właśnie wtedy swoją szansę od pierwszego gwizdka sędziego otrzymał Bergier. O jego występie dyskutowało się dużo, ale niekoniecznie w pozytywnych tonach. Były gracz m.in. Stali Mielec czy Wigier Suwałki zastąpił w ataku kontuzjowanego Erika Exposito, a także „posadził” na ławce Fabiana Piaseckiego. Niestety, nie przetrwał chwili próby i przed upływem godziny został zmieniony właśnie przez obecnego gracza mieleckiej Stali. Tak pisaliśmy o „wyczynach” napastnika wrocławian w pomeczowej relacji:
Pięć minut po przerwie Bergier ruszył ambitnie między obrońców i upadł w polu karnym pod ich naciskiem, ale tylko tak się wydawało. Młody napastnik próbował bowiem naśladować Raheema Sterlinga z wczorajszego meczu EURO 2020 Anglia - Dania, ale zrobił to na tyle nieudolnie, że otrzymał żółtą kartkę za teatralne padolino. A szkoda, bo była to przednia szansa na stworzenie zagrożenia. Okazja do rehabilitacji pojawiła się chwilę później, ale wrocławianin nie potrafił opanować piłki i niestety została ona wybita. Przesądni mówią, że do trzech razy sztuka. Niestety, nie w przypadku Bergiera. W 57. minucie zszedł on do środka z lewego skrzydła i oddał podkręcony strzał w kierunku długiego rogu bramki, ale piłka minimalnie minęła się z celem.
Jak widać, zwyczajnie nie był to dzień Sebastiana Bergiera. Nieomylnym asem w rękawie trenera Magiery okazał się Piasecki, który zdobył otwierającą bramkę w tym spotkaniu, a od tamtej pory pochodzącego ze stolicy Dolnego Śląska zawodnika nie mieliśmy okazji oglądać na boisku. Tym razem przeszkodą okazały się problemy zdrowotne.
PRZERWA=GŁÓD GOLI
Wrocławianin znalazł się jeszcze w kadrze na rewanżowe spotkanie z Paide (2:0) i pierwszy mecz z Araratem Erywań (4:2), ale w obydwu tych starciach nie podniósł się z ławki. Po czasie okazało się, że bramkostrzelnego napastnika Śląska dopadła kontuzja kolana, na szczęście nie ta najbardziej popularna, czyli zerwanie więzadeł krzyżowych. Otóż uraz Bergiera ograniczył się do naderwania więzadła pobocznego w kolanie. Oczywiście, wiązało się to także z dosyć długim okresem rekonwalescencji, bowiem kolejne spotkanie z udziałem bohatera tego tekstu miało miejsce dopiero pod koniec października, przeciwko Wiśle Puławy (1:0).
Wymuszona przerwa w grze okazała się bolesnym ciosem dla wychowanka Śląska, który w czerwcu 2020r. podpisał nowy, trzyletni kontrakt z wrocławskim klubem. Nie mniej, jego balansowanie między drużyną rezerw a ekstraklasową „jedynką” zaczęło przypominać casus Adriana Łyszczarza. Dość powiedzieć, że Bergier w sezonie 2019/20 tylko 11 razy zagrał w ekstraklasie, a ani razu nie przekroczył w jednym meczu bariery kwadransa spędzonego na murawie. Na szczęście, odpowiednio odkuwał się w trzecioligowych wtedy rezerwach, dla których strzelił 8 goli w 17 spotkaniach.
Nijak miało się to do gradu bramek, jaki wysypał się z rękawa Bergiera sezon później. Rywalizację o koronę króla strzelców II ligi przegrał tylko z Kamilem Wojtyrą ze Skry Częstochowa (24 gole), który wyprzedził napastnika Śląska II o 4 skalpy. Więcej o wszechstronności i boiskowej charakterystyce Sebastiana Bergiera możecie przeczytać TUTAJ. My skupmy się na teraźniejszości.
ZA SŁABY NA EKSTRAKLASĘ?
Być może śródtytuł ten jest zbyt brutalny, ale w środowisku piłkarskim zaczęły pojawiać się głosy, że 21-letni napastnik Śląska wyróżnia się na niższych poziomach rozgrywkowych, ale nie może nic zdziałać w ekstraklasie. Jeszcze większa presja została nałożona na młodego strzelca zielono-biało-czerwonych, gdy na wypożyczenie do Stali Mielec odszedł Fabian Piasecki, a pojawił się konkurent o miejsce w składzie w postaci Caye Quintany. Hiszpan ekstraklasy – ba – nawet Wrocławia, nie zawojował, a wykazywał się do tej pory większą nieskutecznością niż Timo Werner w początkowym okresie pobytu w Chelsea. Czy to szansa dla Bergiera na zagoszczenie w kadrze pierwszego zespołu?
Szansa ta zdaje się przybliżać jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na clou tego tekstu, czyli liczby Bergiera od czasu powrotu po kontuzji kolana.
- 4 mecze (262 minuty),
- 5 goli (w tym 3 z rzutów karnych),
- 2 dublety w dwóch kolejnych meczach.
Te statystyki zdają się mówić, że Bergier nie musi błyszczeć niekonwencjonalnymi zagraniami, on musi po prostu na tym boisku przebywać, aby Śląsk wywalczył punkty. Wygrana ze Zniczem? Jedyny gol w spotkaniu zdobyty przez snajpera Śląska. Wysoka porażka z Ruchem (2:5)? Jedyna tląca się nadzieja to właśnie ta w postaci strzelca dubletu. Okazałe zwycięstwo z Olimpią (3:0)? Bergier przychodzi, serwuje dwie „sztuki” i mecz zamknięty. A że znów będzie podnoszony argument przeciwko niemu o dużej zawartości w zdobytych bramkach rzutów karnych? „Jedenastka” to przecież nie gol, też trzeba ją umiejętnie wykorzystać, co pokazywał wrocławski napastnik już w poprzedniej kampanii ligowej, kiedy aż 7 goli zdobył z „wapna”. Nieoceniona jest także jego praca bez piłki, poruszanie się między obrońcami i tworzenie przestrzeni dla partnerów w ofensywie. Bo dobry napastnik nie jest przecież tylko klasycznym goleadorem. I zdaje się, że Sebastian coraz bardziej zaczyna to rozumieć...