Analiza taktyczna meczu: Śląsk - Lech
„Śląsk Wrocław będzie rozdawał karty w mistrzowskim wyścigu” – mówiło wielu. Z teoretycznego punktu widzenia to racja, gdyż ekipa z Wrocławia pod koniec sezonu gra z wszystkimi kandydatami do mistrzostwa Polski. W sobotę miał miejsce pierwszy mecz z tego cyklu, w którym Śląsk zmierzył się z poznańskim Lechem. Dla „Kolejorza” to spotkanie było meczem o wszystko. Wygrać i zostać w wyścigu lub zgubić punkty i pożegnać się z majstrem. Od samego początku było widać olbrzymią determinację w szeregach Lecha. Już w 65 sekundzie groźnie na bramkę Kamczarka uderzał Rengifo. I tak pierwsza akcja dała obraz tego jak mecz będzie wyglądał. Lech trzy dni wcześniej zagrał 120 minut przeciwko stołecznej Polonii w Pucharze Polski i to właśnie zmęczenie poznaniaków miało być ich słabością. Stąd od samego początku „Kolejorz” założył wysoki pressing i dążył do jak najszybszego zdobycia gola. Franciszek Smuda wiedział, że im dalej w mecz tym Lechowi będzie trudniej cokolwiek zmontować. Gra Lecha opierała się na szybkiej wymianie wielu podań z pierwszej piłki w poszukiwaniu długiego prostopadłego podania do zawodników ofensywnych. Wielokrotnie obserwowaliśmy wymiany piłek Bandrowski – Arboleda – Murawski z długim podaniem do Rengifo.

Śląsk z kolei starał się wykorzystać swoje atuty w bocznych sektorach boiska, czyli braci Gancarczyków. Była to klasyczna rywalizacja dwóch taktyk: ataku środkiem i ataku skrzydłami. Wrocławianie od samego początku próbowali grać szeroko. Większość piłek trafiało właśnie na skrzydła do Marka i Janusza Gancarczyków.
Jednak wyczuleni na siłę Śląska lechici skutecznie blokowali boki. Marcin Kikut i Luiz Henriquez skutecznie neutralizowali zagrożenie na skrzydłach. Skrajni obrońcy Lecha wychodzili bardzo wysoko, nie pozwalając się rozpędzić ani Markowi ani Januszowi.
Ryszard Tarasiewicz desygnował do gry bardzo ofensywny skład z mocnymi skrzydłami i Szewczukiem, który w praktyce był drugim napastnikiem, cofającym się częściej niż Sotirović, by wspomóc kolegów w drugiej linii.
Naciski Lecha przyniosły efekt w 12 minucie. Błąd popełnił prawy obrońca Tadeusz Socha, który zagapił się i nie utrzymał linii wraz ze stoperami. W skutek tego Wilk nie był na spalonym przy prostopadłym podaniu Bandrowskiego. Na uwagę zasługuje swoboda Lewandowskiego, którego krycie obrońcy Śląska zupełnie odpuścili.
Widać to wyraźnie na powyższej graficie, na której zaznaczyliśmy ruch Wilka (czerwony kolor) oraz podanie Bandrowskiego (kolor żółty). Na szczególną uwagę zasługuje świadomość Wilka, który sprytnie wycofał piłkę do lepiej ustawionego kolegi z drużyny, co umożliwiło strzał do pustej bramki.
Śląsk obudził się dopiero po upływie 30 minuty. Bardzo aktywny z przodu był Sotirović. Jednak bardzo często za najbardziej wysuniętym zawodnikiem Śląska podążał Manuel Arboleda, co znacznie ograniczyło możliwości napastnika z Oporowskiej. Więcej akcji gospodarze przeprowadzili prawą stroną.

Przy prowadzeniu Lech uspokoił grę, zdjął wysoki pressing i spokojnie czekał na rywala w okolicy 30 metra, gdzie pole gry było bardzo zagęszczone. W tym czasie Śląsk oddał kilka strzałów na bramkę Turiny, ale większość z nich to uderzenia z dystansu. Kikut i Henriquez nadal wychodzili wysoko do skrzydłowych Śląska, a w środku pola mieliśmy krótkie krycie. Przykładowo gdy tylko Sebastian Dudek otrzymywał piłkę, miał jedynie 1-2 metry swobody. Natychmiast przy rozgrywającym Śląska pojawiali się piłkarze Lecha naciskając i uniemożliwiając swobodne rozdawanie piłek.
„Kolejorz” zdawał się kontrolować sytuację na boisku. Jednak kto wie jak potoczyłyby się losy tej rywalizacji, gdyby w 48 minucie sędzia uznał bramkę Sotirovicia. Gol nie został uznany, bo sędziowie stwierdzili, iż piłka opuściła plac gry. Aczkolwiek wydaje się, iż zagrywający futbolówkę Pawelec „złapał” ją jeszcze w boisku.
Chwilę później było jednak 2:0 dla gości. Bramka padła z ponowienia po rzucie rożnym. Zawodnicy Śląska zbyt szybko opuścili pozycje obronne. Szczególnie tyczy się to piłkarza asekurującego krótki słupek. Wojciech Kaczmarek pilnował drugiego słupka, licząc na to, że krótki wciąż jest obstawiony. Właśnie w to miejsce skierował piłkę Arboleda.
Przy okazji szczególną uwagę należy zwrócić, że akcję rozegrali stoperzy Lecha, a sama asysta Zlatko Tanevskiego była klasy światowej.
Śląsk przegrał dlatego, że został pozbawiony swojego największego atutu (gry skrzydłami) i za bardzo nie potrafił zaproponować niczego alternatywnego. Lech szybko ułożył sobie mecz zdobytym golem, a później kontrolował przebieg spotkania.
Pierwszy kandydat do mistrzostwa wrocławski test zdał wzorowo. Śląsk odwiedzi teraz w Gliwicach Piasta, by później sprawdzić drugiego pretendenta – Legię. W ostatniej kolejce wrocławianie udadzą się pod Wawel by przetestować zaangażowanie Wisły. Komu klub z Oporowskiej pokrzyżuje mistrzowskie plany?