Czy Damian Warchoł zagra jeszcze w tym sezonie?
fot.: Dawid Kokolski
Jak bumerang co jakiś czas na konferencjach prasowych wraca temat Damiana Warchoła. Napastnik Śląska od trzech miesięcy nie gra i od dłuższego czasu nie pojawia się nawet na ławce rezerwowych. Tym samym szanse na to, że w ostatnich dwóch meczach coś się zmieni, nie są za duże.
Damian Warchoł jesienią zdobył siedem bramek w 20 meczach, ale głównie odgrywał rolę rezerwowego napastnika w Śląsku. Na boisku spędził 806 minut, z czego 236 w Pucharze Polski. Ante Simundza w poprzedniej rundzie grał w ustawieniu z tylko jedną "dziewiątką", ale zimą postanowił zmienić formację i tu pojawiła się szansa dla 30-latka, by od pierwszej minuty zagrać u boku Przemysława Banaszaka, czego też domagali się wcześniej kibice. Tak też się stało, bo przeciwko Ruchowi Chorzów obu snajperów zobaczyliśmy w wyjściowej jedenastce. Pomimo że Warchoł spędził na boisku 82 minuty, to nie był on za bardzo widoczny, nie oddając ani jednego strzału. Dlatego też w kolejnych trzech meczach napastnik zaczynał na ławce rezerwowych i tylko w starciu z Miedzią Legnica podniósł się z ławki na 20 minut. W spotkaniach z Odrą Opole i Chrobrym Głogów swoje szanse otrzymali za to Luka Marjanac oraz sprowadzony w zimowym okienku transferowym Timotej Jambor. Jak się później okazało, derby Dolnego Śląska (28.02) to był ostatni raz, kiedy 30-latek znalazł się w kadrze meczowej.
"Piłkarz sam decyduje, czy zasługuje na obecność w składzie"
Od dziewięciu spotkań Warchoł mecze wrocławskiego zespołu ogląda już tylko z perspektywy trybun. Piłkarz uczestniczy w treningach, ale nie łapie się do kadry. Sądząc po różnych wypowiedziach, można stwierdzić, że tym samym przegrywa on rywalizację ze wspomnianymi wcześniej Banaszakiem, Marjanacem oraz Jamborem. Nawet gdy Śląsk miał pewne problemy kadrowe (urazy Llinaresa, Sokołowskiego, wykartkowanie Ba lub, czy ostatnio brak Mokrzyckiego), Ante Simundza powoływał na mecze innych graczy, choć trzeba tu przyznać, że po powrocie Przemysława Banaszaka nie było już przypadku, by inny napastnik wypadł ze składu.
- Myślę, że to jest klucz, jak wygląda zawodnik w treningu. U Simundzy piłkarze nie dostają miejsca w składzie za nazwisko. Naprawdę trzeba zapracować na to, by pojawić się na boisku
- mówił nam w marcu dyrektor sportowy WKS-u, Rafał Grodzicki.
Tak długa nieobecność Warchoła spowodowała, że na konferencjach prasowych często padały pytania o sytuację 30-latka. Co odpowiadał trener Simundza? Oto niektóre przykłady:
"Jeśli nie otrzymuje od zawodnika tego, czego chcę niezależnie czy wchodzi na 45 minut, czy na minutę - to nie mogę na niego liczyć. To jest zbyt duży klub, my musimy podchodzić z ogromnym szacunkiem do naszych kibiców. Widzieliście państwo, że w dzisiejszym spotkaniu walczyliśmy, byliśmy konsekwentni, jako drużyna się poświęcaliśmy, fani nam dali dużo energii i to wszystko złożyło się na 3 punkty. Jeśli ktoś nie jest w stanie tego uszanować, niezależnie od tego, kto to jest, nie będzie grać" (po meczu z Chrobrym, 28 lutego).
"Warchoł jest częścią drużyny, ale musi zasłużyć, żeby znaleźć się na ławce rezerwowych" (po meczu ze Zniczem, 18 kwietnia)
"Gracz decyduje sam za siebie, czy zasługuje na bycie w składzie. Nikt nie ma pewności, że się w nim znajdzie" (po meczu z ŁKS-em, 11 maja)
Można z nich wywnioskować, że oczekiwania Słoweńca nie są tożsame z tym, co zawodnik prezentuje na treningach. Jeśli przez tak dłuższy czas nie łapie się nawet na ławkę rezerwowych, trudno wyobrazić sobie, że nagle w dwóch ostatnich meczach sezonu coś się zmieni w tej sprawie. W tym kontekście ciekawie też kreuje się przyszłość Warchoła. Jego kontrakt ze Śląskiem Wrocław obowiązuje do czerwca 2027 roku. Jednak nie można wykluczyć, że napastnik już latem otrzyma zielone światło na poszukiwanie nowego klubu.
